Wschodnie „safari” lub tolkienowska wizja Mordoru na Ukrainie

„Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” Ziemowita Szczerka to najbardziej wstrząsający debiut ostatnich kilku lat. Co świadczy o niemożliwej do podrobienia sile oddziaływania tej pozycji? Przede wszystkim celowo wykreowane napięcie wynikające z braku jednoznacznych deklaracji co do typu obranej konwencji. Jako, że jej autorem jest dziennikarz można by było uznać ją za reportaż, co na dodatek staje się jeszcze bardziej prawdopodobne, gdy uświadomimy sobie, że zawarte w niej opowieści w zdumiewającym stopniu zgodne są z naszymi wyobrażeniami XXI-wiecznej Ukrainy. Poza tym charakter tych czternastu tekstów wskazuje bardziej na opowiadania, które oczywiście w dużej mierze oparte są na realnych przeżyciach samego autora, który od bardzo długiego czasu zajmuje się tropieniem na wschodzie wszystkiego tego co dziwne i wręcz niemożliwe do wyobrażenia. Czytelnik dostaje zatem do rąk pełnokrwistą opowieść o „plecakowcach”, czyli podróżnikach-tułaczach chcących obcować ze skrajnym „hardkorem”. Głównym jej wątkiem jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: Dlaczego Polacy tak tłumnie wyruszają na Ukrainę? Prawda, jak wszystko w tej książce, jest niestety brutalna. Trzeba przyznać, że nasz naród od zawsze odczuwał niezrozumiałą dla wielu fascynację wschodnim sąsiadem. Pociągała w nim na pewno tak zwana „posowiecka egzotyka”, która obecnie prawie przestała istnieć. Została zastąpiona przez jeszcze bardziej destrukcyjny zachodni kapitalizm. Zatem kluczowe miasta na turystycznych mapach Ukrainy stały się dla Polaków nieatrakcyjne, gdyż upodobniły się do tego z czym obcują każdego dnia u siebie. Podróże w ten rejon świata odbywane są, zdaniem autora, wyłącznie po to, aby „poczuć się lepiej” i odnaleźć „jeszcze większą kalekę od siebie”[1]. Przyrównuje je nawet do wycieczek do zoo czy też do wyjazdu na afrykańskie safari. W pewnym sensie jest to niezbyt etyczne „sycenie się tym, że inni mają gorzej”[2]. Głównym przesłaniem książki „Przyjdzie Mordor…” jest teza, aby zawsze, nawet w przypadku przebywania w niezbyt gościnnej rzeczywistości, być wiernym własnym lękom i nadziejom. Świat, jak twierdzi jeden z bohaterów, trzeba „Traktować (…) serio. Z całą powagą”[3]. Natomiast sama konkluzja jest już nadto wyraźna – za nasz stosunek do Ukrainy powinniśmy się przede wszystkim wstydzić. Ziemowit Szczerek przekazuje nam wizję Ukrainy, w której nikt nie wyobraża sobie życia bez alkoholu i używek. Choć przede wszystkim wskazuje na wszechobecny nieporządek, chaos i ogólną degrengoladę to można nazwać go „obserwatorem współczującym”. Zauważając zło postsowieckiego świata nie waha się zaznaczyć, że w kraju tym to właśnie brzydota stała się najodpowiedniejszą kategorią estetyczną. Ukraina jawi nam się na stronicach tej książki jako autonomiczne uniwersum, w którym pragnienie obcowania z tym co piękne kończy się na chorobliwym i nieudolnym ukrywaniu niedoskonałości pod grubą warstwą farby. To proza siłą rzeczy niekiedy wulgarna, lecz nieustannie dziwnym trafem prawdziwa i realna aż do bólu.

Autor: Przemysław K.

Ziemowit Szczerek „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”, Korporacja Ha!art, Kraków 2013, s. 224

——————————–

[1] s. 217

[2] s. 219

[3] Ibid.

Wschodnie „safari” lub tolkienowska wizja Mordoru na Ukrainie

Buntowniczy pracownik w mieście portretów

Philip Levine (ur. w 1928 r.) to jeden z najbardziej uznanych amerykańskich poetów przełomu XX i XXI wieku. Wydane niedawno „Miasto marzeń” to jego pierwszy tak obszerny wybór wierszy w naszym kraju. Od zawsze w swej twórczości poruszał tematy bardzo trudne, pozornie oczywiste i z tego względu ciągle pomijane. Te utwory to pewnego rodzaju hołd złożony klasie robotniczej oraz dziedzictwu żydowskich emigrantów. Od zawsze sceptycznie, wręcz anarchistycznie, nastawiony do rzeczywistości udowadnia swym czytelnikom, że wciąż cywilizacja zachodu jest pozbawiona wolności z powodu destrukcyjnych ideologii ubiegłego stulecia.

To poezja utraty, ale i odzyskania. Przestrzega przed wieloma niebezpieczeństwami, spośród których najbardziej eksponuje sen. W jego wyobrażeniach to właśnie z jego powodu świat ulega ciągłym przemianom, wciąż znajduje się na drodze prowadzącej do ostatecznej zagłady. O swoim rodzinnym Detroit pisze jako o „mieście marzeń”, które nigdy nie miały zostać spełnione. Dla Levine’a jakakolwiek praca ukierunkowana na zysk jest dążeniem do ciemności, pragnieniem przeistoczenia się w popiół. Podmiot liryczny tych wierszy jest wręcz naiwny ze swym skrajnym marzycielstwem i dziecinnym przekonaniem, że każdy cel prędzej czy później uda się zrealizować. Rzeczywistość szybko pozbawia go złudzeń i niepostrzeżenie udowadnia, iż jako człowiek zasługuje tylko na nigdy niekończący się trud pracy, łzy i rozpacz. Jako już bardzo doświadczony obserwator pragnie „od nowa” poznawać świat i znów korzystać z pozbawionej niedoskonałości perspektywy dziecka. W tych lirykach skonfrontowane jest to z przekonaniem unicestwienia psychiki, która została już stracona. Już na pierwszy rzut oka widać, że ten amerykański poeta inspirację czerpie przede wszystkim z własnych wspomnień i biografii przodków. Dzięki temu większość z zebranych w tym tomie wierszy to utwory przesycone rozemocjonowanymi plastycznymi opisami i szczegółowo zrelacjonowanymi historiami. Poezja ta potrafi i co najważniejsze chce docenić piękno istnienia rozwijającego się życia na przykład obserwowanego przez okno białego irysa lub nieżyjącej już od wielu lat kotki, która tak wiernie kiedyś „pomagała” w pisaniu. W jego wyobrażeniu praca to nie utopijne poznawanie siebie i dążenie do czegoś lepszego, lecz oczekiwanie na odrzucenie i marnowanie swojego potencjału przez uczestniczenie w czymś całkowicie czasochłonnym i nie dającym satysfakcji. Nie rozumie jak ktokolwiek może pracę w warsztacie samochodowym traktować jako swój cel istnienia, najlepsze co mogło się mu przytrafić. Główną tezą tego zbioru jest przekonanie, że człowieka różni od zwierząt tylko jedno – posiadanie wyobraźni, którą zdaniem poety należy „chwalić” za wizjonerstwo i nieustanne dawkowanie naszemu umysłowi mitów i obrazów będących dla niego jedynym pokarmem. Poza tym wielokrotnie „wciela” się w zwierzęta chcąc dowiedzieć się jak odbierają jedyny otrzymywany od nas dar – śmierć. W wykreowanym tutaj świecie ludzkość od krainy wiecznej ciemności chronią tylko słowa stanowiące „godne” i „piękne” symbole „znaczenia” naszego bycia tu i teraz. To uniwersum opanowane przez przyrodę, człowiek jest tylko jednym z wielu jej zbędnych elementów. Autor sprzeciwia się wszechobecnemu konsumpcjonizmowi. Tych, którzy mu ulegli nazywa „wyznawcami”, a nazwy marek wydają się mu być we współczesnym świecie „świętymi imionami”, które należy bez żadnego sprzeciwu czcić. Pracownicy wielkich koncernów to dla niego „pielgrzymi”, którzy „wykonują kawał boskiej roboty” nie oczekując w zamian takiego wynagrodzenia na jakie zapracowali. Jest to nieudolne naśladownictwo prawdziwego przeznaczenia człowieka – do utrzymywania się ze „zbieractwa i łowiectwa”.

Levine to poeta nie ulegający awangardzie, wciąż ufny własnym nieśmiertelnym ideom. Swoje monologi skutecznie kreuje na potrzebny w obecnym czasie polifoniczny głos ludzi pracy. Jako artysta codzienności nie zauważa piękna w momencie, lecz całości. Tylko dynamika długich chwil, jego zdaniem, może zaowocować powstaniem tym razem realnego „miasta marzeń”.

Autor: Przemysław K.

Philip Levine „Miasto marzeń”, przełożyła Ewa Hryniewicz-Yarbrough, posłowie Kate Daniels, wydawnictwo Znak, Kraków 2013, s. 90

Buntowniczy pracownik w mieście portretów

Polski Rimbaud, czyli jak połączyć angielski, transmitowanie i ziemię

„Vida Local” to już druga, po tomie wierszy „Cennik”, wydana pośmiertnie książka Tomasza Pułki (1988-2012). Tym razem przyszła pora na wysoce eksperymentalno-psychodeliczną prozę napisaną w ciągu czterech lat. Autor w pewnego rodzaju namiastce wstępu deklaruje, że głównym jego celem było jak najpełniejsze osiągnięcie stanu „rozprężenia zmysłów”. Źródeł tego należy doszukiwać się w twórczości francuskiego poety, Arthura Rimbauda, który w ten sposób chciał poznać to co dotychczas „niewiadome”. Tylko wtedy świadomy własnego położenia poeta może stać się „jasnowidzem” i dzięki temu stworzyć kwintesencję tego co chce przekazać światu. Polski twórca postanowił zatem tworzyć w oparciu o wizje będące konsekwencją (skoncentrowania bądź też zdekoncentrowania) jaźni i podświadomości.

Książka ta składa się z trzech quasi-opowiadań. Według autora „jedno wynika z drugiego”, różnią się tylko poziomem skompresowania treści. Pierwsze z nich, najdłuższe, pod tytułem: „Angielski z Anglikami” jest futurystycznym wyobrażeniem pewnej rzeczywistości, która w zupełności opanowana jest przez „wielebnego Seremetixa” (uwielbiającego głosić swoje nigdy niekończące się nauki),  „Figurę Ojca” (nie wiadomo czy jest to na pewno jakiś obiekt kultu czy też żyjąca postać pełniąca rolę władcy), „Włóczkę Michajłowskiego” (prawdopodobnie sprawującego w obecnym czasie władzę) oraz „Lazarusa” (będącego „księciem Piosenki”, „Panem Światła”, który uznaje wszystkich za halucynację). Całość zdeterminowana jest przez ten „dialog”: „- Bądź pozdrowiona, przenajświętsza Litero! / – Ach, nie żartuj proszę, kogo ci przynoszę?”[1] oraz ciągłe oczekiwanie na „połączenie sieci bezprzewodowej”. Co ciekawe pojawia się tutaj Jerzy Putrament, którego „narrator” nazywa swoją „ulubioną postacią literacką”. Uważany jest on za proroka, osobę mającą przynieść zapowiedź zagłady. Opowieść ta jest wielokrotnie nazywana „oddechem” i „raportem”, a więc czymś bardzo ulotnym, powtarzalnym i zarazem pozornie szczegółowym, pozbawionym luk. Pozostałe dwa opowiadania („Ociupina ziemi tarasuje byka” i „Broadcast”) pomimo tego, że według deklaracji autora mają być skondensowaną formą tekstu pierwszego, to nie zawierają żadnego z wyżej wspomnianych elementów. Tym samym podobieństw należy szukać w poszczególnych abstrakcyjnych wizjach, a nie złudnych konkretach skrzętnie wychwytywanych przez umysł dotychczas przyzwyczajony do całkowicie innej prozy. Są one jeszcze bardziej enigmatycznymi pourywanymi peanami na cześć chorobliwego poszukiwania inicjatywy, mentalnych podróży i spełnionych marzeń.

„Vida Local” to skrajnie twórcza dekonstrukcja całej dotychczasowej literatury. Uważny czytelnik na każdym kroku może tutaj napotkać nawiązania do innych dzieł, które za sprawą tej książki ponownie ożywają. Mnogość zastosowanych zabiegów stylistycznych, lingwistycznych ingerencji w tkankę tekstu i wielopoziomowych metafor może odtrącać bezmiarem znaczeń i brakiem jakiegokolwiek umiejscowienia. Rzeczywistość jest jednak inna. Pozycja ta to jeden z niewielu przykładów w polskiej literaturze ostatnich lat stworzenia czegoś całkowicie autonomicznego, będącego dziełem nierozerwalnie związanym z psychiką autora. To niezwykły psychodeliczny strumień świadomości, który swą surrealnością zabija jakąkolwiek możliwość zaistnienia sensu.

Autor: Przemysław K.

Tomasz Pułka „Vida Local”, Korporacja Ha!art, Kraków 2013, s. 80

——————————–

[1] s. 20

Polski Rimbaud, czyli jak połączyć angielski, transmitowanie i ziemię

Impulsy życia, czyli szwedzkie spojrzenie na minimalizm

„Dziwne drobne przedmioty” to pierwszy polski wybór wierszy Larsa Gustafssona (ur. w 1936 r.), który z powodu swych wszechstronnych zainteresowań postrzegany jest za człowieka renesansu i pisarza totalnego, potrafiącego oddać pełnię za pomocą skierowania poetyckiej lupy na drobnostki. Ten szwedzki poeta począwszy od swego debiutu w 1962 roku zdążył już opublikować kilkadziesiąt książek i z tego względu uważany jest za najpłodniejszego szwedzkiego współczesnego pisarza. Głównym „wątkiem” tej książki jest świadomość, że przed powstaniem każdego dzieła sztuki świat jest wybrakowany lub całkowicie pusty, gdyż brakuje w nim dopełniającego całość elementu. Dopiero jego zaistnienie jest namacalnym dowodem na piękno istnienia. Uniwersalizuje estetyzm, który w jego przekonaniu w takim samym stopniu należy do wszystkich istot żywych, przede wszystkim zwierząt, które dzięki swej zmiennej perspektywie postrzegają świat w całkowicie innym wymiarze. Jego utwory są dowodem na wszechobecne w świecie podglądactwo, usilne dążenie do ujrzenia tego co niewidzialne dla ogółu. Świat tu przedstawiony jest „labiryntem”, chaosem, który wypełniony został do granic możliwości przedmiotami domagającymi się uwagi. Twórczość ta nie jest jednak peanami wysławiającymi piękno, Lars Gustafsson przede wszystkim chce zauważyć rozpad i zniekształcenie. Podmiot liryczny tych wierszy to czujny obserwator, odbierający rzeczywistość całym sobą, wszystkimi dostępnymi zmysłami. W momentach ekstazy poznawczej potrafi nawet zespolić się z danym przedmiotem, stać się z nim jednością. Nie czyni człowieka władcą świata, lecz osobą będącą niewolnikiem własnej natury i otaczającej go nieujarzmionej przyrody. Poetę zastanawia jakie miejsce w hierarchii „bytów” zajmuje ścieżka i labrador, oboje tak samo „posiadające” własną osobowość. Tytułowe przedmioty są dla Gustafssona są czymś całkowicie statycznym i dlatego podatnym na niezauważenie. Zaprezentowany na kartach tego zbioru system aksjologiczny czyni z człowieka istotę niemoralną, która istnieje tylko dzięki przedziwnemu zbiegowi okoliczności. Podaje nawet przykłady przewinień. Jednostka między innymi niszczy przyrodę pod pozorem jej wspierania, zezwala na utratę właściwości przez przedmioty równocześnie zarzekając się, że są one dla niego bezcenne i nie pozwoli ich zniszczyć. Według poety powinnością człowieka jest darzenie wszystkiego szacunkiem, gdyż po jego śmierci o jego przeszłym istnieniu zaświadczyć będą mogły tylko przedmioty, które kiedyś wytworzył.

W niniejszym zbiorze poza kilkudziesięcioma utworami czytelnik odnajdzie także napisane specjalnie do tego wydania posłowie pisarza, w którym ten analizuje recepcję swojej twórczości w Polsce, wspomina wizyty w naszym kraju, a także ujawnia fascynacje polskimi poetami. Poza Zbigniewem Herbertem i Czesławem Miłoszem zachwyca go przede wszystkim wysoce inspirująca twórczość Wisławy Szymborskiej, której rozwój od wielu lat uważnie obserwował. Trzeba przyznać, że po lekturze „Dziwnych drobnych przedmiotów” wielu zauważy emanujący z każdego wiersza klimat utworów polskiej poetki.

Lars Gustafsson to poeta dogłębnie eksplorujący istotę tylko tych elementów rzeczywistości, które wydają się mu być powszednie, codziennie i przede wszystkim „dziwne”. Każdy z zawartych w tym tomie utworów to osobny hymn na cześć piękna tego co niezauważalne z powodu swej istoty. Zdaniem tego poety człowiek na każdym kroku krzywdzi przedmioty, dzięki którym tak naprawdę może żyć. Jest lirycznym głosem tego co wie o wiele więcej niż ktokolwiek inny.

Autor: Przemysław K.

Lars Gustafsson „Dziwne drobne przedmioty”, wybór i tłumaczenie Zbigniew Kruszyński, wydawnictwo Znak, Kraków 2012, s. 124

Impulsy życia, czyli szwedzkie spojrzenie na minimalizm

Ból nie jest eksperymentem, czyli awangardowa gra w przypadkowe skojarzenia

kolazeeWydane niedawno „Kolaże” Herty Müller są pewnego rodzaju kontynuacją wierszy ze zbioru „Strażnik bierze swój grzebień”, który został opublikowany prawie trzy lata temu za sprawą promujących ideę Liberatury Katarzyny Bazarnik i Zenona Fajfera. Tym razem polski czytelnik styka się z utworami z dwóch uzupełniających się nawzajem tomów: „Ci bladzi mężczyźni z filiżankami kawy” (2005 r.) oraz „Ojciec rozmawia telefonicznie z muchami” (2012 r.). I w tym przypadku są to kompozycje-układanki złożone z powycinanych z gazet słów skonfrontowanych ze sferą wizualną, którą stanowią symboliczne fotografie-miniatury będące osobliwym dopełnieniem tekstu.

W czym tkwi siła tego typu literatury? Na pewno dużą rolę odgrywa pozorna przypadkowość w łączeniu słów i wynikające z tego złudne przeczucie obcowania z „bezsensem”, absurdem doprowadzonym do samych granic. Wszystko to co przedstawione zostało jako żywe w tym zbiorze ma dualistyczną naturę, dzięki czemu może reagować na coraz to nowe wcielenia surrealizmu. Każdy z kolaży jest samodzielną, autonomiczną całością. Teoretycznie poszczególne kompozycje pomiędzy sobą nie reagują, lecz trzeba przyznać, że razem tworzą spójny obraz. To poezja pełna zaburzeń. Autorka nie waha się transformować rzeczywistości we wszelkich dostępnych literaturze wymiarach. Tym samym podczas artystycznej obserwacji wszystko traci swe właściwości i poczucie „bycia”. Wykreowanie zjawiska wieloznaczności (między innymi z powodu braku stosowania znaków interpunkcyjnych) otwiera nieskończoną liczbę interpretacji, która równocześnie pociąga i odrzuca. Jako, że słowa wcześniej wykorzystane przez dziennikarzy stały się za sprawą Müller przedmiotem poetyckiej refleksji znów pojawia się wrażenie nieustannego zakotwiczenia tego pisarstwa w pewnym kręgu tematycznym. Tak samo jak w swych powieściach pisarka ta wciąż skupia się nad kondycją jednostki, problemem wykluczenia, tak zwaną samotnością w tłumie oraz wpływem przeszłych już totalitaryzmów na psychikę człowieka. Wszechobecny jest tutaj koszmar przesłuchań, wrażenie bycia wciąż obserwowanym, metaforycznych interakcji z władzą i lampy, której ostre światło bez żadnych skrupułów kierowane jest w stronę wrażliwych oczu. Jest to jednak odczytanie z perspektywy biografii noblistki. Autorka stara się także zuniwersalizować swe literackie „miniatury”. Już na pierwszy rzut oka widać, że są to dzieła osoby niewyobrażalnie skrzywdzonej. To literatura reagująca z wrażeniami wizualnymi, trójwymiarowy krzyk rozpaczy i próba osiągnięcia wewnętrznego ukojenia.

Autor: Przemysław K.

Herta Müller „Kolaże”, przełożył i posłowiem opatrzył Leszek Szaruga, Biuro Literackie, Wrocław 2013, s. 136

Ból nie jest eksperymentem, czyli awangardowa gra w przypadkowe skojarzenia

Literacka wizja malarskich portretów

„Twarze” to najnowsza książka Wojciecha Karpińskiego, eseisty związanego z „Zeszytami Literackimi”, od dawna przebywającego we Francji. Pozycja ta jest osobliwą próbą rozliczenia się z przeszłością, w której swe najsilniejsze piętno odcisnęła sztuka. Autor odnotowując własne fascynacje równocześnie kreuje wielopłaszczyznowy obraz polskiego życia kulturalnego ostatnich kilkudziesięciu lat. Trzy najważniejsze książki w jego życiu to „Dziennik” Witolda Gombrowicza, „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego oraz „Traktat poetycki” Czesława Miłosza. Swoją eseistyczno-wspomnieniową książkę rozpoczyna od Wyspiańskiego, który jest dla niego przede wszystkim autorem „Wesela”, inne jego dzieła nie wywarły na nim tak intensywnego i trwałego wrażenia obcowania z dziełem ponadprzeciętnym. Autorów pozycji mających wpływ na jego postrzeganie świata postrzega jako osoby wobec których ma zaciągnięty ogromny dług wdzięczności. Jedyną okazją do choć częściowego spłacenia go jest pisanie o nich i nieustanne przypominanie o ich dziele. Wciąż ciąży na nim świadomość, że wystawione niegdyś „rachunki” ciągle pozostają „niezamknięte”. Nadal pragnie spotykać się z Wyspiańskim, zarówno z jego „dziełem” i „osobowością”, które są dla niego nierozerwalnie związane. Planuje nawet w niedalekiej przyszłości napisać książkę „Wspomnienia z Wyspiańskiego”, aby dzięki niej wreszcie przeszłość stała się „żywa” i jak najbardziej zbliżyła się do tego co teraźniejsze i przyszłe.

Zainspirowany tekstem Clive’a Jamesa o Pawle Muratowie, który został zamieszczony w książce „Cultural Amnesia”, zwraca uwagę czytelnika na to jak dużą rolę w polskiej percepcji Włoch odgrywa pozycja pod tytułem „Obrazy Włoch” rosyjskiego autora. Także dla samego Wojciecha Karpińskiego jest to pewnego rodzaju przewodnik po niezwykle bogatym świecie włoskiego artyzmu. Poza tym autor stara się wyraźnie zaakcentować rolę tłumacza, Pawła Hertza w rozpowszechnianiu i w pewnym sensie spopularyzowaniu w Polsce tej książki. Pisze także o swojej fascynacji Nicolą Chiaromontem, która w jego przypadku jest nigdy niezakończonym odkrywaniem i „rozmową” z osobą w podobny sposób rozpatrującą relacje międzyludzkie. Jego teksty były dla autora opisywanego zbioru „szkołą widzenia”, stanowiły dla niego niezastąpioną „pomoc w odnalezieniu swobodnego głosu”[1] w czasach panowania nowomowy. Artykuły Chiaromontego są jednym z najważniejszych elementów jego „prywatnej historii wolności”[2]. Wojciech Karpiński w ten właśnie sposób poszukuje odpowiedniego języka, którym mógłby się posługiwać w „rozmowie ze światem”.

Autor zastanawia się także nad istotą motywu prometeizmu w polskiej literaturze XX wieku. Interesuje go przede wszystkim specyfika spojrzenia na mitologiczną postać Prometeusza oraz odgrywana przez nią bez wątpienia duża rola. Jest to dla niego symbol „ideału emancypacji człowieka zachodniego”[3].  Ważny jest dla niego Ruch Prometejski, mający ogromny wpływ w ówczesnym czasie na równouprawnienie ludzi zarówno pod względem duchowym i przynależności narodowej. Zajmował się on przede wszystkim zniewoleniem „narodów nierosyjskich znajdujących się pod dominacją sowiecką”[4]. Poza tym szuka śladów inspiracji Prometeuszem w dokonaniach Jerzego Giedroycia, Jerzego Stempowskiego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego oraz Zbigniewa Herberta. Dla nich wszystkich ta mitologiczna postać jest znakiem, który można odczytywać na wiele sposobów, jednak zawsze w zrozumieniu mitu Prometeusza największą przeszkodą staje się problem wolności jednostki w zmaganiach z totalitaryzmami. Stara się pisać o najbardziej zasłużonych postaciach polskiej kultury. Jerzego Giedroycia nazywa „kustoszem pamięci”. Nieustannie podkreśla to, że warunkiem koniecznym do zrozumienia ewenementu twórcy Instytutu Literackiego jest skupienie się nad jego stosunkiem do historii współczesnej. Następnie dokonuje opisu szczególnych interakcji pomiędzy Konstantym Jeleńskim a Jerzym Giedroyciem. Nie brak tu także analizy korespondencji obu panów jak i wpływu Jeleńskiego na paryską „Kulturę”. W niniejszym zbiorze czytelnik znajdzie również tekst wspomnieniowy o redaktorze naczelnym tego miesięcznika. Karpiński nazywa go „zwycięzcą”, człowiekiem-instytucją, współtwórcą nowego „Polskiego Odrodzenia”. Spośród tego grona wyróżnia Jerzego Stempowskiego, który zawsze z niechęcią odnosił się do „czernienia papieru” i pozostawił po sobie bardzo skromny dorobek, oczywiście tylko pod względem objętościowym. Nazywa go twórcą obdarzonym „znakomitym piórem”, potrafiącym idealnie je wykorzystać podczas pisania o „burzach Europy XX wieku”[5]. Wojciech Karpiński podkreśla konieczność zorganizowania międzynarodowej wystawy dorobku Józefa Czapskiego, o którym pisze: „moim zdaniem w XX wieku wśród piszących o sztuce nie ma sobie równych”[6]. Zaznacza także: „był (…) wybitnym malarzem na skalę europejską”[7]. Wciąż jest dla niego „niedoceniony i jako pisarz, i jako malarz”[8].

Najważniejszą częścią tej książki są eseistyczne „nekrologi”. Autor wspomina w nich na przykład Czesława Miłosza, którego dorobek postrzega jako „wielki dar” dla światowej literatury. To właśnie ten poeta nauczył go obcowania z rzeczywistością, zmagania z „przestrzenią suwerenną” oraz walki z „ideologicznymi płaskościami”[9] XX wieku. Gustawa Herlinga-Grudzińskiego wspomina jako wiecznie ograniczającego się z powodu swej ambicji, skromnego twórcę literackiej wersji „Drogi” życia. Zbigniew Herbert z kolei jest dla niego przede wszystkim autorem „wierszy-amuletów”, czyli utworów bezpośrednio skierowanych do niego i pomagających mu żyć. Jednak najbardziej wnikliwe są portrety Pawła Hertza i Krzysztofa Junga. Dokonania Hertza są dla niego „kamieniami milowymi polskiej literatury”[10]. Podziwia go przede wszystkim za wybitne tłumaczenia esejów Hugona von Hofmannsthala, książki „Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość” Tołstoja i oczywiście wspomniane już tutaj „Obrazy Włoch” Pawła Muratowa. Na przestrzeni kilkunastu stron kreśli zachwycający opis znajomości z tą wybitną osobowością, relacjonuje spotkania i długie rozmowy, zwraca uwagę na to co dotychczas zapomniane i niedocenione. Najbardziej obfity materiał związany jest jednak z postacią Krzysztofa Junga, który jest notabene autorem wielu ilustracji do książek publikowanych przez „Zeszyty Literackie”. Można je podziwiać między innymi na książkach Wojciecha Karpińskiego. W „Twarzach” czytelnik odnajdzie dwuczęściowy szkic biograficzny tej niepowtarzalnej osobowości oraz listy artysty kierowane do autora. Krzysztof Jung był „uosobieniem życia”, które w całości składało się ze sztuki będącą dla niego „sposobem porozumiewania się ze światem i ze sobą”[11]. Tekst ten jest wręcz przesycony emocjami. Autor wyznaje: „Nie spotkałem nikogo o tej intensywności reagowania na świat”[12]. Zachwyca się jego pozytywną zaborczością wobec otoczenia oraz niezauważalnym odbieraniem wszystkiego w sposób totalny. W pewnym sensie kreowany jest tutaj na polskiego Vincenta van Gogha z powodu swego największego „defektu” – braku umiejętności dostosowania się i swym równoczesnym pragnieniem przestrzeni, powietrza i horyzontalnych perspektyw.

Natomiast końcowa część książki jest już typowo osobista. Składają się na nią trzy przedmowy (lub też posłowia) do wznowień trzech książek Wojciecha Karpińskiego: „Od Mochnackiego do Piłsudskiego. Sylwetki polityczne XIX wieku”, „Prywatnej historii wolności” oraz „Książek zbójeckich”.

„Twarze” to zatem literacka próba spłacenia metaforycznego długu wobec duchowych przewodników autora, którzy na przestrzeni całego życia ukształtowali jego osobowość. Jest eseistą chcącym przede wszystkim chwalić. Nie szuka usilnie w „twarzach” swych mistrzów wad, lecz stara się zauważyć to co pociągające, to za co warto i trzeba podziwiać. Zachwyca się między innymi „Dziennikiem 1950-1959” Zygmunta Mycielskiego, którego zalicza do „najważniejszych książek polskich ostatnich dziesięcioleci”[13]. Dla niego jest to dzieło pełne harmonii, bez żadnych plam i ubytków. O autorze tym pisze: „Takiego obrazu Polski nie dał nikt”[14]. Podziwia go za wolność, siłę pióra, swobodę i spontaniczność wywodu.

Wojciech Karpiński to eseista pełen uczuć. W autobiograficznych „ Twarzach” ujawnia się jako twórca rozdarty pomiędzy dawnymi, wciąż intensywnymi fascynacjami a współczesnym niechętnym dążeniem do zmian w zastanym chaosie. Wydaje się, że jego pamięć jest wręcz nieograniczona, dzięki czemu idealnie łączy życie na granicy pomiędzy sztuką a codziennością. Teksty zebrane w tym tomie mają na celu uświadomić nam prosty fakt – warto szukać przewodników, warto zaufać innym. Tylko wtedy radość z odzyskania i powtórne obcowanie z ideałami będzie możliwe.

Autor: Przemysław K.

Wojciech Karpiński „Twarze”, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2012, s. 240

——————————–

[1] s. 45

[2] s. 48

[3] s. 64

[4] Ibid.

[5] s. 99

[6] s. 110

[7] Ibid.

[8] s. 119

[9] s. 122

[10] s. 162

[11] s. 168

[12] s. 183

[13] s. 132

[14] s. 133

Literacka wizja malarskich portretów