„świadek dostojnej pantomimy / drzew” w świecie „przekładu i równowartości”, czyli poeta jako podróżnik we wszystkim

„47 lotów balonem” to tom wierszy autorstwa Adama Zdrodowskiego (rocznik 1979), znanego przede wszystkim z tłumaczeń. Wydaje się, że powstał z dwóch powodów. Po pierwsze poeta stara się tu zobrazować chaos będący fundamentem naszego bycia. W tych intelektualnych i artystycznych poszukiwaniach arché – legendarnej zasady organizującej „wszystko” – nie odnajduje porządku, choć dostrzegalny jest dla niego rytm i niesamowicie trudna do uchwycenia w literaturze harmonia, co w jego przypadku objawia się najintensywniej w utworach z pogranicza poezji i prozy, np.: „I tak będzie bez końca: szpilka w źrenicy, gwóźdź w potylicy”[1]. Po drugie jest to przewodnik w tytułowych podróżach. Poeta zdaje się tu zapraszać czytelnika do wędrówki po meandrach różnych poetyk, do których on podchodzi krytycznie i z rozmachem, docierając wraz z odbiorcą ponad chmury, czyli nad granice mentalności.

U Zdrodowskiego wszystko to, co u innych poetów rozpatrywane jest z jednej perspektywy i bez zwracania uwagi na kategorie znaczeniowe, staje się wielowymiarowe, w czym kreatywny poeta doszukuje się źródła logicznych i językowych innowacji. I w tym kryje się wielka siła jego poetyki, którą jest w stanie wyartykułować – na płaszczyźnie jednego wiersza – wszystko: „I człowieka może nawet zwieść, / unieść, ponieść, i zmieść. / Czy słyszysz ten szum i świst?”[2] Nie przeszkadza mu to w zhermetyzowaniu zamieszonych w tym tomie utworów. Każdy z nich tworzy bowiem odrębną rzeczywistość, gdzie – w większości przypadków – zaburzone są związki pomiędzy podmiotem i przedmiotem, a melodyjność i zrytmizowanie czynią z tych tekstów osobliwie dokładne raporty z anihilacji naszych zdolności poznawczych, spowodowanej przez rażące podobieństwa i zbieżności dźwiękowe pomiędzy przeciwnymi znaczeniowo słowami.

Co nurtuje tego poetę? Z pewnością ruch, zmienność i przypadkowość, które on demaskuje za pośrednictwem zespalania tradycyjnych chwytów z nowoczesnym spojrzeniem i wręcz mistrzowskim wyczuciem momentu, godnym najlepszych reżyserów. Dlatego drobiazgowość jego warsztatu urzeka już od pierwszych wersów, jakby Zdrodowski chciał udowodnić odbiorcy, że świat, za pośrednictwem manipulacji mikroskopijnymi przejawami życia, staje się „miękki”, czyli bardziej „człowieczy” i zdatny do poetycko-naukowej egzegezy. Nie dziwi zatem, iż bohaterowi tych wierszy śni się „czarne słońce”, kreujące w nocy przed jego oczami świetlne „plamy”, gdyż to nie rozum i doświadczenie stanowią o naszym istnieniu, lecz oniryczna wyobraźnia.

Jako czytelnik wierny jest swoim mistrzom. Jako twórca neguje istotę ilości we wszechświecie, ponieważ fundamentem jego utworów jest przekonanie, że na organizację świata wpływ ma tylko „diabelski młyn pór roku, vortex fraz i potlacz snów”[3]. Literatura narracyjna odgrywa w tym ciągu znikomą rolę. Chyba niewielu jeszcze przekonanych jest o nieskończoności „sezonu opowiadaczy historii”. Manekiny, marionetki i lalki o wiele częściej wysuwają się tu na pierwszy plan i wpisywane są na „siatkę zdarzeń” w przeciwieństwie do człowieka pozostającego „po stronie rzeczy”. Zdrodowski stara się na kartach tego tomu dociec kto jest bardziej wiarygodniejszy: „eksces słońca, / pełnia księżyca i szarża gwiazd”[4], natychmiast wychwytywane przez nadwrażliwą percepcję człowieka, czy może gesty zupełnie nie dostrzegane przez imitacje, istoty stworzone na nasze podobieństwo. W wykreowanym tu świecie antidotum na tę niepewność odnaleźć można tylko tam, „gdzie tarczowa piła słońca tnie ziemię, w pępek świata, w słoneczny splot”[5].

Adam Zdrodowski to nie poeta konkretu, dla którego termin „wszystko” jest abstrakcyjnym uogólnieniem. On sens rzeczy i życia dostrzega wszędzie, nawet „z balkonu”, „z powietrza” i „z autobusu”. Nie brak tu także ironicznego uśmiechu (przeradzającego się niekiedy w parodię) wobec tych, którzy we współczesnej poezji zabrnęli za daleko, nawet poza zrozumienie. Ekstrawaganckich motywów jest tutaj bardzo wiele, tym bardziej jak na poetę tego pokolenia. Zdrodowski jest mistrzem aluzji, przypadkowego łączenia skojarzeń powstałych w świecie rzeczywistym z kluczowymi elementami swoich poetyckich wizji. Na przykład klasyczne napięcie liryczne pomiędzy powietrzem i wodą kształtuje w sposób symboliczny, posługując się wdzięcznym poetycko konikiem morskim, przypominającym mu „podwodny saksofon”, sterowany przez „dłonie niewidzialnego muzyka” i urzeczywistniający się tu jako „ekscentrycznie powyginana rączka parasola”[6]. Dlatego wiersze te – by wyjawić swe piękno w zupełności – wymagają kontaktu nie tyle z uważnym czytelnikiem, co z osobą zdolną do transcendencji. To jest właśnie niemożliwy do przecenienia wkład „47 lotów balonem” w najnowszą poezję.

Autor: Przemysław K.

Adam Zdrodowski „47 lotów balonem”, wydawnictwo Forma, Fundacja Literatury im. Henryka Berezy, Szczecin, Bezrzecze 2013, s.56

——————————–

[1] s. 35

[2] s. 8

[3] s. 16

[4] s. 19

[5] s. 20

[6] s. 28

Cytaty wykorzystane w tytule tego tekstu pochodzą ze stron: 17 i 20.

„świadek dostojnej pantomimy / drzew” w świecie „przekładu i równowartości”, czyli poeta jako podróżnik we wszystkim