„Życie jest zbyt krótkie, aby marnować je na sprawy, które nie wspierają naszych idei”, czyli o zapomnianej odwadze każącej zawsze iść pod prąd

Inspiracją dla Filipa Springera (rocznik 1982) do zajęcia się twórczością małżeństwa Hansenów stała się jego pierwsza książka o architekturze. W „Źle urodzonych. Reportażach o architekturze PRL-u”  mówi o nich jako o artystach wyprzedzających o dwadzieścia lat swoją epokę, a dziś już zupełnie zapomnianych i w wielu środowiskach przemilczanych. Wtedy nie miał zbyt wiele miejsca na zajęcie się tymi dwiema intrygującymi postaciami, zatem „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach” można uznać za pewnego rodzaju dojrzały owoc ówczesnej fascynacji. Nie jest to jednak biografia czy też monografia, lecz zwrócenie uwagi na coś bez wątpienia wybitnego, próba zapoczątkowania dialogu w XXI-wieku o koncepcjach Hansena oraz wyrażenie swej nadziei na to, że istnieją jeszcze na tym świecie ludzie, którzy bez względu na wszelakiego rodzaju poprawność chcą merytorycznie dyskutować nad stanem obecnej cywilizacji.

Oskar Hansen (1922-2005) jawi się na kartach tej książki jako konceptualista Formy Otwartej w architekturze, czyli nowatorskiego sposobu organizacji przestrzeni. Wraz z żoną, Zofią Hansen (1924-2013) skonstruował kilka osiedli, w których pragnęli zastosować ideę „placu na kondygnacji”. Projektanci przekazywaliby przyszłym mieszkańcom określoną przestrzeń chcąc, aby ci w zupełności dostosowali ją do swoich potrzeb. Jak wiele rzeczy w ich historii i to się nie powiodło. Przede wszystkim znani są z zaprojektowania Przyczółka Grochowskiego, który prawdopodobnie przysporzył im najwięcej „wrogów” wśród mieszkańców, którzy wręcz znienawidzili to miejsce i czuli się niesłychanie skrzywdzeni przez los. Springer zwiedza osiedla autorstwa Hansenów, nawet zamieszkuje na jednym z nich. Zauważa wszechobecną „bylejakość”, której źródeł nie należy doszukiwać się w projektach, lecz w realiach czasów w jakich powstawały. Rozmawia z ludźmi, którzy uważają się wręcz za ofiary Formy Otwartej. Rezultatem tego jest przekonanie o wszechobecnym niezrozumieniu dorobku tych artystów. Wciąż zadaje sobie pytanie: „Czy o to naprawdę chodziło?”. Jedyną odpowiedzią, jaką jest w stanie sformułować, jest konkluzja, że obecny świat nie jest jeszcze gotowy na architektów tej miary, co Hansenowie. Jako pierwsi w naszym kraju zaczęli mówić o konieczności „humanizacji” powstających nieprzemyślanych budowli. Drugą teorią, jeszcze bardziej „awangardową”, jest Linearny System Ciągły, w duchu którego miano między innymi przeorganizować Polskę i w założeniu był on (oczywiście nieosiągalnym w innej formie) przestrzennym kompromisem pomiędzy życiem w mieście i na wsi.

Powszechnie uznaje się, że gdyby Oskar Hansen pozostał za granicą stałby się najwybitniejszym architektem swojego pokolenia. Nieustannie czerpał inspirację od mistrzów spotkanych niegdyś podczas pobytu w Paryżu: Picassa, Le Corbusiera oraz Jeannereta, którzy pokazali mu w jaki sposób można założenia przekuć w dzieło. Przez długi czas pracował na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, dzięki czemu wielu z czołowych artystów obecnego stulecia jest jego nieoficjalnymi spadkobiercami i kontynuatorami głoszonych przez niego idei. Co ciekawe tylko nieliczni się do tego otwarcie przyznają. W pewnym sensie tytuł tej książki jest również aluzją do najsłynniejszej wypowiedzi Oskara Hansena, w której wyraża on swoje przekonanie o tym, że jego projekty prędzej czy później zostaną zrealizowane, a on swoją osobą wyłącznie chciał zasygnalizować konieczność zmian. Jako „syn Rosjanki i Norwega” i „Polak z wyboru” najbardziej ceniony jest w krajach skandynawskich, gdzie powstała nawet szkoła BAS (Bergen School of Architecture), w której plan dydaktyczny w zupełności oparty jest na jego koncepcjach.

„Zaczyn” to także opowieść o idealnie uzupełniającym się małżeństwie. Oskar Hansen od zawsze był utopijnym teoretykiem, to Zofia go „sprowadzała na ziemię”, przypominała mu o realiach i ich możliwościach. Pozostawali zawsze na uboczu, nie doczekali się dużej liczby realizacji swoich projektów, do końca życia nie przestawali bronić głoszonych idei. Przykładem tego może być niezrealizowany projekt „Pomnika-Drogi” w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, którego założeniem było przekreślenie całego terenu sześćdziesięciometrowym pasem asfaltu.  Nazywani są „ideowcami”, którzy wyłącznie dążyli do podniesienia Polski z ruin, wprowadzenia zmian w przestrzeniach miejskich największych aglomeracji. Pomimo tego nigdy nie mogli pogodzić się ze światem, w którym wszystko musi się sprzedać, a potrzeby ogółu są zupełnie niezauważalne. Brutalnie konfrontowani byli z rzeczywistością PRL-u, w którym liczyło się wyłącznie takie zagospodarowanie (przeważnie niewielkiej) przestrzeni, aby zmieściło się na niej jak najwięcej ludzi. Takie spojrzenie na architekturę zupełnie nie korespondowało z ich koncepcjami, zatem powstało kilka „pomników” niezgody takich jak lubelskie osiedle Słowackiego i warszawski Rakowiec. Niekiedy jednak mogli odetchnąć i zająć się tym, co pozwalało im przynajmniej choć w jakimś stopniu skorzystać z własnych horyzontów i zdolności. Projektowali więc pawilony na międzynarodowe wystawy, swoje mieszkanie na ulicy Sędziowskiej oraz dom na wsi, w Szuminie.

Filip Springer, zapewne nieświadomie, swój reportaż napisał zwracając uwagę odbiorcy na nieustannie obecną w recepcji dokonań Hansenów niesprawiedliwość ludzką w ocenie elementów rzeczywistości, których zasadności do końca się nie rozumie. Tym samym wszystko to, co udało im się zrealizować skazane jest na zapomnienie jako zbyt daleko wybiegające w przyszłość i nie przystające do szarej, jednostajnej i opanowanej przez schematyzm polskiej przestrzeni. Rozmawiając z mieszkańcami osiedli zaprojektowanymi przez to małżeństwo, ich znajomymi oraz profesorami i studentami ASP reportażysta uświadomił sobie, że wielu świadomych jest geniuszu Hansenów. Jednak w ich przekonaniu obecnego świata nie stać na idealizm. Oskar Hansen był jednym z niewielu, którzy dopuścili możliwość jego zaistnienia oraz konieczności sformułowania wzoru na komfortowe przeżycie dramatu istnienia wśród ciągłości, prostoty i zakłócania harmonii z równoczesną kreacją nowego porządku. Największym problemem osobowości Zofii i Oskara Hansenów był tym samym wyłącznie fakt, że pomimo wszystko chcieli ratować świat.

Autor: Przemysław K.

Filip Springer „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach”, Wydawnictwo Karakter, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Kraków – Warszawa 2013, s. 264

——————————–

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 231.

„Życie jest zbyt krótkie, aby marnować je na sprawy, które nie wspierają naszych idei”, czyli o zapomnianej odwadze każącej zawsze iść pod prąd

W pościgu za punktem kulminacyjnym, czyli ludyczność prozy i Rafael w otoczeniu impresji

bezcennyDo czasu drugiej wojny światowej w Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie obok siebie wisiały trzy najcenniejsze obrazy w polskich zbiorach: „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci, „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta oraz „Portret młodzieńca”, którego autorstwo przypisuje się Rafaelowi. Niestety ostatni z nich został skradziony przez Niemców w czasie wojny i po tym czasie dosłownie rozpłynął się w powietrzu. W Krakowie wciąż czeka pusta rama na ten powszechnie uważany za najcenniejszy na świecie zaginiony obraz. Zygmunt Miłoszewski (rocznik 1976) doceniany w naszym kraju pisarz kryminałów postanowił za sprawą „Bezcennego” połączyć prawdę historyczną z fikcją i stworzyć trzymający w napięciu thriller przypominający niekiedy powieść społeczno-przygodową.

Wszystko zaczyna się od dwóch epizodów z 1944 i 1946 roku. Hans Frank, prawdopodobnie w ówczesnym czasie posiadacz płótna Rafaela, przebywający na zakopiańskich Kalatówkach, uświadamia sobie, że jego wyobrażenia na temat potęgi III Rzeszy Niemieckiej były zdecydowanie zbyt optymistyczne i jak najszybciej musi ukryć swe skarby razem z sekretem, który pozwoli mu wyjść cało z opresji. Dwa lata później w tym samym miejscu spotykają się dwaj tajemniczy panowie bezskutecznie zadający sobie nawzajem enigmatyczne pytanie: „Gdzie to jest?”. Następnie czytelnik przenosi się do współczesności kiedy to na kolejkę liniową na Kasprowy Wierch dokonuje się pierwszy w Polsce udany zamach terrorystyczny. Po kilkunastu stronach zaczyna się właściwa akcja powieści. Polskie służby poinformowane o miejscu przechowywania obrazu Rafaela postanawiają zorganizować jego kradzież. Do tego celu wyznaczają grupę czterech osób, z których każda ma swoje tajemnice i osobisty cel dla jakiego podjęła się tego wyzwania. W skład niej wchodzi: Zofia Lorentz (jedyna osoba w Ministerstwie Spraw Zagranicznych zajmująca się poszukiwaniem na całym świecie zaginionych dzieł sztuki, od dzieciństwa wręcz zadurzona w „Portrecie młodzieńca”), Karol Boznański (niekiedy cyniczny marszand sztuki, do pewnego momentu zainteresowany wyłącznie osobistym zyskiem), Lisa Tolgfors (słynna złodziejka, lubująca się w dziełach francuskich impresjonistów, mówiąca na Moneta „mój Claude”) oraz Anatol Gmitruk (teoretycznie emerytowany oficer służb specjalnych, nieustannie czuwający nad bezpieczeństwem towarzyszy). I już w tym momencie zaczyna się ucieczka przed tajemniczymi amerykańskimi agentami, którzy od razu dają do zrozumienia poszukiwaczom, iż odnalezienie dzieła Rafaela wiązałoby się z odkryciem największej tajemnicy II wojny światowej. Nieustraszona grupa przemierza kilka krajów ze świadomością, że tylko jeden krok dzieli ich od śmierci.

Zygmunt Miłoszewski w „Bezcennym” łączy wszystko to, co potrzebne, aby powstała wciągająca fabuła. Co ciekawe sam jest świadomy faktu, że niekiedy książka ta przypomina po prostu „czytadło”. Widać tu niestety ślady pośpiechu, jakby ktoś usilnie chciał, by pozycja ta ukazała się jeszcze przed wakacjami, nie brak tu powtórzeń, niekonsekwencji i licznych literówek. Trzeba jednak przyznać, że te niedopatrzenia nie wpływają na główną siłę książki i nie świadczą o bezsprzecznym talencie twórcy. Autor nie eksperymentuje z samą tkanką tekstu, skupia się wyłącznie na zestawianiu ze sobą teoretycznej wiedzy na temat rynku sztuki, nadziei na istnienie nienaruszonego „Portretu młodzieńca”, wewnętrznych utarczek psychologicznych bohaterów, wielkiej polityki, intrygujących tajemnic oraz szczegółowości, której powinni zazdrościć mu nawet najwięksi reportażyści. Zdumiewające jak na kartach tej książki te i jeszcze wiele innych elementów ze sobą harmonicznie współgrają jednocześnie odwołując się do popkulturowej tradycji.

Autor: Przemysław K.

Zygmunt Miłoszewski „Bezcenny”, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013, s. 496

W pościgu za punktem kulminacyjnym, czyli ludyczność prozy i Rafael w otoczeniu impresji

„Diabeł lepi garnki, ale nie robi pokrywek”, czyli Włoch na tropie Mefistofelesa

Opublikowane niedawno tłumaczenie książki „Czarnobyl” Francesca M. Cataluccia (ur. w 1955 roku) to jeden z niewielu przykładów pozycji rozpatrujących określone zagadnienie z niezliczonych perspektyw, które dopiero po dokładniejszej analizie wydają się misternie powiązane. W tym niepozornym eseju rozpisanym na jedenaście rozdziałów w sposób autonomiczny następuje po sobie bardzo wiele wątków starających się rozwikłać zagadkę koncentracji zła w niewielkim ukraińskim miasteczku Czarnobyl, które niestety międzynarodową sławę zyskało dzięki katastrofie tamtejszej elektrowni jądrowej 26 kwietnia 1986 roku.

Całość rozpoczyna się od opowieści o tym jak autor, w poszukiwaniu prezentu dla polskiej koleżanki, w paryskim antykwariacie natrafił na osiemnastowieczną mapę Ukrainy. Jeden z klientów zwrócił jego uwagę na etymologię słowa „Czernobel” mającego oznaczać „czarną łodygę”. Dzięki temu zwyczajnemu wydarzeniu włoskiemu badaczowi dziejów Europy Wschodniej intrygująca nazwa tej miejscowości z nieznanych względów na trwałe wyryła się w pamięci. Wszystko to przerodziło się wręcz w chorobliwą fascynację tym miejscem i dzięki temu czytelnik ma okazję zapoznać się także z zamieszonym w tej książce reportażem z wycieczki do Prypeci i Czarnobyla, które teraz dzięki niepowtarzalnej i od czasów wybuchu zupełnie nienaruszonej socjalistycznej architekturze są międzynarodową atrakcją turystyczną. Następnie, aby autobiografizmowi stało się zadość, Cataluccio opowiada o swojej młodości, gdy służąc w wojsku był psychiatrą z dyplomem z filozofii i miał okazję zbadać tajne dokumenty dotyczące katastrofy w Seveso dzięki której do atmosfery wydostała się duża ilość silnie trującej dioksyny (TCDD). Po tych dygresjach autor przechodzi do właściwej relacji swych studiów na temat historii Czarnobyla, który prawie od zawsze związany był ze społecznością żydowską (tutaj na przykład istniał jeden z głównych ośrodków chasydyzmu). Okazuje się, że miasteczko to ma także o wiele bogatszą przeszłość niż mogłoby się wydawać. Pierwsza wzmianka o nim znajduje się już w latopisie z 1193 roku. Od tego czasu dotknęły go wszelkie możliwe katastrofy: bunt chłopów pańszczyźnianych i Kozaków, wojna rosyjsko-polska (w XVI w.), drugi rozbiór Polski, wojna domowa, rewolucja 1917 roku, kolektywizacja rolnictwa, klęska głodu zwanego „Hołodomorem”, zbrodnie nazistów i sowietów oraz będący osobliwym zwieńczeniem dzieła zniszczenia wybuch elektrowni. Autor nie omieszkał także sporządzić szczegółowej relacji z przebiegu tego ostatniego kataklizmu, która oparta jest przede wszystkim na treściach zawartych w książce Swietłany Aleksijewicz pod tytułem „Czarnobylska modlitwa” oraz sprawozdań fotoreporterów. Obraz dopełnia „odnaleziony dziennik z Polski”, czyli zapiski autora z 1986 roku. Przebywał on wtedy w Warszawie i opisuje reakcję Polaków na wieści o możliwym radioaktywnym zagrożeniu.

Catalucci Czarnobyl postrzega jako miejsce, które szczególnie przypadło do gustu szatanowi czyniącemu sobie niekiedy z niego swe siedlisko i wciąż przypominającemu tam o swym istnieniu. Jako miłośnik literatury nie mógł także powstrzymać się przed przeanalizowaniem motywu diabła w twórczości ukraińskich i rosyjskich twórców. Pisze o dziełach i życiu Izaaka Babla, Fiodora Sołoguba, Michaiła Bułhakowa, Wasilija Grossmana, Fiodora Dostojewskiego, Jurija Andruchowycza, Nikołaja Gogola oraz Tadeusza Micińskiego, który zginął niedaleko Czarnobyla.

Z książki Francesca M. Cataluccia wyłania się obraz skorumpowanej Ukrainy, opanowanej przez mafię i będącej w zupełności pełnowymiarowym odpowiednikiem zachodnich stereotypów na jej temat. Eseista ten wysnuwa nawet tezę, że kraj ten jeszcze przez wiele lat będzie stracony dla współczesnej cywilizacji. Wszystko to, co stało się w tym niepozornym miasteczku nazywa „próbą generalną przed końcem świata”, dzięki której Czarnobyl stał się „na wpół wyludnioną mieściną”, jedną z wielu przeszkód w promocji Ukrainy jako jednego z krajów wspólnoty europejskiej.

Autor: Przemysław K.

Francesco M. Cataluccio „Czarnobyl”, przełożył: Paweł Bravo, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, s. 152

„Diabeł lepi garnki, ale nie robi pokrywek”, czyli Włoch na tropie Mefistofelesa

Różne skale szarości, czyli wielobarwna ziemia niczyja w objęciach sztormu

„Dziś wieczorem nie schodźmy na psy” to wielowymiarowa wspomnieniowa książka Alexandry Fuller o dzieciństwie spędzonym w Afryce. Urodziła się w 1969 roku w małym angielskim miasteczku, jednak już w wieku trzech lat przeprowadziła się na Czarny Ląd. Od tego czasu aż do 1994 roku (kiedy to poślubiła Amerykanina i wyjechała z nim do USA) mieszkała kolejno w trzech krajach Afryki Południowej: Rodezji (przekształconej później w Zimbabwe), Malawi i Zambii. Wraz z rodzicami i starszą siostrą stali się farmerami, którzy ze względu na swój kolor skóry i pochodzenie od zawsze byli na uprzywilejowanej pozycji.

Książka ta to barwna opowieść o świecie zdominowanym przez żądnych władzy i ziemi kolonizatorów oraz o nieustannie wybuchających wojnach domowych będących dla ludności miejscowej ostatnią nadzieją na wyzwolenie i odzyskanie należnych sobie praw. Rzeczywistość zupełnie opanowana przez konflikt pomiędzy białymi a nienawidzącymi ich Afrykanami, którzy pomimo wrodzonego oporu przed przybyszami niekiedy muszą im służyć. Autorka burzy zakorzeniony w społecznościach krajów zachodu mit o idyllicznej egzystencji w tej części świata. Według niej życie tam w drugiej połowie XX wieku nie znało kompromisów: już w wieku kilku lat musiała umieć posługiwać się z bronią, a w każdej chwili mogła spodziewać się napadu „terrorystów”, czyli ludzi nie znających pojęcia humanitaryzmu. Zastanawia się nad źródłem przemożnego pragnienia każdego człowieka zakorzenienia w jakiejś ziemi i posiadania jej na własność. Jest to zaskakujące tym bardziej, że Afryka jest kontynentem na którym spotykają się wszystkie kultury świata, a dzieci niepostrzeżenie zamieniają się w dorosłych. Jednak to nie chimurenga („wojna o wyzwolenie” spod jarzma kolonizatorów) jest głównym tematem tej książki. Alexandra Fuller przede wszystkim na jej kartach snuje historię swojej rodziny, której szczegółowość niekiedy aż zaskakuje. Bez poczucia odarcia z prywatności i z nieskrywaną nutą sentymentalizmu opowiada o uzależnionej od alkoholu i chorej psychicznie matce, której całe życie zostało pozbawione blasku z powodu śmierci trójki dzieci; ojcu, zawsze opanowanym, niewyobrażającym sobie życia bez pracy i znoszącym ze zdumiewającym stoicyzmem chorobę żony oraz o siostrze wciąż wytykającej jej wady i nieodpowiednie zachowanie. Relacjonuje życie na farmie zdeterminowane przez niemiłosierny upał, brak wody, segregację rasową oraz pragnienie przeżycia w nie zawsze gościnnych dla ludzi miejscach. Wspomina zabawne i intrygujące anegdoty, dzieli się swoimi doświadczeniami oraz wyraża swój sprzeciw wobec decydujących w życiu ludzi zawirowań politycznych.

Już na pierwszy rzut oka widać, że Alexandra Fuller bezkrytycznie pokochała Afrykę za możliwość symbiotycznego zżycia z przyrodą, otoczenia się ogromną watahą psów i „chaotyczne życie”. To właśnie z powodu tej miłości żałuje, iż przez bardzo długi czas uwięziona była w „bańce anglocentryzmu”, która nie pozwalała jej zachwycić się tamtejszą kulturą. Rasizm przedstawiany jest tutaj jako największe zagrożenie współczesnej cywilizacji. Autorka konfrontując swoje dzieciństwo z dorosłym postrzeganiem świata apeluje o zaakceptowanie kulturowej różnorodności w rzeczywistości, w której niestety wielu jest zdanych na samych siebie. Pomimo tego, że przeważnie jej rodzinie wiodło się źle matka wpajała jej, iż najważniejszy jest fakt posiadania „lepszego rodowodu od angielskiej królowej”. Alexandra Fuller uznaje takie myślenie za archaiczne i wręcz cieszy się z upadku Imperium Brytyjskiego w tej części świata. W książce tej wszechobecne jest przekonanie, że Afryka jest zbyt zaborcza, aby ją opanować, a człowiek tam żyjący nie może jej posiąść na własność. Jego jedynym wyjściem jest stopniowe pogodzenie się z staniem się jej własnością. To nie jest próba usprawiedliwienia się czy też usiłowanie ukrycia zła wyrządzanego przez białych na Czarnym Lądzie, lecz literackie „spojrzenie światu w twarz” w celu pokazania życia „pełnego pasji”, wymagającego i odpłacającego za wysiłek pięknem.

Autor: Przemysław K.

Alexandra Fuller „Dziś wieczorem nie schodźmy na psy. Afrykańskie dzieciństwo”, przełożyła Dobromiła Jankowska, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, s. 352

Różne skale szarości, czyli wielobarwna ziemia niczyja w objęciach sztormu

„Kiedy koryguję, niszczę, kiedy niszczę, unicestwiam”, czyli urzeczywistnienie Stożka i samokorekta

W ostatnim czasie proza Thomasa Bernharda (1931-1989) zdobywa w naszym kraju coraz większe uznanie. Po opublikowaniu dzieł najbardziej znanych i nie zawsze w pełni świadczących o jego niewątpliwym geniuszu przyszła pora na wydaną w 1975 roku „Korektę”, pozycję uważaną za najważniejszą i stanowiącą punkt kulminacyjny w jego twórczości.

Pochodzący z Austrii Roithamer, profesor nauk przyrodniczych na uniwersytecie w Cambridge, postanawia poza pracą badawczą zająć się wybudowaniem Stożka, który od razu stał się jego idée fixe. Miałby on zapewnić jego siostrze, najbliższej mu osobie, najwyższe i „absolutne szczęście”. Wybudowany w „dokładnym geometrycznym środku lasu”[1] Kobernaußerwald stać się miał logiczną konsekwencją jej mentalności. Natomiast koncepcja tej budowli była homologiczna „niemal w stu procentach” z charakterem i naturą osoby dla której była wybudowana. Pomimo takiej zgodności siostra Roithamera zmarła, a on popełnił samobójstwo uznając siebie za osobę w pełni spełnioną. Budowa Stożka unicestwiła rodzeństwo, dwa zbliżone do siebie istnienia. Jego wieloletni przyjaciel, matematyk także pracujący w Cambridge, przyjeżdża na mansardę Höllera (poddasze gdzie konstruktor przez sześć lat pracował nad swoim projektem), aby zgodnie z testamentem uporządkować spuściznę po zmarłym. Przewiduje on nawet, że jego przyjaciel, powierzając mu swoje pisma, chciał go zgładzić. Jak widać jest to powieść zupełnie „statyczna”, prawie pozbawiona fabuły. Decydującą rolę odgrywa jedynie idea i jej urzeczywistnienie. Tytuł tej pozycji nawiązuje do ostatniej pracy Roithamera: „O Altensam i wszystkim, co ma związek z Altensam, ze szczególnym uwzględnieniem Stożka”. Był to jego naukowy testament i pewnego rodzaju opus magnum. Dzieło to wciąż poprawiał aż do tego stopnia, że zniszczył je zupełnie – z kilkuset stron pozostało zaledwie kilkanaście. Jednak dzięki tej pozornej destrukcji powstał „tekst autentyczny”, w pełni wyrażający osobowość autora. Roithamer dochodzi do wniosku, że Stożek był z góry ustalonym celem jego życia, a ostateczną „właściwą i zasadniczą korektą” będzie autodestrukcja, samobójstwo, czyli unicestwienie siebie jako zbędnej wypadkowej w działaniach natury. Swe poglądy wyraża bez żadnego wstydu: „Najwyższe szczęście bowiem jest tylko w śmierci”[2]. W jego systemie wartości samobójstwo nie jest poddaniem się, lecz wyzwoleniem. Zatem jego cel został osiągnięty. Wybudowanie Stożka dla siostry stało się prawdopodobnie przyczyną jej śmierci, a więc, w rozumieniu bohatera, osiągnięciem pożądanego stanu idylli. Autor, przy okazji tego tematu, jak w wielu swych dziełach i tutaj wyśmiewa swoją ojczyznę. Austrię traktuje jako kraj niezdecydowanych samobójców, gdzie każdy myśli o odebraniu sobie życia, lecz mało kto jest na tyle odważny, aby tego dokonać. Roithamer miałby być zatem ostatnim odważnym, w pełni decydującym o swoim losie.

Powieść składa się z dwóch części: pierwsza jest pierwszoosobową narracją przyjaciela Roithamera, a druga pozornie uporządkowanym tekstem autorstwa samego konstruktora Stożka. Wydaje się, że głównym celem „Korekty” jest zasugerowanie faktu możliwej korespondencji i współistnienia w jednym przedsięwzięciu różnych dziedzin nauki i sztuki. Poza tym ten austriacki pisarz stara się za pośrednictwem literatury udowodnić, iż ponadprzeciętne jednostki mają ogromny problem ze znalezieniem odpowiedniego dla siebie miejsca do życia i rozwoju. Często są zbyt inteligentne, aby żyć wśród ludzi uchodzących za „normalnych”. Bernhard pokazuje, że jedynie osiągnięcie pełnej i niczym nie zakłóconej koncentracji może doprowadzić do osiągnięcia czegoś naprawdę wartościowego i korzystnego dla ogółu. Tym samym mamy okazje zmierzyć się z dziełem traktującym o skali wpływu jednostki wybitnej na otaczającą ją rzeczywistość. Roithamer wciąż był niezrozumiany przez otoczenie, ciągle go coś irytowało. Wobec swoich przyjaciół był do tego stopnia zaborczy, że spadkobierca jego zapisków do czasu śmierci przyjaciela był w zupełności jego mentalnym odpowiednikiem, stanowili jedność pod względem myśli, przeżyć i uczuć.  Główny bohater odziedziczoną posiadłość, dotychczas skutecznie degradowaną przez rodzinę, rozkazał sprzedać, a uzyskane w ten sposób fundusze przekazać ludziom opuszczającym więzienia. Można się w tym dopatrzeć jawnej krytyki współczesnego systemu więziennictwa, które ludziom skazanym po odbyciu kary w żaden sposób nie pomaga w rozpoczęciu nowego i teoretycznie lepszego życia.

Roithamer jest totalnym badaczem świata. Swe badania lub rozmyślania na jakiś temat kończył dopiero wtedy, gdy dany problem opracował w zupełności, a żadna kwestia jego dotycząca nie pozostawiała wątpliwości. Czuł się wręcz zmuszony urzeczywistniać swoje wyobrażenia. Już ze względu na miejsce pochodzenia był zgubiony. Jego rodzice uznawali go za dziwaka i od zawsze ignorowali. Nawzajem odczuwali do siebie nienawiść, nie łączyła ich ze sobą nawet nikła nić porozumienia. Szczególnie matka chciała zniszczyć rodzący się w nim intelekt i sprowadzić go do poziomu niczym nie wyróżniającego się człowieka. Choć zauważali jego nietypowe zainteresowania to nawet nie przypuszczali, że ich dziecko może kiedyś stać się geniuszem. Znienawidził rodzinną miejscowość, Altensam, gdzie wszystko było mu obce i przeciwne jego naturze. Gdy ją odziedziczył, dotychczas skutecznie degradowaną przez rodzinę, rozkazał sprzedać, a uzyskane w ten sposób fundusze przekazać ludziom opuszczającym więzienia. Można się w tym dopatrzeć jawnej krytyki współczesnego systemu więziennictwa, które ludziom skazanym po odbyciu kary w żaden sposób nie pomaga w rozpoczęciu nowego i hipotetycznie lepszego życia. Przytłaczający krajobraz górski obdarzył go „wrodzoną dożywotnią depresyjną kondycją”[3] i z tego względu w pewnym sensie był człowiekiem od zawsze nieszczęśliwym. Roithamer w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że to dzięki temu był w stanie zdobyć się na odwagę i postąpić przeciw wszystkiemu. Bezwzględnie wymagał przebywania w samotni i także z tego względu jego zamierzenia od samych początków nie były traktowane poważnie. Jako prawdziwego pasjonata i naukowca charakteryzowała go przemożna chęć uczynienia czegoś po raz pierwszy. Stożek był do tego celu idealny. Na całym świecie bowiem nigdy nie powstała taka konstrukcja. Z tego też względu uznawał, że myślenie dla społeczeństwa jest czymś zupełnie obcym, zatem jego egzystencja zupełnie skoncentrowana na tym procesie, po zrealizowaniu podjętych przedsięwzięć, musiała zostać zakończona. Jego celem było wybudowanie Stożka dla siostry jako „całkowicie odpowiadającego jej naturze dzieła sztuki budowlanej”[4]. Tym samym od dzieciństwa musiał obserwować ją, aby Stożek mógł stać się pełnowymiarowym odpowiednikiem jej osobowości. Główną ideą tego eksperymentu była chęć udowodnienia, że „jest w ogóle możliwa konstrukcja, która sprowadzi na kogoś całkowite szczęście”[5].

Thomas Bernhard jak nikt potrafi wytworzyć w swojej prozie zjawisko muzyczności i rytmiczności, co niekiedy zakłócane jest na przykład przez systematyczne wykorzystywanie formuły sygnalizującej przytaczanie: „Roithamer powiedział”. Jak zwykle odrzucający wszelkie konwencje, w równym stopniu łączący autobiografizm, realność i fikcję. Nienaturalne skomplikowanie i spirale powtórzeń wskazują na to, że książka ta przeznaczona była dla czytania na głos. Tylko wtedy można uchwycić ideę i dialektyczną odpowiedź na to, czy racjonalizacja samobójstwa jest rzeczywiście możliwa i osiągalna. Pomimo tego w powieści tej próżno szukać dialogów, a całość stanowią zaledwie dwa akapity. Wielu w „Korekcie” dopatruje się inspiracji tezami filozofii języka Ludwika Wittgensteina zawartymi między innymi w „Traktacie logiczno-filozoficznym”. Poza tym przewiduje się, że pierwowzorem Roithamera miała być właśnie postać tego austriackiego filozofa, który także przez długi czas konstruował dom dla swojej siostry.

W tej książce wszystko jest zagadką. Według jej motta dla „zapewnienia stabilności ciała” potrzebne są „trzy punkty oparcia”. Czytelnika poszukującego ich w „Korekcie” od razu porwie meandryczność składni, zawiłość wywodu oraz burzące wszelką nadzieję na uchwycenie się jednego wątku niekończące się nigdy dygresje. Dzięki temu narracja tej książki wciąga jak nurt rwącej rzeki.

Autor: Przemysław K.

Thomas Bernhard „Korekta”, przekład i posłowie: Marek Kędzierski, Spółdzielnia Wydawnicza “Czytelnik”, Warszawa 2013, s. 344

——————————–

[1] s. 315

[2] s. 311

[3] s. 132

[4] s. 185

[5] s. 201

„Kiedy koryguję, niszczę, kiedy niszczę, unicestwiam”, czyli urzeczywistnienie Stożka i samokorekta

Wirujący dowcip, miraż i jeden dzień, czyli sól w oku pseudopatriotów

„Niehalo” to powieściowy debiut Ignacego Karpowicza (rocznik 1976), który możemy nawet uznać za pewnego rodzaju wyrażenie własnego spojrzenia na literaturę. Autor wiele z wykorzystanych tutaj motywów będzie bowiem kontynuował i rozwijał w swych późniejszych książkach.

Wszystko zaczyna się w rodzinnym mieście pisarza, Białymstoku. Mieszka tam Maciek, młody chłopak wciąż sfrustrowany z tego względu, że ma znikomy wpływ na swoje życie, a wszystkie decyzje dotyczące przyszłości od zawsze zapadały bez jego czynnego udziału. Studiuje polonistykę, pisze pracę magisterską i już dawno zdążył znienawidzić swój uniwersytet. Nie rozumie jak ktoś za współczesną literaturę może uznawać pisarstwo Stefana Żeromskiego. Czuje się pokrzywdzony przez los, który skazał go na tak staroświecką i prowincjonalną uczelnię. Jego zdaniem celem edukacji jest wyłącznie zniszczenie niepowtarzalnej osobowości człowieka i sprowadzenie jej do pożądanego dla systemu schematu. Nie podziela ideałów swoich przodków a „mania narodowowyzwoleńcza” w jego umyśle staje się wręcz chorobą psychiczną. Jej dynamiczny rozwój miałby być kontrolowany przez kościół katolicki, którego jedynym zamierzeniem jest wzbogacenie się kosztem najbiedniejszych. Z tego względu od zawsze odczuwał niechęć do „etosu bogoojczyźnianego” dzięki czemu omawianie na studiach literatury romantycznej było dla niego prawdziwą męką. Pracuje w małej lokalnej gazecie, której target nazywa kompletnymi „idiotami”. Pewnego dnia, gdy jedna z „koleżanek” z pracy prosi go, aby kupił w pobliskim sklepie mleko, zaczyna się przełomowy dzień w jego życiu.  Bohater wędruje po swoim rodzinnym mieście, rozmawia z pomnikami Józefa Piłsudskiego i Jerzego Popiełuszki, znajduje niesłychanie cenne dla wierzących jajo, walczy z Ormianami oraz śledzi poczynania nacjonalistów i dewotek. Surrealistyczno-psychodeliczne wizje wywołane pigułkami i syropem kupionym w aptece jeszcze bardziej obdzierają otaczający go świat z pozorów i iluzji. Każda postać w tej książce ma zatem dwa wymiary: realny i wyobrażony. Łączy je jedynie postać głównego bohatera, która wprowadza je w odpowiednim czasie i formie na „scenę” opowieści.

Tym samym w zupełności można czuć się predestynowanym do uznania tej książki za pamflet. Jednak każdy uważny obserwator naszej polskiej rzeczywistości musi przyznać, że pozornie karykaturalny opis „Polski B” zaprezentowany w tej powieści jest niestety do granic możliwości prawdziwy. Ignacy Karpowicz pokazuje, iż przekleństwa, wulgarność i znienawidzenie wszystkiego są jedynym ratunkiem przed destrukcyjnym wpływem stereotypów wszechobecnych w społeczeństwie. Za pomocą odwróconej perspektywy i krzywego zwierciadła piętnuje różnorakie bolączki naszego narodu: niezrozumiały strach przed komercjalizacją i ateizacją Europy, brak krytycyzmu wobec symboli narodowych oraz bezdyskusyjną wiarę we wszystko to, co głosi kościół. Poza tym szczególnie akcentuje własne przekonanie o tym, iż największym problemem Polaków jest brak chęci uświadomienia sobie, że ich kraj od dawna nie jest już potęgą, jeżeli kiedykolwiek nią był.

Ignacy Karpowicz to pisarz w pełni zdający sobie sprawę z siły absurdu, groteski i niedopowiedzeń we współczesnej literaturze. Tytuł tej książki w zupełności oddaje jej specyfikę. Nie jest ona spójna, właściwa narracja wciąż przerywana jest przeróżnymi innymi formami wyrazu, a całość przypomina stenogram monologu wewnętrznego bohatera o niewyobrażalnie zniszczonej psychice. „Niehalo” to przede wszystkim proza chcąca szokować i wzbudzać w odbiorcach zwierzęce instynkty. Autor ten, podobnie jak jego rówieśnicy, chce urzeczywistnić swe marzenie stania się artystą czyniącym z życia farsę. I już za sprawą debiutu udowadnia, że bardzo umiejętnie radzi sobie z twórczym realizowaniem własnych zamierzeń.

Autor: Przemysław K.

Ignacy Karpowicz „Niehalo”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013, s. 224

Wirujący dowcip, miraż i jeden dzień, czyli sól w oku pseudopatriotów

„Dziś będzie piękny dzień”, czyli zwierzęce instynkty w spokojnym świecie agonii

Pitcairn to niewielka wyspa na Oceanie Spokojnym odkryta w 1767 roku. Od tego czasu stała się zamorskim terytorium Wielkiej Brytanii pomimo tego, że od Londynu odległa jest o ponad piętnaście tysięcy kilometrów. Już po dwudziestu trzech latach od tego wydarzenia dziewięciu dezerterów (zwanych „buntownikami”) z okrętu Bounty, wysłanego na te wody przez ówczesnego króla Anglii, wraz z osiemnaściorgiem ludzi pojmanych z Tahiti trafili na tę dotychczas bezludną wyspę. Dzisiaj mieszka tam sześćdziesiąt osób.

Każdy Europejczyk myśląc o tego typu egzotycznym miejscu zapewne wyobrazi sobie ziemskie wcielenie Edenu, lecz Maciej Wasilewski (rocznik 1982) w swym niezwykle odważnym reportażu „Jutro przypłynie królowa” pokazuje jak czasami złudne są wyobrażenia człowieka. Jedynym wydarzeniem, które niechlubnie rozsławiło to niepozorne miejsce na ziemi było ujawnienie serii gwałtów dokonanych na nieletnich dzieciach przez w większości dorosłych i silnych mężczyzn wykonujących najcięższe prace w osadzie. Dlatego też wymierzenie im sprawiedliwości równoznaczne byłoby z unicestwieniem tej społeczności. Choć nowozelandzki sąd podjął się osądzenia winnych to i tak wymierzone kary dotknęły tylko nielicznych i na dodatek były symboliczne. Co gorsza do dziś wszystko co z tym związane osnute jest zmową milczenia, a każdy kto stara się rozwikłać tę zagadkę nie zostaje wpuszczony na wyspę lub szybko jest z niej usuwany.  Rozmowy z przybyszami mogą zakończyć się nawet samosądem lub „przypadkową śmiercią”, zatem nikt nie chce ryzykować.

Naszemu reportażyście, który podał się za antropologa, na krótki czas udało się tam dostać w celu uświadomienia nam jak brutalny jest współczesny świat, w którym ukrywanie zła ludzie nazywają „pielęgnowaniem ciszy”. Mieszkańcy tej wysepki nazywają siebie wspólnotą, bezgranicznie zaufali idei komunizmu i postanowili bezdyskusyjnie odizolować się od świata co nie przeszkadzało im oczywiście w korzystaniu z niewyobrażalnie dużej pomocy finansowej od Wielkiej Brytanii. Społeczność ta w pewnym momencie zaczyna czytelnikowi przypominać sektę, którą „łączy tylko współodpowiedzialność za zbrodnię”[1]. Świadczy o tym także jedno z obowiązujących tam praw: „Wspólnota wszelkie decyzje podejmuje jednomyślnie. Kto nie działa w interesie wspólnoty, nie myśli poprawnie. (…) Jeśli dzieje się źle, nie wynika to z działań wspólnoty. Obcy chcą nas zniszczyć”[2]. Na szacunek zasługują tam tylko ludzie urodzeni na wyspie, a każdy „przechrzta” i obcy nazywany jest Judaszem i postrzegany jest jako realne niebezpieczeństwo. Wielu uważa, że dobro i przyszłość wspólnoty są o wiele ważniejsze od życia każdego z ludzi przebywających na wyspie. Każdy wie o sobie wszystko, a życie tam to „giełda intryg i pomówień”[3], gdyż wszyscy zapamiętują o sobie nawzajem wszelkie zauważone występki i czekają tylko na odpowiednią chwilę, aby tę wiedzę korzystnie wykorzystać za pomocą szantażu. Nam, wychowanym w kapitalistycznym świecie, wydaje się niemożliwe, że gdziekolwiek mogą jeszcze istnieć miejsca gdzie „przysługa” cenniejsza jest od dolara. Wasilewski nie waha się stawiać dalekosiężnych diagnoz: „Pitcairneńczycy są jak wielopokoleniowa rodzina zmuszona żyć w przyciasnym mieszkaniu – knują i zwalczają się po cichu”[4]. Wszyscy jego rozmówcy w zawoalowanej formie starają się mu uświadomić, że ingerencja kogokolwiek w tą małą hermetyczną społeczność nie przyniesie żadnej zmiany, a ludzie tam mieszkający nadal będą koegzystować ze złem.

Molestowane kobiety „czują się nikim”, a nazywanie się ofiarą na Pitcairn to przyznawanie się do porażki. Jedynym rezultatem takiego działania może być wstyd. Wszyscy mieszkańcy pomoc postrzegają jako otwarty atak, a ich reakcją jest tylko opór przed tym, co nowe i spoza. Choć wszyscy zaliczani są do obywateli Unii Europejskiej to Brytyjczyków postrzegają jako „najeźdźców, okupantów, wyzyskiwaczy”[5], a całą Europę „mają za nic”, jest dla nich tylko „generatorem hałasu”. Co ciekawe taką postawę nazywają „walką o własne istnienie”[6]. Ci, którym udało się uciec, mówią o tej wyspie jako o czymś „przeklętym” i uważają za oczywiste, że w miejscu pozbawionym aparatu sprawiedliwości zrodziły się akty przemocy, ludzie poczuli się bezkarni i zamienili się w zwierzęta. Dopiero w czasie, gdy międzynarodowa opinia publiczna dowiedziała się o zaistniałej tam przemocy „Pitcairneńczykom przyglądają się brytyjscy dyplomaci i organizacje pozarządowe”[7]. W tej sytuacji musiało paść retoryczne pytanie: „Mieli sto lat, żeby zaprowadzić porządek na wyspie. Dlaczego nie zrobili tego wcześniej?”[8]. Teraz pozostają nam tylko słowa, na działania już za późno, krzywda się dokonała. Na Pitcairn pojęcie sprawiedliwości już dawno straciło na wartości, uległo dewaluacji. Maciej Wasilewski formułuje nawet tezę, że Brytyjczykom zależy na wyludnieniu tej wyspy, gdyż uznają ją za „dogorywający organizm”.

„Jutro przypłynie królowa” to wielopłaszczyznowa i szczegółowa opowieść o wyspie na której zło zdążyło się już na dobre zadomowić. Ten reportaż przedstawia przeróżne anegdoty, fakty i opowieści w formie kolażu, mozaiki. Maciej Wasilewski pokazuje jak łatwo można utracić człowieczeństwo, przydomek „sapiens” i przemienić się w zwierzę gotowe na wszystko w celu zaspokojenia swych żądz. Współczesne reportaże wciąż pokazują jak ważne jest, aby wciąż istnieli dziennikarze-herosi nie wahający się ani chwili przed piętnowaniem niesprawiedliwości i przerażających czynów.

Autor: Przemysław K.

Maciej Wasilewski „Jutro przypłynie królowa”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, s. 170

——————————–

[1] s. 16

[2] s. 126

[3] s. 39

[4] s. 40

[5] s. 114

[6] s. 125

[7] s. 105

[8] s. 106

„Dziś będzie piękny dzień”, czyli zwierzęce instynkty w spokojnym świecie agonii

Opowieść o ojcu, którego nie było stać na rękawiczki, czyli „non omnis moriar” jest kłamstwem

Od samych początków istnienia powieści wiadomo, że utwory inspirowane rzeczywistymi wydarzeniami, lecz będące w większości wytworem wyobraźni artysty, osiągają największe uznanie. Metin Arditi w swej książce o bardzo enigmatycznym tytule „Turquetto” wydaje się być powieściopisarzem aż do przesady tego świadomym. Opowieść w niej zawarta zawiera w sobie wszystkie elementy jakie są potrzebne do tego, aby powstało dzieło poruszające i co najważniejsze zapadające w pamięć. Swoich czytelników przenosi w malarski świat renesansu XVI wieku. Nie brak tutaj zatem wielkiej polityki, ogromnych pieniędzy, zwalczających się nawzajem religii, miłości oraz morderstw. Autor, choć mieszka w Szwajcarii, ze względu na swoje pochodzenie jest pisarzem, którego styl o wiele bardziej przypomina literaturę arabską niż europejską. Jeżeli do kogokolwiek można by było go porównać to właśnie do Orhana Pamuka, który tak samo jak on tworzy rozdziały niezbyt obszerne i do przesady konkretne, a jego fabuły oparte są na wielu perspektywach będących konsekwencją wprowadzenia wielu równoprawnych narratorów, którzy przy okazji uczestniczenia w wątku głównym opowiadają o swoim życiu. Wszystko zaczyna się w Konstantynopolu, we wrześniu 1531 roku. Żyje tam młody syn biedaka, Eliasz Soriano, który jest Żydem. Ze względu na wyznanie nie może poświęcić się swojej największej pasji – malowaniu. W każdej wolnej chwili, wbrew zakazom rodziny i rabina, rysuje portrety ludzi spotkanych w tawernie. Gdy nie ma takiej możliwości swój talent rozwija w wyobraźni, dzięki której w każdym miejscu może odwzorowywać rzeczywistość, a uzyskane w ten sposób imaginacyjne obrazy składać na mentalną „stertę”. Poza tym w sklepie swego jedynego przyjaciela, wytwórcy tuszu, poznaje tajniki wytwarzania barw. Już on poznał się na jego zdolnościach: „Jestem pewien, że na całym świecie nie znalazłoby się drugiego dziecka w twoim wieku, które potrafiłoby narysować tak piękny portret”[1]. Po śmierci ojca, którego zbytnio nie szanował, w przypływie niezrozumiałej odwagi postanawia uciec do Wenecji. Na statku podaje się za Ilyasa Troyanosa, Greka. Na miejscu od razu udał się do pracowni malarskiej Tycjana, który w kilka sekund uświadomił sobie, że stojący przed nim chłopiec to przyszły geniusz stuki. Już wtedy przylgnęło do niego przezwisko Turquetto, które w tłumaczeniu oznacza małego Turka.

Opowieść ta jest jedną z wielu traktujących o ludziach, którzy musieli wyrzec się wiary przodków, aby zrealizować swe marzenia. Bohater trafia do miasta w zupełności odpowiadającemu jego dziecięcym planom. Jest to jednak miejsce zupełnie zepsute przez zło świata: „Wenecja nurza się w śmieszności”[2]. Eliasz się tym nie przejmuje, dla niego najważniejsze jest, że dopiero tutaj zdobył uznanie: „(…) wszyscy zgodnie twierdzili, że jego obrazy wywołują szczególne uczucia i że pozostawiają człowieka bez głosu. Że jest największy spośród wszystkich malarzy w mieście. Większy od Tycjana i Veronesego”[3]. Ceniono go przede wszystkim za unikalne połączenie precyzji i łagodności, koloru i rysunku, „duchowości” przeszłości i „zmysłowości” teraźniejszości. Jedynym z jego zachowanych do dzisiaj obrazów jest „Mężczyzna z rękawiczką”, którego autorstwo do niedawna przypisywano Tycjanowi. Dopiero wnikliwa analiza zamieszczonego na nim podpisu wykazała, że prawdziwym autorem był ktoś inny. W wyobrażeniach Metina Arditiego obraz ten jest portretem ojca Turquetta, któremu w ten sposób doceniony już artysta chciał przywrócić godność. Ze względu na ujawnienie pochodzenia malarza wszystkie jego dzieła zostały uznane za bluźniercze i spalone. Przedziwnym zrządzeniem losu ocalał tylko „Mężczyzna…”, który dziś przechowywany jest w zbiorach Luwru i poświadcza jak bardzo ludzie mogą być okrutni w gruncie rzeczy wobec samych siebie.

„Turquetto” to wzruszająca powieść oparta przede wszystkim na legendzie i nielicznych faktach o człowieku, którego jedynym przewinieniem było to, że nie urodził się tym kim „powinien”. Ludzkość skrzywdziła go najbardziej jak tylko mogła: został pozbawiony stworzonego przez samego siebie pomnika i bezwzględnie odrzucony jako ktoś kto nie zasługuje na posługiwanie się swym talentem. Choć sam bohater wypowiada się o sobie jako o człowieku skrajnie próżnym i „fałszywym skromnisiu”, to czytelnik tej powieści wie, że w gruncie rzeczy Turquetto był dobrym człowiekiem. Metin Arditi to pisarz potrafiący za pomocą literatury dogłębnie zbadać psychikę człowieka i zaprezentować swoje spostrzeżenia czytelnikowi w taki sposób, aby pokazać jak ważny, także w obecnym czasie, jest problem wyobcowania i niezrozumienia własnego „Ja”.

Autor: Przemysław K.

Metin Arditi „Turquetto”, przełożyła Agata Kozak, Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2013, s. 304

——————————–

[1] s. 38

[2] s. 95

[3] s. 94

Opowieść o ojcu, którego nie było stać na rękawiczki, czyli „non omnis moriar” jest kłamstwem

Trzydzieści lat walki o swoich mistrzów, czyli jak doznać dreszczu artyzmu

Gdy we wspomnieniowych „Żywych cieniach” czytamy o pracy Barbary Toruńczyk jako redaktor naczelnej „Zeszytów Literackich” na pierwszy rzut oka widać jak wiele wysiłku poświęca dla swojego pisma. Jest ona do tego stopnia powiązana z jej życiem osobistym, że nie sposób ich rozdzielić. Jako swój wzór podaje Jerzego Turowicza, którego podziwia za tomistyczny „głód rzeczywistości”, „trafną ocenę realiów” życia oraz umiejętność stwarzania sytuacji dogodnych do dialogu ludzi o odmiennych poglądach. Zawsze starał się jej pomóc, od zawsze zależało mu na powodzeniu jej przedsięwzięć. Poza tym przywołuje także postać Jana Lebensteina, któremu „Zeszyty” zawdzięczają swą winietę. Był on dla Barbary Toruńczyk artystą „niezłomnym”, „przeklętym” i od zawsze „najczystszym moralnie”. Wspomina także jak powstawały „Rozmowy w Maisons-Laffitte” z Jerzym Giedroyciem, który wobec autorki prezentował postawę „księcia” polskiej myśli politycznej, który zawsze o wiele bardziej skłonny był do przestrzegania niż egzaltowanego mówienia i marzycielskiego przewidywania przyszłej niepodległości. Jego największą zaletą była natomiast świadomość własnych możliwości i ograniczeń. Zaś Paweł Hertz w jej pamięci zachował się jako jednostka zupełnie poświęcona literaturze. Wszystkie inne dziedziny życia traktował on łącznie, nie znosząc tym samym postawy artysty-rzemieślnika, zajmującego się w danej chwili tym, co przynosi zysk. Jan Kott na kartach tej książki ożywa jako artystyczny „reporter aktualności”, niestrudzony poszukiwacz powiązań pomiędzy dramatami Szekspira, a współczesnymi dokonaniami mistrzów teatru. Na całym świecie zasłynął on jako krytyk teatralny, który przez los obdarzony został unikalnym „instynktownym wyczuciem” i intuicją znawcy. Pomimo tego, że głosił powrót do tradycji i dzieł „wielkich” to wciąż był wyrozumiały dla tego, co nowe i dla niektórych niezrozumiałe. Jako eseista o przenikliwym spojrzeniu zawsze śledził rozwój młodych talentów. Innym „cieniem” był także Jan Nowak-Jeziorański, „wysłannik zapomnianej pamięci”, który w ideach głoszonych przez „pokolenie pojałtańskie” przeglądał się jak w lustrze i odnajdywał w nich podobieństwo do siebie. Każdy kto mógł z nim choć chwilę porozmawiać podziwiał jego „maksymalistyczne” spojrzenie na politykę oraz brak uprzedzeń w kontaktach międzyludzkich. Dwa ostatnie portrety dotyczą małżeństwa Edelmanów. Alę Margolis-Edelman, pierwowzór Ali ze słynnego „Elementarza” Mariana Falskiego, podziwia za ogromną chęć niesienia pomocy ludziom na całym świecie oraz nieocenione wsparcie w paryskiej fazie istnienia „Zeszytów Literackich”. Natomiast Marek Edelman to dla niej nieustanny tropiciel „nikczemnych eksperymentów” dążący nade wszystko do „ocalenia fenomenu człowieczeństwa” w sparaliżowanym po Holocauście świecie.

Dużą rolę w tej książce odgrywają również wywiady. Głównym tematem jednego z nich jest postać Czesława Miłosza. Rozmowa ta jest pewnego rodzaju próbą usystematyzowania stosunku autorki do poety, którym „żyje” od wielu lat. Charakteryzując swoje rozumienie jego twórczości Barbara Toruńczyk zwraca uwagę na odejście od polskiej tradycji i równoczesne zjednoczenie z wielką rodziną europejskich twórców. Poza tym, że jest dla niej pisarzem niesłychanie „skomplikowanym” to bez trudu formułuje główną tezę jego dorobku. Miłosz przede wszystkim chciał dokonać pełnej „diagnozy naszych czasów” za pomocą filozoficznego pojmowania świata i odwoływania się do własnych „doznań zmysłowych” jako czujnego obserwatora „nieustannej przemiany”. Nade wszystko kochał życie, a miłość do „kamienności” otaczającej go rzeczywistości miała immanentny wpływ na jego osobowość poetycką, której największym pragnieniem było osiągnięcie trwałej zmiany w świadomości ludzi podających się za Polaków. Dziennikarze „Kultury Liberalnej” pytają także Barbarę Toruńczyk o wpływ erotyki na wiersze Czesława Miłosza, specyfikę relacji z Giedroyciem, sposoby „rozliczeń” z przeszłością oraz siłę przyjaźni z innymi ludźmi słowa. Okazją do przeprowadzenia dwóch pozostałych wywiadów stały się kolejne rocznice istnienia „Zeszytów Literackich”. Joanna Szczęsna i Andrzej Franaszek ciekawi są między innymi reakcji pisarzy przebywających na emigracji na wieść o powstaniu tego kwartalnika, jego finansów, powodów przeniesienia redakcji z Paryża do Warszawy, wielkości nakładów oraz stosunku czytelników na zmieniający się charakter pisma.

W rzeczywistości „Żywe cienie” za pośrednictwem szkiców o wybitnych postaciach polskiej kultury opowiadają o historii „Zeszytów Literackich” – kwartalnika, który w tym roku świętuje trzydziestolecie istnienia. Pismo to w mgnieniu oka stało się środkiem wyrazu dla wszystkich skupionych wokół charyzmatycznej postaci Barbary Toruńczyk. Od zawsze świadoma powagi swojej misji dąży do odkrywania prawdziwych talentów. W literaturze, która jest dla niej czymś „elitarnym” i „wymagającym wysiłku” przede wszystkim szuka „dreszczu przebiegającego po kręgosłupie”, który ma świadczyć o obcowaniu z czymś wybitnym. Swoje pismo traktuje jako miejsce wymiany poglądów, gdyż w jej wyobrażeniach sztuka wymaga dialogu, a nie debaty. Zdumiewające jak Barbara Toruńczyk potrafiła stworzyć harmoniczne środowisko ludzi wskazujących problemy i unikających stawiania ostatecznych diagnoz wieloznaczności świata.

Autor: Przemysław K.

Barbara Toruńczyk „Żywe cienie”, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2012, s. 220

Trzydzieści lat walki o swoich mistrzów, czyli jak doznać dreszczu artyzmu

„Samotność i praca”, czyli jak wyrazić siebie w literackim szale dialogowej krytyki

Gustave Flaubert zmarł niespodziewanie 8 maja 1880 roku. Już na drugi dzień w licznych lokalnych dziennikach wiele osób charakteryzując tego jednego z najwybitniejszych pisarzy języka francuskiego przede wszystkim zwracało uwagę na jego pracowitość. Przyczyn tego można doszukiwać się oczywiście w tym, że był on osobą bardzo skrytą i niewyobrażalną trudnością byłoby znalezienie kogoś kto mógłby powiedzieć na jego temat choć trochę więcej. Nie ulega jednak wątpliwości, iż była to jego cecha dominująca i najbardziej uderzająca dla tych, którzy mieli szczęście go spotkać. Od samych początków swej kariery słynął z nieustannego dążenia do precyzji przekazu i pragnienia osiągnięcia idealnej dyscypliny twórczej. Swe życie zakończył w pracowni, gdy właśnie myślał nad zakończeniem swej, jak się okazało, ostatniej i w pewnym sensie „zabójczej” powieści. Nad „Bouvardem i Pécuchetem” pracował niezmordowanie począwszy od roku 1872 aż do swojej śmierci. Pomimo tego w wielu miejscach dzieło to przypomina luźne notatki, zbiór spisanych w pośpiechu anegdot lub zalążek dopiero co kształtowanej opowieści. Jest to utwór niedokończony, nie brak tutaj oczywistych nieścisłości oraz niekonsekwencji, które zapewne zniknęłyby podczas dalszych pracy nad tekstem. Książka ta skutkiem tego jest niewątpliwym ewenementem. Czytelnik ma okazję zmierzyć się z niedopracowanym dziełem autora-idealisty, który wszystkie swoje utwory przed publikacją analizował z każdej możliwej perspektywy i nawet nie dopuszczał do siebie myśli, aby jakakolwiek pomyłka mogła ujść jego uwadze.

Całość rozpoczyna się bardzo „klasycznie” i niezbyt nowatorsko. W pewien upalny dzień na paryskim bulwarze Bourdon, w tym samym czasie i na tej samej ławce usiadło dwóch mężczyzn: Bouvard i Pécuchet. Już w tym momencie rozpoczął się żmudny proces poszukiwania u siebie nawzajem podobieństw. Po zdjęciu czapek z radością obaj panowie zauważyli, że „mieli tę samą myśl” i wewnątrz kapeluszy nakazali wypisać swe nazwiska, aby nikt przez przypadek nie zabrał ich nakrycia głowy. W związku z tym, że konkluzje wzajemnych obserwacji wypadły pozytywnie, a „Miła powierzchowność Bouvarda od razu ujęła Pécucheta” i „Poważny wygląd Pécucheta uderzył Bouvarda”[1] postanowili się zaprzyjaźnić. Jeszcze jedną cechą wspólną było to, iż oboje pracowali jako kopiści: jeden w domu handlowym a drugi w ministerstwie marynarki. Zgodnie uznali, że stolica coraz bardziej ich męczy i wieś byłaby znacznie odpowiedniejszym dla nich miejscem do życia. Niestety obecny stan posiadania nie pozwalał im na zmianę. Jak to zwykle bywa w tego typu przypadkach pewien dar od losu związał ich na stałe i przypieczętował znajomość. Bouvard otrzymał bowiem znaczny spadek od swego ojca, który w połączeniu z oszczędnościami jego przyjaciela pozwolił im na zakup posiadłości w Chavignolles.

Swe „badania” rozpoczynają od ogrodnictwa i rolnictwa, jednak w skutek przedziwnego skumulowania się przeróżnych katastrof naturalnych i niezbyt odpowiedzialnego obchodzenia się z roślinami już na tym etapie stali się bankrutami pragnącymi pozbyć się gospodarstwa. Pomimo przeświadczenia, że wszystko i wszyscy sprzysięgli się przeciw nim, postanowili wokół domu urządzić ogród będący „wcieleniem wspaniałości”. Złożyły się na niego rumowiska, brama ozdobiona kilkudziesięcioma „lulkami fajkowymi”, grobowiec etruski „wyglądający jak wielka psia buda”[2], jezioro z nieustannie wchłanianą przez ziemię wodą, pagoda chińska, „skała podobna do gigantycznego kartofla” oraz uzupełniający „harmonię” umieszony w poprzek ogrodu pień uschniętej lipy. Z powodu niezbyt aprobującej reakcji lokalnej społeczności na tę scenerię postanowili w zupełności poświęcić się chemii. Począwszy od „fabrykowania konserw”, udoskonalania receptur nalewek, doszukiwania się we wszystkich produktach spożywczych oszustwa aż do wytwarzania cukru i likieru nic się nie udało. Nie obyło się także bez nagabywania lokalnego, prowincjalnego lekarza o „teorię atomów” i „atomowość wyższą”. Wreszcie przyszła pora na zmagania z anatomią i medycyną. Z powodu leczenia kamforą i rtęcią stali się sławni na cały departament. Po przelotnej fascynacji zoologią i astronomią zajęli się archeologią. Była to ich największa „miłość”. Do samego końca pobytu w wiejskiej siedzibie cały dom pękał w szwach od pokrytych kurzem eksponatów. Wynikła z tego również pasja do powieści historycznych Waltera Scotta i Aleksandra Dumasa, które Flaubert tutaj jawnie krytykuje i ośmiesza. Bohaterowie nie omieszkali także zapoznać się z powieściami humorystycznymi oraz dramatami, które później namiętnie odgrywali. Proklamowanie republiki i rewolucja lutowa skłoniła ich do zajęcia się polityką oraz filozofią, a pragnienie poprawy kondycji fizycznej do gimnastyki. Prawdziwym olśnieniem stał się jednak magnetyzm, którym także próbowali leczyć ludzi. Na miano skrajnych dziwaków u lokalnej społeczności zasłużyli sobie dopiero dzięki wręcz chorobliwej religijności oraz wiary w frenologię. Ostatecznym przypieczętowaniem ich indolencji stała się próba wychowania dwóch sierot, które za nic nie chciały się im podporządkować.

Bohaterowie nieustannie ulegają wpływom sprowadzanych naprędce publikacji naukowych i bez mrugnięcia okiem wszystkie zawarte tam często niesprawdzone tezy uznają za swoje i siłą rzeczy prawdziwe. Istotą tej książki jest zatem wskazanie na fakt, że będzie musiało upłynąć jeszcze bardzo dużo czasu zanim nauka pozbędzie się sprzecznych teorii i dogmatów, które w przypadku Bouvarda i Pécucheta, poszukujących tak zwanych „prawd absolutnych”, poskutkowały załamaniem nerwowym. Gdy później zdobytą wiedzę konfrontowali z rzeczywistością i próbowali ją wykorzystać w praktyce są zaskoczeni niepowodzeniami i ad hoc zmieniają obiekt badań. Uwolnienie się od codziennych obowiązków urzędnika obudziło u dwóch niezwykłych jednostek pozytywistyczne pragnienie zupełnego poznania świata. Brak gruntownego wykształcenia rekompensowali sobie pseudointelektualnym obcowaniem z najnowszymi osiągnięciami nauki. Zbadanie notatek Flauberta przyniosło w tej kwestii zdumiewającą niespodziankę. Okazało się bowiem, że projektował on także tom drugi, na który miały złożyć się teksty z dziedzin nad którymi pracowali tytułowi bohaterowie. Owocem tego miał być „obraz świata odbitego w umyśle głupca”. Jednak czy człowieka pragnącego poznać otaczającą go rzeczywistość można nazwać głupcem? Słabość tego, co pozornie niepodważalne, nieudolność ludzkiej egzystencji i brak doświadczenia nie świadczą jednak o idiotyzmie.

W książce tej zamieszczony został także esej „Gustaw Flaubert (1821-1880)” autorstwa Antoniego Sygietyńskiego, krytyka literackiego kojarzonego głownie z popularyzowania naturalizmu i realizmu w sztuce. Badacz ten na przykładzie najsłynniejszej książki francuskiego pisarza („Pani Bovary”) chce dokonać próby wykrycia źródeł geniuszu tego pisarstwa oraz wskazać na pewne cechy nie spotykane u innych pisarzy tamtego okresu. Flauberta charakteryzuje jako „pracownika niezmordowanego”, który ciągle był „niezadowolony z siebie”[3], a całe swoje życie, zgodnie z hasłem „sztuka dla sztuki”, poświęcił literaturze. Nigdy swojego czasu nie przeznaczał na inne zainteresowania. Ogromny artyzm jego dzieł jest zapewne konsekwencją „uwielbienia dla Wiktora Hugo” i „niewzruszonego spokoju artystycznego”[4]. Jednak to, co odróżnia go od swojego mistrza, Stendhala oraz Balzaka to fakt, iż w swoich powieściach dokonał dotąd niemożliwego: połączył naukę i sztukę, „sumienność” scjentyzmu i „poetyczność” opowieści. Antoni Sygietyński skłania się nawet do konkluzji, że niemożliwym jest mu dorównać, a tego typu połączenie już się nie powtórzy. Na poparcie swoich rozważań przytacza wypowiedzi Hipolita Taine’a, który także wywyższa Flauberta ponad Balzaka, ponieważ za sprawą „Pani Bovary” dokonał się „postęp sztuki” i „wypięknienie formy”[5]. Nie widać tutaj wpływu autora na „naturę” i „akcję” powieści, która wyłącznie w tym niepowtarzalnym przypadku zaczęła żyć własnym życiem. Flaubert zawdzięcza swym poprzednikom tylko uczynienie z literatury „malarstwo życia powszedniego”, w którym bez odpowiednich umiejętności (czyli „talentu bystrego psychologa” oraz postawy „sumiennego obserwatora”) nie można osiągnąć pożądanego stanu choć minimalnego zbliżenia do ideału. Poza tego typu interesującymi uwagami w eseju tym odnaleźć można szczegółową analizę „Pani Bovary” oraz próbę wykrycia przyczyn wytoczenia przeciw autorowi procesu sądowego ze względu na „psujące społeczeństwo”, w gruncie rzeczy rzadko występujące w tej powieści, opisy „miłości fizycznej”. Tym samym za sprawą „Bouvarda i Pécucheta” mamy okazję zmierzyć się z formą najczystszą, wolną pod każdym względem i prawie doskonałą. Obojętność pisarza wobec wszystkich zdarzeń fabularnych i odejście od utożsamiania się z dziełem to cechy stanowiące o niepodważalnej wartości tej powieści.

Według Antoniego Sygietyńskiego, badacza cenionego przede wszystkim w dwudziestoleciu międzywojennym, cała filozofia życiowa Gustava Flauberta zawarta została w czterech dziełach, dzięki którym udało mu się „wyrazić siebie” i opisać swój stosunek do znanego sobie społeczeństwa francuskiego. Poza „Panią Bovary” są nimi jeszcze Salammbô (1862), Wychowanie sentymentalne (1869, w Polsce bardziej znane jako „Szkoła uczuć”) oraz „Pokusy świętego Antoniego” (1874). Pierwsze z nich jest świadectwem tego, że dusza powieściopisarza bez wątpienia „należała” do Wschodu, ponieważ od zawsze pociągała go azjatycka egzotyka i „odurzająca woń” tamtych terenów. W związku z tym, że książka ta opisuje życie w starożytnej Kartaginie pisarz nie mógł jak dotychczas zdać się na swój zmysł obserwacji. Tym razem został wręcz zmuszony do zaufania swojej intuicji i dzięki „odgadywaniu” udało mu się ukazać możliwy, lecz nie rzeczywisty wpływ „koncentracji zwierzęcych instynktów”[6] na osobowość człowieka. „Wychowanie sentymentalne” jest natomiast próbą skompresowania życia w „ramy powieści”, która wciąż podlega rozpadowi, przemienia się w niezliczoną ilość drobiazgów nie stanowiących ze sobą żadnego logicznego powiązania. Sygietyński i w tym przypadku posługuje się bardzo obrazową metaforą. W jego wyobraźni czytelnik tego dzieła „żegluje po wielkim morzu życia”[7] na którym wciąż panuje sztorm. Gustave Flaubert chcąc ukazać chaos życia nie miał innego wyboru jak wybranie konwencji nie mającej granic, wciąż wymykającej się czytelnikowi usilnie doszukującemu się jakiejś cechy dominującej lub wskazówki interpretacyjnej. Okazuje się, że książka ta kosztowała pisarza najwięcej trudu, którego ogromu na pewno nie umniejszyły liczne „niebezpieczeństwa” czyhające na każdego, kto chce ukazać pospolitość ludzkiej egzystencji i głupotę człowieka. Dzięki temu dzieło to robi na każdym „straszne wrażenie”, gdyż pozwala uświadomić sobie bezcelowość wszystkiego co nas otacza. Zaś „Pokusy świętego Antoniego” to opowieść o odwiecznym pragnieniu poznania „bezgranicznej nieskończoności” oraz „rozwiązań zagadek wszechbytu”, które mogą doprowadzić tylko do ośmieszenia i ostatecznego upadku. Poza tym dopatrzeć się tutaj można szczegółowego opisu filozoficznych rozmyślań na temat (nie)istnienia Boga oraz wpływu heretyków na religie.

„Bouvard i Pécuchet” to satyryczny opis symbiotycznej przyjaźni dwóch paryskich urzędników stworzony wyłącznie po to, aby napiętnować słabość i nieudolność nauki i sztuki. Bohaterowie nagminnie mylą symbole z realnością co nieustannie doprowadza do ich smutku i pewnego rodzaju depresji. Choć nieubłaganie kontynuują swe pseudobadania nie rozumieją swoich działań i uzyskanych rezultatów. Gustave Flaubert stara się swym dziełem pokazać nam, że skrajna ignorancja (np. ludzi otaczających tytułowe postacie) oraz bezmyślne zainteresowanie różnorodnymi dziedzinami nie jest korzystne dla społeczeństwa i na pewno nie wpływa kształcąco na psychikę człowieka. Każdy czytelnik tej powieści zgodzi się z autorem, który nazwał ją kiedyś „encyklopedią” przemienioną w najprawdziwszą farsę pokazującą jak optymistyczne podejście do życia może być brutalnie skonfrontowane ze złem świata. To pisarz nie zastanawiający się nad konsekwencjami swych artystycznych działań. Zależy mu wyłącznie na przekazaniu obrazu możliwie najbardziej wiernego. Antoni Sygietyński słusznie zauważa, że forma w przypadku tej twórczości jest „koniecznym wynikiem treści”[8] i bez „ciągłej gorączki”, wszechobecnego chaosu i braku chronologicznego usystematyzowania nie była by tym samym, nie była by dziełem geniuszu. Historia dwóch skrajnych optymistów, którzy oczekiwali od życia pewników jest przedziwnym i rzadko spotykanym przykładem na odważną krytykę świata zastanego. Flaubert to pisarz konkretu, twórca nie znoszący wylewności, lubujący się w kondensacji i sile słowa. Nie sposób nie zgodzić się z autorem posłowia według którego „Bouvard i Pécuchet” to lektura skrajnie nużąca, lecz moim zdaniem wysiłek włożony w jej lekturę w zupełności się opłaca.

Autor: Przemysław K.

Gustave Flaubert „Bouvard i Pécuchet”, przełożył Wacław Rogowicz, publikacja ukazała się wraz z esejem Antoniego Sygietyńskiego, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2012, s. 360

——————————–

[1] s. 6

[2] s. 41

[3] s. 292

[4] s. 295

[5] s. 296

[6] s. 325

[7] s. 338

[8] s. 351

„Samotność i praca”, czyli jak wyrazić siebie w literackim szale dialogowej krytyki