„Tylko w książkach można zmienić życie”, czyli o tym jak łatwe jest kłamstwo i niewyobrażalne przebaczenie

Grégoire Delacourt (rocznik 1960) za sprawą wydanego kilka lat temu „Pisarza rodzinnego” osiągnął sukces niespotykany dotąd na francuskiej scenie literackiej XXI wieku. Po otrzymaniu kilku nagród za swój debiut literacki postanowił napisać następną książkę, „Listę moich zachcianek”, która także zdobyła wielkie uznanie wśród czytelników i została przetłumaczona na kilkanaście języków, również na polski. Źródeł tego sukcesu należy prawdopodobnie szukać w posługiwaniu się przez autora, na co dzień copywritera, niezwykle lapidarną i oszczędną w słowach frazą, za pośrednictwem której bez zbędnych ozdobników wprost przekazuje swoje opowieści.

W tym wypadku główną bohaterką swej powieści uczynił Jocelyne Guerbette, dojrzałą kobietę, która prowadzi niezbyt dobrze prosperującą pasmanterię i bloga z biegiem czasu zdobywającego coraz więcej czytelniczek. Związana jest z Jocelynem i ta niezwykle rzadka zbieżność imion w pewnym momencie okaże się przekleństwem. Ma dwójkę dorosłych dzieci, które powoli na wszelkie możliwe sposoby próbują sobie zorganizować życie. Choć mieszka w Arras, niewielkim, prowincjonalnym miasteczku w północnej Francji, to tak jak każdy marzy o zmianie na lepsze i osiągnięciu hipotetycznego stanu spełnienia. Jednak to jej mąż jest mistrzem w zakładaniu sobie nierealnych celów, a ona z całego serca życzy mu, aby kiedyś udało mu się je zrealizować. W swym monologu wspomina swe porażki: nieudane młodzieńcze miłości, śmierć matki w stylu „Krzyku” Edvarda Muncha i chorobę ojca, która pozwala mu tylko na sześciominutowe ciągłe obcowanie ze światem i swoją córką. Pewnego dnia, namówiona przez przyjaciółki uzależnione od gry w loterię, kupuje kupon na Euro Millionos. Los na „chybił trafił” wybrał pięć liczb: 6, 7, 24, 30 i 32 oraz dwie gwiazdki z cyframi 4 i 5. Rezultatem tego stała się wygrana 18 547 301 euro i 28 centów, którą bohaterka w swej narracji powtarza jak mantrę. Jocelyne wpada w marazm, a autor dzięki temu stwarza psychologiczną wariację na temat osiągnięcia pożądanego przez wszystkich stanu możliwości spełnienia wszystkich swych marzeń. Bohaterka odbiera nagrodę, a swój czek chowa głęboko w szafie, z obawy przed tym, jak ogromne pieniądze mogłyby zmienić jej dotychczasowe, jednak szczęśliwe, spokojne i skromne życie. Sporządza listę swoich potrzeb, zachcianek i szaleństw, próbując sobie wyobrazić w jakim stopniu pieniądze, możliwe w każdym czasie do podjęcia z banku, mogłyby zaingerować w jej dotychczasowy ład.

„Lista moich zachcianek” pozwala uświadomić sobie jak wielu spośród nas chciałoby wygrać w loterii, lecz nikt tak naprawdę nie jest pewien co by tak naprawdę zrobił z hipotetyczną wygraną w obliczu możliwości spektakularnego zakończenia swojego życia na dnie. Każdy w rzeczywistości odczuwa przecież lęk przed obowiązkiem spłacenia olbrzymiego kredytu zaufania od ślepego w swych działaniach losu.

Autor: Przemysław K.

Grégoire Delacourt „Lista moich zachcianek”, przełożył: Krzysztof Umiński, wydawnictwo Drzewo Babel, Warszawa 2013, s. 160

——————————–

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 29.

„Tylko w książkach można zmienić życie”, czyli o tym jak łatwe jest kłamstwo i niewyobrażalne przebaczenie

„Jestem centrum wszystkiego i nie mogę się ruszać”, czyli ad astra per alas porci

John Steinbeck (1902-1968) to jeden z najbardziej utytułowanych pisarzy amerykańskich ubiegłego wieku. Dla historii literatury ważny jest między innymi dlatego, że w czasie gdy wielu jego rówieśników swój czas poświęcało na realizację przedziwnych eksperymentów formalnych on nieustannie rozwijał klasyczne rozwiązania, uznając je za jedyne słuszne i właściwe dla opisywania realiów kalifornijskiego życia. Ponadczasowy realizm utworów spowodował, że wielu zachwyciło się uniwersalizmem jego narracji, który do dziś wzbudza wiele kontrowersji. Jednak dla ogółu znany jest przede wszystkim jako autor takich dzieł jak „Tortilla Flat”, „Myszy i ludzie” lub „Na wschód od Edenu”. Z tego względu warto wnikliwie przypatrzeć się jego pierwszym powieściom, za pomocą których już jako młody człowiek wyraził swe artystyczne postulaty i kształtował swój talent. Staje się to tym bardziej realne za sprawą ich niedawnego wznowienia w jednym, niezwykle obszernym tomie.

„Pastwiska Niebieskie” (1932) koncentrują się na jedności hermetycznej wspólnoty żyjącej w tytułowej, niezwykle żyznej i utopijnej krainie położonej w Kalifornii. Wiele osób upatrywało w niej miejsce idealne do realizacji swych marzeń i założenia rodziny, jednak plany te niekiedy brutalnie zostały skonfrontowane przez brutalną rzeczywistość. John Steinbeck snuje więc kilka opowieści, których głównymi bohaterami są mieszkańcy doliny, w większości nie wyobrażający sobie życia w innym miejscu na ziemi. Schronienie znalazł tu na przykład przedsiębiorca dotychczas zawsze odnoszący w interesach niepowodzenia, a tutaj bez przeszkód rozwijający swoją farmę. Mieszka tu także człowiek prowadzący za wyimaginowane pieniądze przeróżne transakcje i wciąż obawiający się o przyszłość swojej córki. Wszyscy nawzajem tolerują swoje dziwactwa starając się przy okazji w swoich sąsiadach zauważyć cechę, którą należy podziwiać i jej zazdrościć. Pisarza interesują tym samym wydarzenia i jednostki odbiegające od normy, tylko wtedy może on zestawić ludzkie słabości z tym, co oferują idylliczne „pastwiska”. Mamy tutaj zatem historię dziecka chorego umysłowo, które posiada niezwykły talent odwzorowywania postaci, czy też matkę lubującą się w zadręczaniu rodzinnymi nieszczęściami. Jako, że ta społeczność to zbieranina przeróżnych jednostek nie brak tu także człowieka całkowicie odrzucającego wytwory cywilizacji i wychowującego swego syna za pomocą dzieł antycznych pisarzy i filozofów. Obrazy te nawzajem się uzupełniają historiami zżytych ze sobą sióstr, nauczycielki obawiającej się, że w tej wspaniałej krainie jej dziecięce wyobrażenia zostaną pozbawione złudzeń, farmer wybierający się co jakiś czas na więzienne egzekucje,  osaczony przez zmarłych rodziców człowiek oraz mężczyzny pragnącego wielu dzieci, aby jego ród na pewno przetrwał.

W „Nieznanemu bogu” (1933) John Steinbeck wyraża swą ogromną radość z tego, że świat i rzeczywistość, w jakiej przyszło mu żyć, są w stanie obronić się przed wszystkim co z zewnątrz zagraża ich harmonii. Dzięki temu mogą działać bez przeszkód według sobie tylko znanego planu, którego człowiek nigdy nie będzie mógł poznać. Swą opowieść osadza w czasie, gdy w Ameryce nadal dominowały wierzenia ludowe, a chrześcijaństwo tylko dla nielicznych przedstawiało jakąś wartość. Protagonistą jest tutaj Joseph Wayne, który zamierza się usamodzielnić i opuszcza swojego ukochanego ojca, aby udać się do Kalifornii i tam założyć swe gospodarstwo. Na miejscu okazuje się, że nie brakuje w tym rejonie idealnych terenów dla hodowli zwierząt i po chwili do niezwykle urodzajnej krainy przyjeżdżają pozostali bracia, chcący wspólnie stworzyć dużą i bogatą farmę. Za pomocą tej niezbyt skomplikowanej historii Steinbeck eksploruje bardzo ważną dla swojej twórczości problematykę. Zastanawia się jak silna jest więź rolnika z uprawianą ziemią, jak mocne jest pragnienie człowieka posiadania ziemi i jak dużo nieszczęść musi spaść na niego, aby zrozumiał, że dane miejsce nie jest dla niego gościnne i musi je jak najszybciej opuścić. Poza tym uwagę autora absorbuje także rola sił nadnaturalnych na relacje pomiędzy ludźmi a naturą i jej wytworami, wpływ reguł społecznych na moralność jednostki, rola mężczyzny w rodzinie oraz oddziaływanie przypadku na egzystencję. Według Steinbecka największym problemem człowieka XX wieku było to, że mógł on sobie wszystko dookreślić, a jego wyobraźnia była ograniczona wyłącznie przez horyzonty myślowe. Nawet nie wyróżniający się element świata może stać się za sprawą umysłu czymś co trzeba bez względu na wszystko chronić, czymś niezwykle ważnym i istotnym dla psychiki ludzkiej, co może urosnąć nawet do rangi ziemskiego ucieleśnienia istoty przebywającej w innym wymiarze lub nawet Boga.

„Złota Czara” (1929) jest natomiast historyczną fikcją, która oparta została na biografii Henrego Morgana, słynnego pirata. Młodzieniec od dzieciństwa odnajdujący w sobie pragnienie wyruszenia w daleką podróż postanawia udać się do Indii. Zaciąga się zatem na statek, którego kapitan bez żadnych skrupułów wykorzystuje jego naiwność i sprzedaje go jako niewolnika na wyspie Barbados. Dzięki wrodzonemu sprytowi udaje mu się w końcu zrealizować swe marzenia – zostaje piratem i zdobywa ogromną sławę. Chcąc przypieczętować swoją karierę wyrusza na podbój tytułowej Złotej Czary, czyli niewyobrażalnie bogatej w ówczesnym czasie stolicy Panamy. Ma nadzieję także przy okazji poznać tam Czerwoną Świętą, sławną wśród marynarzy ze względu na swe nieporównywalne mistyczne piękno. To opowieść o tym jak marzenia w niezwykle prosty sposób potrafią zniszczyć człowieka i pozbawić go człowieczeństwa w obliczu obcowania z destrukcyjnym złem.

Niewielu zdaje sobie sprawę z tego, że właśnie w tych początkowych książkach Johna Steinbecka najwyraźniej widoczne jest zainteresowanie ponadczasowym dziedzictwem kultury człowieka oraz przekonanie, że to właśnie życie w symbiozie z przyrodą pozwala ludziom bez większych przeszkód egzystować w tak niegościnnych warunkach. Już w nich stał się pewnego rodzaju głosem ubogich i nieustannie lekceważonych. Beznadziejna walka z wszechobecnym umiłowaniem nienaturalnego piękna i bogactwa doprowadziła go do pisania o tych, którzy są podporą dla całego społeczeństwa i świadczą o jego jedności. Melancholia, sentymentalizm i bezprecedensowe ukazywanie problemów społecznych połączył w mistrzowskich proporcjach i stworzył powieści, o których istnieniu wciąż trzeba przypominać, tym bardziej w czasach, gdy wielu stroni od ciężkiej pracy nad sobą.

Autor: Przemysław K.

John Steinbeck „Pastwiska Niebieskie. Złota Czara. Nieznanemu bogu”, przekład (kolejno): Andrzej Nowicki, Irena Chodorowska, Franciszek Skomski, wydawnictwo Prószyński Media, Warszawa 2013, s. 800

——————————–

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 501.

„Jestem centrum wszystkiego i nie mogę się ruszać”, czyli ad astra per alas porci

„Zamiast kapłanem Boga, będę bogiem małego, barwnego świata”, czyli magnetyzm bycia

Opublikowane na rok przed śmiercią Johna McGaherna (1934-2006) „Wspomnienie” jest po „Pornografie” i „Między niewiastami” trzecią przetłumaczoną na język polski książką tego autora. Powszechnie uważany za najwybitniejszego prozaika irlandzkiego ubiegłego wieku postanowił za pośrednictwem tej pozycji rozliczyć się ze swoim dzieciństwem, które na trwałe ukształtowało jego osobowość. Ta autobiografia została w zupełności zdominowana przez opisy relacji z rodzicami. Ojciec, sierżant o trudnym charakterze, przedstawiony jest na jej kartach jako osoba nade wszystko pragnąca panować nad swoim otoczeniem, nie znosząca sprzeciwu, wielokrotnie wobec swych dzieci stosująca przemoc, zmuszająca je do ciężkiej pracy, oczekująca bezgranicznego szacunku i nie troszcząca się o los swojej. Natomiast wcześnie zmarła matka była dla autora najbliższą osobą, zawsze pełną miłości, niewyczerpanego duchowego ciepła i radości z najmniejszych darów od losu. Dzięki temu John McGahern od najmłodszych lat był przekonany, że życie nie jest tak proste, jakby się to z pozoru wydawało. Pomimo obcowania z szóstką rodzeństwa czuł się niesłuchanie osamotniony, nikt nie był bowiem skory do zaakceptowania jego pasji. Jako przyczynę swoich literackich zainteresowań podaje przypadek. Czytelnik jednak bez trudu zauważy, że pragnienie odwzorowywania rzeczywistości za pomocą słów, ma w tym wypadku swe korzenie w nieprzerwanym zżyciu z naturą oraz odkrycia w sobie tęsknoty za prawdą w jej najczystszym wymiarze. Melancholijny, realistyczny i statyczny charakter wywodu tylko podkreśla fakt, że życie w Irlandii w ubiegłym wieku nikogo nie rozpieszczało. Kraj ten w ówczesnym czasie, co nieustannie zaznacza autor, tylko przez przypadek nie był nazywany teokracją. Wszystkie dziedziny życia były kontrolowane przez kościół, nikt nie mógł zgłosić swego sprzeciwu wobec sięgającej wszędzie władzy księży. Z tego też względu wiele osób praktykowało wiarę jedynie pro forma, widząc w tym podporządkowanie się tyranii i próbę polepszenia swojego statusu społecznego. Nie do pomyślenia było na przykład zdobycie pracy bez poparcia lokalnego proboszcza. Warto także zaznaczyć, że pomimo wszechobecnego niedostatku druga wojna światowa z perspektywy Irlandii toczyła się gdzieś blisko, jednak bez większego wpływu na społeczeństwo.

John McGahern to bez wątpienia pisarz nietuzinkowy. Mówiąc o literaturze irlandzkiej nie sposób nie wspomnieć o jego twórczości, która w pewien sposób wyeksploatowała tematykę wsi i wpłynęła na kilka pokoleń literatów. Z zaangażowaniem opisał rytuały wiejskiego życia, niczym nie wyróżniające się zdarzenia i codzienne zmagania z trudnymi czasami. Dzięki temu niepostrzeżenie zburzył mit o utopijnym trwaniu na prowincji. „Wspomnienie” to zatem uczciwe rozliczenie się z licznymi dramatami dzieciństwa i dojrzewania, które przez wiele lat nie dawały autorowi wytchnienia. To książka będąca prośbą do każdego z nas, aby pomimo wszystko poszukiwać swej niezależności w literaturze, która za pomocą formułowania pytań pobudza do krytycznego spojrzenia na własną egzystencję. Tylko wtedy można zdobyć się na odwagę zagrania głównej roli w wyreżyserowanym przez samego siebie spektaklu istnienia.

Autor: Przemysław K.

John McGahern „Wspomnienie”, przekład: Hanna Pustuła-Lewicka, Czuły Barbarzyńca, Warszawa 2013, s. 350

——————————–

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 265.

„Zamiast kapłanem Boga, będę bogiem małego, barwnego świata”, czyli magnetyzm bycia

„Sztuka jest moim zbawieniem, ale nie może zbawić ludzkości”, czyli „mea culpa” i „confiteor” w zharmonizowanej symfonii

Pomimo tego, że Jaume Cabré (rocznik 1947) to pisarz od wielu lat przez literaturoznawców uważany za najwybitniejszego twórcę katalońskiego, w naszym kraju dopiero w tym roku ukazała się jego najpopularniejsza powieść. Już od pierwszych dni obecności na polskim rynku „Wyznaję” wzbudza wiele kontrowersji. Wielu wyraża swój sprzeciw wobec nazywania tej pozycji „Czarodziejską górą” Katalonii czy też przełomem we współczesnym postrzeganiu powieściopisarstwa. Inni (przeważnie miłośnicy prozy Eduardo Mendozy oraz Carlosa Ruiza Zafóna) wskazują na niepowtarzalny i mistrzowski charakter całości, która na każdym kroku zachwyca artystycznym wyczuciem, możliwym do uzyskania tylko przez pisarzy Półwyspu Iberyjskiego. Wszyscy jednak zgodnie przyznają, że „Wyznaję” jest czymś niezwykłym i wymagającym wnikliwej lektury.

Powieść ta stylizowana jest na spowiedź (czy też wyznanie, list, rachunek sumienia lub biografię) Adriana Ardévola, który pewnego dnia postanowił opowiedzieć ukochanej swe życie i w jakimś stopniu usprawiedliwić swoje działania. Jak przystało na prawdziwie epicki utwór bohater zaczyna od dzieciństwa, które w zupełności zdeterminowało jego dalszą egzystencję. Już na jednej z pierwszych stron przyznaje, że „przyjście na świat w tej rodzinie było niewybaczalnym błędem”[1]. Jego zdaniem jedynymi sprawcami jego życiowych nieszczęść byli rodzice, którzy go nie kochali i nigdy nie pozwalali mu decydować o własnej przyszłości. Despotyczny, zaborczy i nie znoszący sprzeciwu ojciec, bez żadnych skrupułów narzucający mu swoją wolę, chciał uczynić z niego poliglotę, a do pewnego czasu nie zauważająca go matka ponad wszystko pragnęła, aby został wirtuozem skrzypiec. Adrian stał się zatem ofiarą nie spełnionych ambicji swoich rodziców. Wszystko jednak wskazywało na to, że plany rodziców kiedyś wreszcie zostaną zrealizowane. Dziecko już w wieku kilku lat płynnie posługiwało się kilkoma językami, ich nauka przychodziła mu zdumiewająco łatwo, natomiast gra na skrzypcach także nie sprawiała mu zbytnich trudności, choć do osiągnięcia poziomu mistrzowskiego zawsze brakowało mu determinacji i być może talentu. Każdy czytelnik tej powieści musi przyznać, że Cabré w niezwykle obrazowy sposób pokazuje tutaj jak wybitne jednostki już na samym początku niszczone są przez destrukcyjne otoczenie, które nie pozwala im swobodnie się rozwijać. Młodzieniec namiętnie czyta Karola Maya, nieustannie w tej narracji pojawiają się zatem dialogi z Czarnym Orłem i szeryfem Carsonem. Przekonane o własnej wyjątkowości dziecko poznaje świat za pośrednictwem sprowadzanych do domu przez ojca-antykwariusza starych i w pewnym sensie magicznych przedmiotów, które pokazują mu jak wiele różnorodnych płaszczyzn składa się na pozornie jednolitą rzeczywistość. Przerodziło się to w przyszłości w pragnienie odkrycia istoty estetyki i pracę naukową mającej na celu osiągnięcie ideowej harmonii. Dzięki temu książka ta jest prawdziwym mirażem dorobku „wielkich” filozofów, artystów i pisarzy europejskich, którzy składają się na ogromną rodzinę eksploratorów. Adrian Ardévol uczynił zatem ze swojego wyznania deklarację uczestnictwa w nowym świecie, rzeczywistości po niewyobrażalnych triumfach zła.

„Wyznaję” to przede wszystkim powieść odwołująca się do tak zwanej „techniki powrotu”, której zdumiewającą realizację można odnaleźć na przykład u Marcela Prousta. Po wprowadzeniu do opowieści jakiegoś przedmiotu autor wyznania stara się odtworzyć jego historię, często opierając się na konfabulacji, intuicji i na własnych wyobrażeniach. W tym przypadku cała konstrukcja fabularna oparta jest na tym eksperymentalnym koncepcie. Wielokrotnie niektóre fragmenty są powtarzane, niekiedy także dwie narracje lub dialogi o podobnym charakterze, lecz z odległych epok, prowadzone są naprzemiennie. Autor wskazuje na mechaniczność i rytualność ludzkiej egzystencji, która często jest wtórna ze względu na systematyczne powtarzanie określonych sytuacji. Dostajemy do rąk zatem powieść szkatułkową, w której poszczególne historie bez żadnych wyraźnych „ostrzeżeń” się przeplatają tworząc palimpsest, czyli wieloaspektowe sfabularyzowane studium zła. Mamy tu zatem oprócz wspomnianej biografii Adriana (na którą składają się również historie o jego ojcu i matce), opowieści o czternastowiecznej inkwizycji (kiedy to zło działało pod pozorem walki z herezją i innowiercami), poszukującym schronienia niezwykle utalentowanym „brakarzu akustyku”, Vialu (pierwszych skrzypcach autorstwa Lorenza Storioniego), muzułmance dla której uroda stała się przekleństwem oraz nazistach, sługach zła pozostających w złudnym przekonaniu walki o narodową potęgę.

Celem „Wyznaję” jest udowodnienie odbiorcy, że w każdej epoce zło działało z taką samą intensywnością. Jedynym odstępstwem od tego była II wojna światowa i niewyobrażalne bestialstwo jakie działo się w obozach koncentracyjnych. Wtedy to odwieczny przeciwnik dobra ostatecznie zatriumfował. Odnajdziemy tutaj zarówno katów jak i ich ofiary, cierpiących i zadających cierpienie. Tym samym ta książka to także twierdząca odpowiedź na pytanie czy prawdziwa sztuka jeszcze może powstawać po Holocauście, po tym, co wydarzyło się w Auschwitz. To również opowieść o braku spełnienia. Bardzo trudno w niej bowiem odnaleźć bohatera, który by nie był sfrustrowany. To powieść totalna. Wszystko ma tutaj swoje miejsce, żaden element nie jest pozbawiony sensu. Pomimo tego, że autor nazywa tę książkę „definitywnie nieskończoną” większość z zaprezentowanych tutaj opowieści ma swój początek i koniec, a pozostawiona dla czytelnika układanka z biegiem czasu zaczyna nabierać realnych kształtów. Jednak zło wciąż działa na świecie, zatem jego opisanie będzie teoretycznie możliwe dopiero wtedy, gdy ostatecznie zakończy swą działalność w naszym wymiarze. Wobec tego tylko osamotnienie może przynieść ukojenie jednostce. W tym kontekście często w tej książce pojawia się klasztor, jako miejsce wyciszenia i ożywczej kontemplacji. Dla innych, nie mogących zdobyć się na odwagę całkowitego wyizolowania, „Wyznaję” pozostawia inną nadzieję. Obcowanie ze sztuką i zrozumienie siebie to, według autora, sposób na oczyszczenie i choć minimalne wyzbycie się zła.

Autor: Przemysław K.

Jaume Cabré „Wyznaję”, przełożyła: Anna Sawicka, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2013, s. 768

——————————–

[1] s. 80

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 500.

„Sztuka jest moim zbawieniem, ale nie może zbawić ludzkości”, czyli „mea culpa” i „confiteor” w zharmonizowanej symfonii

“Cały wszechświat wie, kim jestem”, czyli dlaczego jesteśmy pewni, że nie żyjemy w labiryncie dla myszy

Philip Kindred Dick (1928-1982) to protoplasta science fiction, który dzięki swym książkom na zawsze zapisał się w historii literatury jako twórca dążący do pozbawienia rzeczywistości pozorów harmonii oraz łudzącego wpływu przypadku na całość istnienia. Pewny wyraz tego odnajdziemy we wznowionej niedawno jednej z pierwszych jego powieści. „Czas poza czasem” to wydana w 1959 roku książka mająca na celu poddanie w wątpliwość natury realności i literacka próba zasygnalizowania, że wszystko, co nas otacza, może być kłamstwem.

Wspaniałym sposobem na fabularną realizację tego pomysłu stało się wprowadzenie bohatera-eksploratora. Tym protagonistą jest Ragle Gumm, dojrzały mężczyzna, który wraz z rodziną mieszka w nieokreślonym prowincjonalnym mieście w Stanach Zjednoczonych. Od kilku lat nieprzerwanie wygrywa w konkursie organizowanym przez lokalną gazetę, dzięki czemu stał się sławny i rozpoznawalny. Całe dnie poświęca zatem na przewidywanie w jakim miejscu następnie pojawi się „mały zielony ludzik” i uważnie obserwuje otaczający go świat. Tym samym bez żadnych trudności odnotowuje kolejne zauważone anomalie, między innymi: rozpadający się na molekuły wózek z napojami, książka telefoniczna z nieistniejącymi numerami oraz czasopismo ze zdjęciami nieznanej mu Marilyn Monroe. Kulminacją tego staje się „otwarcie niebios” i „przemówienie” po imieniu do bohatera przez Boga. Wszystko to prowadzi do załamania nerwowego. Ragle Gumm uświadamia bowiem sobie, że rzeczywistość niezauważalnie przenika się z wytworami jego psychozy, „realny apendyks” ewoluuje w „chorobliwe wizje”. Sam stawia sobie diagnozę – „psychoza paranoidalna”. Uznaje siebie za centrum wszystkiego, oś wszechrzeczy i „cel całej ewolucji uniwersum”, czyli istotę warunkującą istnienie każdego elementu ogromnej układanki. Kluczowe dla rozwiązania całej zagadki jest odkrycie, że wszyscy wokół pilnują go, aby pod żadnym pozorem nie opuszczał miasta. Podejmuje więc decyzję o tym, aby z nikim nie podejmować kontaktu, każdy może być przecież wrogiem i mieć na celu unicestwić go jako jednostkę ponadprzeciętną. Osacza go przeczucie, iż wokół niego są sami szpiedzy, nie ma jednak żadnej możliwości na wydobycie się z tego impasu. W końcu pojawia się u bohatera pewność, że to, co dotychczas wydawało się być realne jest kłamstwem, a to, co stało się hipotetycznym wytworem jego chorej wyobraźni jest w rzeczywistości prawdziwe. Okazuje się, że infantylna gra logiczna zamieszczana w gazecie jest naprawdę arcyważna, gdyż wpływa na przyszłość gatunku ludzkiego.

„Czas poza czasem” to najbardziej wyrazistszy w twórczości Dicka postulat o zweryfikowaniu własnej percepcji świata. Utwór ten wskazuje na fasadowość organizacji współczesnych społeczeństw, w których prawda jest bardzo odległa od przekazów medialnych. Jako, że powstała jeszcze w czasie, gdy popkultura jeszcze nie odgrywała tak destrukcyjnej roli w amerykańskiej sztuce, jej lektura to niezwykłe przeżycie. Autor wręcz w każdym zdaniu tej powieści zastanawia się jak odróżnić „rzeczywistość od urojenia” i co niepokojące w jego wyobrażeniu tylko odważni i skorzy do podjęcia ryzyka mogą spodziewać się odkrycia choć namiastki autentyzmu, mieć nadzieję na wyjście poza kurtynę złudzeń. To badacz tego, co tkwi pomiędzy sprawdzalnym i możliwym do przypuszczenia, mistrz spekulacji w poszukiwaniu aberracji. Philip K. Dick bez wątpienia dorobił się o wiele bardziej intrygujących i dopracowanych warsztatowo realizacji swych konceptów, lecz trzeba jednak przyznać, że także ta książka jest dowodem na obcowanie z dziełem geniusza.

Autor: Przemysław K.

Philip K. Dick „Czas poza czasem”, przełożył: Robert Reszke, posłowiem opatrzył: Marcin Zwierzchowski, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2013, s. 272

“Cały wszechświat wie, kim jestem”, czyli dlaczego jesteśmy pewni, że nie żyjemy w labiryncie dla myszy

Przyjaciel jest obcym, czyli podglądactwo jako sposób ma wyalienowanie

„Wśród swoich” to najnowszy zbiór ośmiu opowiadań Amosa Oza (rocznik 1939), najwybitniejszego izraelskiego pisarza. Zebrane w tym tomie ascetyczne, lapidarne, wręcz sprawozdawcze utwory są do głębi autentyczne i uniwersalne. Akcja wszystkich umiejscowiona została w kibucu Jikhat w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, zatem w czasie gdy pisarz dorastał i kształtował swój zmysł obserwacji. Autor chce w nich wyrazić swój krytyczny stosunek wobec syjonistów, nie mogących pogodzić się między innymi z autonomią Palestyny.

Bohaterowie Oza to ludzie jednoczący się z cierpieniem świata, potrafiący współczuć i postrzegający wszechobecne okrucieństwo za coś pozostającego poza nimi, coś nadrzędnego względem ich prywatnego dramatu istnienia. Kibuc przedstawiony na kartach tej książki to smutne i statyczne miejsce, w którym życie upływa za sprawą automatycznego wykonywania codziennie tak samo melancholijnych obowiązków dla dobra wspólnoty. Wszyscy jego mieszkańcy są świadomi, że w gruncie rzeczy nie mają wyboru i muszą bez sprzeciwu zaakceptować to, co oferuje im rzeczywistość i społeczność. Jedynym źródłem informacji w tym środowisku są gazety, które czyta jedynie niewielka grupa osób postrzegana przez innych za dziwaków. Pisarz koncentruje się na konfrontowaniu swoich bohaterów z plotkami na ich temat, uznaje je za bardzo niekorzystne zjawisko społeczne w kontaktach międzyludzkich. Najgorzej żyje się w kibucach ludziom samotnym. Jeden z bohaterów mówi nawet, że egzystencja w tym miejscu „nie daje żadnej odpowiedzi na samotność”, bez zastanowienia odrzuca ją jako coś, co po prostu nie ma prawa zaistnieć. Puentą większości tekstów jest natomiast konkluzja, że bardzo niewiele potrzeba, aby skrzywdzić bliskich sobie ludzi. Tym samym Amos Oz wytyka współczesnej cywilizacji ogromną wadę. Według niego bowiem żaden człowiek nie zasługuje na cierpienie. Pomimo przekonania o zasadności własnych wniosków autor ubolewa nad brakiem aprobaty społeczeństwa wobec prób zjednoczenia i wyrzeczenia się dwulicowości.

Poszczególne opowiadania tworzą spójną narrację o silnych pod względem duchowym indywidualnościach, lecz słabych w zmaganiach z grupą w jakiej przyszło im żyć. Głównym ich tematem jest kształcenie. O pracowitych i inteligentnych dzieciach mówi się tu jako o „znakomitym materiale ludzkim”, który w przyszłości może przysłużyć się wspólnocie. Młodzież w kibucach edukowana jest w przekonaniu, że należy ufać tylko ideom „postępowym”, a temu co przeszłe nie należy ufać. W szkole mówi się zatem o Karolu Marksie, równocześnie uznając go za protoplastę takich spółdzielczych i utopijnych w teorii gospodarstw rolnych jak te w Izraelu, gdzie wszystko jest wspólne i każdy jest równy. Na proces wychowawczy swych dzieci rodzice nie mają tam prawie wpływu. Wszystkie decyzje podejmowane są poprzez demokratyczne głosowanie. Dopiero po kilku latach pracy i odbyciu służby wojskowej można rozpocząć studia, jednak jedynie takie, na których będzie można zdobyć wiedzę przydatną dla wspólnoty. Amos Oz w każdym z tych tekstów pozostawia pytanie dla czytelnika: Czy rzeczywiście korzystne jest przedkładanie dobra wspólnoty ponad rozwój jednostki? Jednak, co dla niego charakterystyczne, nie poddaje w wątpliwość idei kibucu. Wskazuje problemy, nigdy jednak jako prawdziwy prozaik nie jest w stanie zdobyć się na ostateczną ocenę. Przedstawia losy zarówno tych, którzy nawet bez cienia sprzeciwu tolerowali zasady panujące w kibucu, jak i buntowników, chcących wbrew wszystkim podążyć własną drogą. Znajdziemy tutaj fabularyzowane sylwetki porzuconej kobiety, czułego na piękno mężczyzny, ojca martwiącego się o córkę, syna żegnającego się z umierającym tatą, odrzucanego przez rówieśników dziecka, świadomych swych obowiązków pracowników, nie potrafiącego pokierować swoim losem młodzieńca oraz człowieka, który pragnie, aby jego ukochany język esperanto kiedyś zjednoczył wszystkie narody.

To pisarstwo podejmujące problem wyobcowania. Postać narratora celowo jest tutaj kreowana na czynnego obserwatora opisywanych zdarzeń. Sprawia to wrażenie jakby żył on w środowisku, o którym opowiada. Amos Oz tymi opowiadaniami znów udowadnia, że jest wierny swym artystycznym założeniom. Od samych początków swej literackiej kariery deklarował, że prawdziwa literatura istnieje wokół każdego człowieka i wystarczy tylko umiejętnie obserwować, aby wydobyć jej bezcenne piękno. „Wśród swoich” to tom będący tego wielowymiarową i prawdziwie dojrzałą kulminacją.

Autor: Przemysław K.

Amos Oz „Wśród swoich”, przełożył: Leszek Kwiatkowski, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2013, s. 152

Przyjaciel jest obcym, czyli podglądactwo jako sposób ma wyalienowanie

Hipnotyzująca walka z estetyką naśladownictwa, czyli fascynacja mitycznością bałkańskiego tygrysa

„Żona tygrysa” Téy Obreht (rocznik 1985) to książka niezwykle dojrzała, będąca pewnego rodzaju rozliczeniem ze światem przodków. Ta młoda pisarka urodziła się na terenie byłej Jugosławii, a gdy wybuchła tam wojna przeniosła się wraz z rodziną na Cypr i potem do Egiptu. Dziś mieszka w Stanach Zjednoczonych i od razu została nazwana przez tamtejsze media posiadaczką niepowtarzalnego talentu łączenia przeszłości rodzinnej z własnym uważnym przeżywaniem teraźniejszości.

Od pierwszych stron tej powieści widać jak ogromny wpływ na psychikę autorki miała postać dziadka, który na łożu śmierci poprosił ją, aby swoje książki podpisywała jego nazwiskiem. Wszystkie historie w niej opowiedziane są z nim związane. Trudno orzec co jest tu prawdą, a co fikcją, gdyż autorka pełnymi garściami czerpie z założeń realizmu magicznego (dlatego też nazywana jest „spadkobierczynią Marqueza”). Wątki autobiograficzne łączy zatem z opowieściami dziadka, lokalnymi przesądami oraz przeróżnymi mitami głęboko osadzonymi w ludzkiej mentalności. Pisarka wspomina swoje dzieciństwo i spacery do ogrodu zoologicznego, których głównym punktem w programie była obserwacja tygrysów. Dopiero po śmierci dziadka uświadomiła sobie dlaczego to zwierzę było dla niego tak ważne. Przez całe życie nie rozstawał się z podarowaną mu w dzieciństwie przez aptekarza „Księgą dżungli” Rudyarda Kiplinga. Do jego rodzinnej wioski zawędrował niegdyś tygrys, prawdziwe ziemskie wcielenie Shere Khana, któremu dzięki wojennym zniszczeniom udało się wydostać z zoo. Zaprzyjaźnił się tylko z tytułową „żoną tygrysa”, głuchoniemą i biedną dziewczyną ciągle krzywdzoną przez nieszczęśliwego męża z niespełnionymi artystycznymi ambicjami. Przez innych ludzi z wioski został zaś nazwany „diabłem”, który tylko czekał na porwanie kogoś z ich położonej wysoko w górach osady. Tylko dziadek autorki odczuwał przemożną chęć spotkania się z królem puszczy i dlatego też w dorosłym życiu codziennie chodził do zoo. Opowieść ta przeplatana jest trzema historiami o „nieśmiertelniku”, bratanku Śmierci. pomagającemu ludziom w ich ostatniej drodze na rozstaje, skąd odbierał ich jego wuj. Jest on istotą niewyobrażalnie skrzywdzoną, nigdy bowiem nie będzie mógł dostąpić zaszczytu odejścia z tego świata. Kilka razy spotyka się on z dziadkiem głównej bohaterki i wciąż jest niezmienny, tak samo uśmiechnięty i pogodzony z własnym położeniem.

Téa Obreht chce tą książką udowodnić, że materiału na prawdziwą literaturę należy szukać w opowieściach prostych ludzi, których perspektywa nie jest skażona fałszywym intelektualizmem. Dopiero wtedy taka głęboko osadzona w rzeczywistości sztuka słowa każdemu uważnemu odbiorcy pokazuje prawdziwe piękno świata. „Żona tygrysa” to także pewnego rodzaju wyrażenie sprzeciwu wobec tych, którzy odczuwają bezpodstawną nienawiść do posiadających inny system wartości i niepodzielających ich sposobu postrzegania. To niepozorna, wieloznaczna powieść o tym jak bardzo dzieciństwo może wpłynąć na całe życie. Historie te toczą się w nigdy nie nazwanej przestrzeni, kraju opanowanym przez wojnę. Choć jugosłowiański konflikt zbrojny jest tu wszechobecny, to mówi się o nim jedynie „pomiędzy wersami”, wielokrotnie narratorka umyka przed literackim skonfrontowaniem siebie ze złem. Wszystko to jeszcze bardziej pociąga w połączeniu ze złudnym autobiografizmem fabuły. Jak na debiutancką powieść jest to dzieło niezwykłe, jednak jej niedoskonałości widoczne są już na pierwszy rzut oka. Pomimo tego nie sposób nie docenić nieustannie zmieniających się sposobów narracji, które stanowią największy atut całości i wprowadzają czytelnika w meandryczność ludzkich losów oraz bałkańskiego folkloru.

Autor: Przemysław K.

Téa Obreht „Żona tygrysa”, przekład: Bogna Piotrowska oraz Małgorzata Reymer, wydawnictwo Drzewo Babel, Warszawa 2012, s. 336

Hipnotyzująca walka z estetyką naśladownictwa, czyli fascynacja mitycznością bałkańskiego tygrysa