Szaleńcy z opaskami na oczach i karabinami w rękach w starciu z prawdziwie niewinnymi

Choć pierwsze wydanie „Masakry w El Mozote” ukazało się dziesięć lat temu to dopiero teraz polski czytelnik ma okazję do zmierzenia się z jej polskim tłumaczeniem. Autorem tej wstrząsającej książki jest Mark Danner (ur. w 1958 roku), wybitny amerykański reportażysta, znany przede wszystkim z ujawniania informacji przeważnie ukrywanych przed opinią publiczną. Jego zainteresowania zawodowe oscylują wokół polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych, a w szczególności toczonych przez ten kraj wojen. Warto dodać, że obecnie mieszka on w Grizzly Peak w Berkeley, w domu Czesława Miłosza. Uznanie przyniosły mu artykuły na temat Haiti, Bałkanów oraz wojny z terroryzmem. Jednak największym dotychczasowym osiągnięciem tego dziennikarza jest właśnie ta książka, opisująca prawdopodobnie najbrutalniejszą zbrodnię we współczesnej historii Ameryki Łacińskiej. Rzecz dotyczy ludobójstwa dokonanego 11 grudnia 1981 roku w okolicach miejscowości El Mozote w departamencie Morazán w Salwadorze. W ówczesnym czasie USA przekazywało ogromne sumy pieniędzy, aby nie dopuścić do narodzin komunizmu w tej części świata. Kraj ten stał się zatem całkowicie rozdarty pomiędzy lewicowych partyzantów (szerzących ideologie Związku Radzieckiego: marksizm i leninizm) oraz wojsko (prężnie wspierane przez Stany Zjednoczone i mające de facto być ich wysłannikami w walce z rebeliantami). Z biegiem czasu niewinnych i stroniących od jakichkolwiek kontaktów z władzą cywilów zaczęto utożsamiać z partyzantami, których chciano się jak najszybciej pozbyć. Pewnego dnia w ramach wojny domowej grupa szkolonych przez Amerykanów żołnierzy z batalionu Atlacatl wkroczyła do osady El Mozote i bez żadnych skrupułów wymordowała kilkaset mężczyzn, dzieci, kobiet i zwierząt, bez żadnej taryfy ulgowej dla kogokolwiek. Staje się to jeszcze bardziej dramatyczne gdy uświadomimy sobie, że jeden z najbardziej wpływowych mieszkańców miasteczka, ostrzeżony przez spotkanego wcześniej oficera, przekonał wszystkich, aby pozostali w wiosce. Dowiedział się bowiem, iż nikomu nie stanie się krzywda jeżeli nie opuści tego miejsca. Z tego powodu ludność okolicznych osad przeniosła się do El Mozote i w mgnieniu oka stali się ofiarami dyktatury wojskowej. Dlaczego to właśnie ta masakra (spośród wielu z dwunastoletniej wojny domowej) została uznana za „wyjątkową” i godną opisania? Zapewne ze względu na to, że „El Mozote nie było miasteczkiem zaangażowanym w walkę”[1]. Przez wszystkich postrzegane było za całkowicie neutralne, a największym marzeniem jego mieszkańców było godne i spokojne życie w czasie, gdy ich kraj dynamicznie zamieniał się w piekło.

Mark Danner skupia się na wszystkich możliwych aspektach tej sprawy. Dokonuje rekonstrukcji zdarzeń, stwarza historyczne i polityczne tło dla całej opowieści, realizuje skrzętną wiwisekcję wszelkich dostępnych materiałów. Nie brak tu także szczegółowej relacji na temat pierwszych doniesień na temat katastrofy w amerykańskich mediach i reakcji rządzących na wieści o tym, jakoby pieniądze podatników Stanów Zjednoczonych zostały przeznaczone na jawną zbrodnię przeciwko ludzkości. Przeważającą część tej książki stanowią przeróżne dokumenty, między innymi lista siedmiuset sześćdziesięciu siedmiu zamordowanych, artykuły prasowe, raporty wielu organizacji i urzędów na temat tego wydarzenia, depesze dyplomatyczne, wystąpienia ludzi chcących wytłumaczyć się przed Kongresem USA ze swoich działań oraz wyniki ekspertyz. Nie brak tu także literackiego polotu, wskazującego na doskonale wyrobiony warsztat reporterski. Autor jak ognia unika przytaczania własnych opinii i komentarzy. W wielu miejscach staje się nawet historykiem, dokładnie przedstawiającym fakty, bez prób odautorskiego ustosunkowania się do nich.

„Masakra w El Mozote” to jedna z wielu książek pokazująca, że XXI wiek został doszczętnie opanowany przez reportaże, które od kilku lat dominują na światowej „scenie” literackiej. Okazuje się, że czasy w których przyszło nam żyć są idealnym momentem na demaskacje. Mark Danner w pełni wpisuje się w ten nurt. W swym reportażu pokazuje bezmyślność władzy, która nie potrafiła nawet wskazać jakichkolwiek przyczyn własnego działania. Jej jedynym celem był mord i ludobójstwo na ogromną skalę. Większość aspektów tej sprawy wciąż jest niejasne i wszystko wskazuje na to, że nigdy nie zostaną w pełni wyjaśnione. W rzeczywistości przedstawiona na kartach tej książki historia jest dowodem na to, że w umysłach ludzi pieniądze wciąż są jeszcze bardziej wartościowsze od życia. Wydaje się, że osoby władające w Salwadorze na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego wieku zrobiłyby wszystko, aby tylko nie dopuścić do zatrzymania pomocy finansowej ze strony Stanów Zjednoczonych.

Autor: Przemysław K.

Mark Danner „Masakra w El Mozote. Opowieść o deprawacji władzy”, przełożył Krzysztof Umiński, Wielka Litera, Warszawa 2003, s. 360

——————————–

[1] s. 66

Szaleńcy z opaskami na oczach i karabinami w rękach w starciu z prawdziwie niewinnymi

Kuszące węże zła bez owoców „drzewa wiadomości”, czyli kulturalne szaleństwo

„Szaleniec z Placu Wolności” to zbiór czternastu opowiadań urodzonego w 1973 roku w Bagdadzie Hasana Blasima. To jedna z niewielu książek autorstwa arabskiego pisarza opublikowanych w ostatnim czasie w Polsce. Tom ten jest owocem kilkuletniej pracy twórczej tego autora, który już od 2004 roku mieszka w Finlandii. Mamy zatem niepowtarzalną okazję zmierzyć się z utworami będącymi przedziwną i rzadko spotykaną kontaminacją dwóch perspektyw: Europejczyka i Irakijczyka. W którym miejscu są one spójne? Czym się różnią? Która z nich dominuje? To tylko niektóre pytania z niezliczonej puli wytworzonej na tych stronach.

Hasan Blasim pokazuje, że kreowany w zachodnich mediach obraz krajów arabskich jest celowo zniekształcony i często nawet wyreżyserowany w celu manipulowania ludźmi wizją dynamicznie napływającego dżihadu i armii terrorystów tylko czekających na odpowiedni moment wysadzenia bomby. Chce uświadomić nam oczywistą prawdę, której na co dzień staramy się unikać. Jego zdaniem otaczający nas „świat jest niezwykle kruchy, straszny i nieludzki. I przy najmniejszym wstrząsie objawi swoją szkaradną naturę i dzikie kły”[1]. Zatem wzajemna nienawiść pomiędzy poszczególnymi narodami jest tym, czego należy jak najintensywniej się wystrzegać. Równocześnie nie idealizuje świata i kultury, z której się wywodzi. Jako, że sam jest emigrantem wciąż poszukującym lepszego miejsca do życia, to najlepiej wie jakimi prawami rządzi się emigracja. I to właśnie ten wątek doszczętnie opanował wszystkie opowiadania. Ucieczkę z ojczyzny w sposób metaforyczny postrzega jako konieczną próbę zmiany własnego „Ja”, wymiany ludzkiego wnętrza na zwierzęcy instynkt samozachowawczy. Wyłącznie śmierć może na istocie dotkniętej problemem wyalienowania i wyobcowania wymusić przyjęcie postawy bezstronnego obserwatora własnego życia. W jego świecie czynnikiem najbardziej determinującym ludzką egzystencję jest historia. To z powodu jej „wyroków” wielu zostaje zmuszonych do wyrzeczenia się własnych marzeń, które (jeżeli już w końcu zaistnieją) nieoczekiwanie mogą przeobrazić się w koszmar i zniszczyć wszystko to, co otacza daną osobę, dotychczas pragnącą od życia więcej i więcej. W artystycznym świecie Blasima każdy jest w stanie wmówić sobie cokolwiek, gdyż percepcja jest całkowicie podporządkowana psychice.

Jeżeli zaufać bezdyskusyjnemu autobiografizmowi zebranych w tych tomie opowiadań to możemy także uświadomić sobie w jak dużym stopniu twórca ten jest przekonany o własnych obowiązkach wobec świata. Widać, że według niego bycie pisarzem rodzi tylko odpowiedzialność i duchowy ciężar. Nie wiąże się to z żadnymi przywilejami, wręcz przeciwnie. Talent jest bezsprzecznym przekleństwem, a jego wytwory to zalążki „raka”, którego nigdy nie można się do końca pozbyć. W jego utworach realność została doprowadzona do samych granic pojmowalności. W miejscu, w którym można by było je umiejscowić absurd spotyka się z nonsensem, a wszystko zespolone jest przez surrealizm i wynikający z niego niekiedy (hiper)realizm. To pisarstwo zespolone z rzeczywistością ludzi biednych, wciąż odcinające się od tego co zbyteczne pod względem materialnym. Przesycone brutalnością, tak samo jak życie dzięki któremu powstały. Świat przedstawiony na kartach tych tekstów został doszczętnie opanowany przez zło, nieszczęścia codzienności i koszmary niespełnionych marzeń o lepszym jutrze. To rzeczywistość, w której człowiek jest niewolnikiem samego siebie – sam ogranicza się z powodu rodziny, nałogów, wyobrażeń o przyszłości i nadziei nie mającej żadnego odniesienia w realnych działaniach. Bohaterowie tych opowiadań żyją złudzeniami, ich myśli opanowane są przez iluzję. Nie mogą zatem skutecznie walczyć z napływającą ze wszystkich stron degrengoladą. Poza tym pojawiają się tutaj także futurystyczne wizje ludzi, którzy spełnili swe największe marzenie – osiągnęli nieśmiertelność. Nie należy jednak wyobrażać sobie, że pisarz ten skupia się wyłącznie na umiejscowieniu zła w życiu. Także radość i uśmiech mogą być również przyczyną unicestwienia człowieka. Pozbycie się ich często może okazać się niemożliwe, a jednostka nie może przecież zawsze pozostawać pod ich wpływem. Tym samym bezgraniczna wolność (anarchia), będąca niezbywalnym pragnieniem ogółu, w rzeczywistości może być czymś nie do końca zgodnym z naszymi wyobrażeniami. Bez problemu może stać się czymś o czym warto jak najszybciej zapomnieć.

Warsztat Hasana Blasima jest idealnie proporcjonalnym połączeniem zachodnich wyobrażeń i arabskiej historii. Wspaniale łączy kwestie nurtujące Europejczyków z własnym pojmowaniem dziejów swojej ojczyzny, która nawet w dzisiejszych czasach pozornego pokoju wciąż jest niespokojna. Z tego względu, że jego teksty tworzą spójny i hermetyczny świat, w wielu porusza podobne wątki (jednak nieustannie w sposób nowatorski i odkrywczy) oraz wyjaśnia kwestie wcześniej niepewne, bądź nie do końca zrozumiałe. Widoczna jest tutaj bardzo silna świadomość destrukcyjnego wpływu fanatyzmu religijnego na społeczeństwa krajów arabskich, który zdaniem autora jest największym przekleństwem tego regionu świata. Wynika z tego również ostracyzm, którego ofiarą stał się sam Blasim. Gdy poglądy jakiejś osoby nie są zgodne z tym, co przyjęte przez ogół, zostaje całkowicie zignorowana, wyrzucona ze społeczeństwa i niechybnie grozi jej śmierć. Nie jest pisarzem-urzędnikiem, nie szuka dla siebie „nowej roli” w coraz to nowych systemach, wciąż podąża z góry wytyczoną własną ścieżką rozwoju. W wielu krajach arabskich publikowanie jego tekstów jest surowo zabronione, dopiero w Europie udało mu stać się pewnego rodzaju głosem tych, którzy nie mogą mówić. Czytelnika traktuje jako równoprawnego uczestnika jego opowieści, towarzysza literackich podróży. Hasan Blasim nie kreuje siebie na osobę stwarzającą historie, lecz na kogoś kto słucha każdego chcącego opowiadać. Stwarza to wrażenie głębokiego osadzenia tego co czytamy w świecie realnym.

Emigracja, czyli konieczna przerwa w obcowaniu z kulturą przodków, jest dla autora „wyjałowieniem”. „Szaleniec z Placu Wolności” to tom sygnalizujący zaistnienie w kulturze europejskiej nowej jakości, która bez wątpienia będzie oddziaływać na dzieła rodzime. Opowiadania w nim zebrane skonstruowane są na fundamencie onirycznych fantazji, jednak wciąż głęboko osadzonych w świecie realnym, wciąż istniejącym z powodu zła, które oczywiście nie pozwoli o sobie zapomnieć. Hasan Blasim pokazuje, że nie potrzeba wielopoziomowych metafor i myślowych skrótów, aby być twórcą nowatorskim, w pewnym sensie awangardowym w swym podejściu do rzeczywistości. Pisarz ten jawi się nam jako człowiek, który nie poszukuje oczyszczenia. Swe życiowe doświadczenia przyjmuje bez mrugnięcia okiem, w sposób całkowicie wyważony. Tym samym te opowiadania stają się jeszcze bardziej nasze, bo pełne istnienia.

Autor: Przemysław K.

Hasan Blasim „Szaleniec z Placu Wolności”, przełożyła Agnieszka Piotrowska, Biuro Literackie, Wrocław 2013, s. 136

——————————–

[1] s. 18

Kuszące węże zła bez owoców „drzewa wiadomości”, czyli kulturalne szaleństwo

Przyjemność i ekstaza w cieniu wojny, czyli atomistyczna wizja kosmosu

„Kosmos” to ostatnia powieść Witolda Gombrowicza (1904-1969) opublikowana cztery lata przed jego śmiercią. Pisarz za jej pomocą kolejny raz potwierdza potęgę swojego warsztatu. Poza tym książka ta jest w jego twórczości niepowtarzalnym przykładem na to jak idealnie na płaszczyźnie jednej opowieści potrafił on zastosować i zespolić różne odmiany języka artystycznego w zmiennym natężeniu, oczywiście w swym „awangardowym” wydaniu. Jako, że w świecie literatury mało rzeczy jest pewnych, do dnia dzisiejszego, pomimo niezliczonych prac na temat „Kosmosu”, zawarte w nim osobliwe zagadki przedstawiają jeszcze wiele, wiele trudności w interpretacji.

Zaczyna się prozaicznie – studiujący w Warszawie Witold ucieka z powodu zaborczej  i „męczącej” rodziny do Zakopanego, gdzie przypadkiem spotyka kolegę, Fuksa chcącego choć na chwilę odpocząć od niezbyt przyjaznej sytuacji w pracy. Razem postanawiają poszukać jakiegoś odpowiedniego dla siebie i przede wszystkim taniego pensjonatu. Po niedługim czasie z nieznanego powodu zbaczają z drogi i dziwnym trafem napotykają powieszonego wróbla: „Ta ekscentryczność krzyczała tutaj wielkim głosem i wskazywała na rękę ludzką, która wdarła się w gąszcz (…)”[1]. Już po chwili w bohaterach budzi się detektywistyczny zmysł, który zdeterminuje całą powieść: „(…) myślałem w gmatwaninie, w tym rozrośnięciu obfitującym w milion kombinacji (…) a on zakrólował, ekscentryk… i królował w tym zakątku”[2]. Efektem śledztwa jest odnalezienie powieszonego patyka, a rezultatem manii i obsesji bohaterów powieszenie i zaduszenie kota. I tak ciągnie się seria anomalii, która w pewnym stopniu zakłócona jest tylko przez jeden epizod, gdy w pewnym pokoju zamiast coś „wisieć” jest „powbijane”, na wspak łańcuchowi zdarzeń. Witold i Fuks dzięki przebywaniu w pensjonacie poznają przedziwne osoby: Katasię (gospodynię mającą koncentrujące uwagę Witolda „wywichnięte” usta z powodu wypadku), Lenę (córkę gospodarzy i wielką miłość głównego bohatera), Ludwika (jej męża), panią Wojtysową oraz jej małżonka Leona (wciąż skrycie zabawiającego się w najlepsze, cokolwiek miało by to znaczyć).

W tej powieści życie zostało przedstawione jako nieustanne poszukiwanie w swoim otoczeniu koniecznych do egzystencji „przyjemnostek”. Działanie to ma nawet swoją nazwę. Jest to „bembergerowanie”. Procedura ta „polega na pewnego rodzaju wewnętrznym wymoszczeniu się rozkosznisiowym i przyjemnościowym z wachlarzami, z pióropuszami, w rodzaju Sułtana Selima Wspaniałego. Ważne są wystrzały artylerii. Oraz bicie w dzwony”[3]. Wszystko jest względne i ambiwalentne. Ten sam element rzeczywistości może przynosić podmiotowi poznającemu zarówno ból, niepokój i wynikające z nich łzy jak i radość, śmiech i nadzieję. Wynika to z kilku haseł przewodnich dzięki którym w wielu miejscach pozrywana fabuła z grubsza wydaje się być kompletna. Jednym z nich są słowa wyróżnione graficznie w tekście jako pewnego rodzaju piosenka: „Gdy się nie ma, co się lubi / To się lubi, co się ma!”[4]. Pokazuje ona, że według bohaterów każda istota jest w stanie zaspokoić swoje zmysły nawet okruchami istnienia, ponurymi namiastkami prawdziwego szczęścia. Innym mottem jest natomiast ten frazes: „Swój do swego po swoje”[5] mający na celu uświadomić czytelnikowi, że wspomniane spełnienie ukryte jest tylko w nim samym, a nie (jakby się pozornie wydawało) w otaczającym go świecie martwych przedmiotów. W wykonaniu Gombrowicza zdarzenia pozostające w tej samej kategorii znaczeniowej wzmacniają się nawzajem, tworząc mimowolnie zabójczą mieszankę, która niszczy psychikę bohatera. Poszukiwanie podobieństw i analogii w świecie chaosu miało teoretycznie poskutkować wykreowaniem wrażenia ładu, który można by było następnie zdekonstruować, skonfrontować ze złem.  Wszystko to prowadzi do szokującego finału, puenty pokazującej, że usilne kreowanie wokół siebie pozorów materialnej harmonii za pomocą pozornie nieistotnych zbrodni to tylko wstęp do właściwej anihilacji istnienia. Co ciekawe imię głównego bohatera zostało w tej powieści wymienione tylko raz, na dodatek w zniekształconej formie, co mogło by wskazywać na zaakcentowanie psychoanalitycznego wymiaru powieści. Autor uniwersum „Kosmosu” kreuje na idyllę, w której liczą się tylko drobiazgi, tylko one posiadają jakieś znaczenie. Poszukiwanie powiązań pomiędzy tym co pozornie nieporównywalne i realne skutkuje w metaforycznej, literackiej rzeczywistości zadziwiającym portretem „Ja” szukającego samego siebie w tym, co martwe. Według pierwszoosobowego narratora życie nabiera całkiem innych barw dopiero wtedy, gdy zaczyna się zwracać uwagę na wszystko, nawet na śmieci niezasługujące na wyrzucenie do kosza.

Gdyby rozpatrywać tę powieść linearnie mogło by nam się wydawać, że jest to kolejny (choć bez wątpienia nowatorski i mistrzowsko napisany) przykład opisu zmagań bohatera z własną chorobą, w tym wypadku prawdopodobnie schizofrenią paranoidalną. Przejawów tego można by się było dopatrzeć w halucynacjach, zaburzeniach myślowych i urojeniach na co wskazuje poszukiwanie powiązań pomiędzy ustami spotykanych osób, chorobliwe zainteresowanie cielesnością oraz zwracanie uwagi na to, co nieistotne. Mamy tutaj także do czynienia z przedziwnym przypadkiem manii prześladowczej, gdy to bohatera osacza tylko i wyłącznie świat w jakim przyszło mu żyć i to na dodatek  tylko z powodu jego własnych zmysłów. Pisarz stara się udowodnić, że głównym motywem ludzkich działań powinno być hedonistyczne poszukiwanie przyjemności. Tylko to może pomóc w nierównej walce z brutalnością świata i toczącego się w nim życia.

Gombrowicz bez wątpienia wie wiele. Jednym z nielicznych twierdzeń jakie chce ujawnić jest to, że czytelnik na pewno nie zazna pełni istnienia w codzienności. Potrzeba mu bowiem w takiej sytuacji tego co nierzeczywiste, iluzyjne i absurdalne. Najbardziej prawdopodobne jest jednak, że tylko „nam”, niewtajemniczonym opisany w tej książce portret psychologiczny wydaje się być w rzeczywistości zdominowany przez chorobę psychiczną głównego bohatera. Może to właśnie w stwarzaniu wokół siebie układów przedmiotów kryje się prawdziwa siła istnienia? Może ciągłe „skupianie się i rozpadanie”[6] to prawdziwy cel naszego bycia? Zetknięcie się Witolda z miliardem kombinacji i sekwencji zdarzeń doprowadza w rezultacie do samookreślenia: „Ja byłem wieszaniem”[7]. To on był centrum wszystkiego. A co może być lepsze, bardziej twórcze od rozpoznania siebie? Od umiejscowienia własnej istoty na szczycie?

Trzeba przyznać, że Witold Gombrowicz w swej ostatniej książce nadal zaciekle walczy z Formą na wielu frontach. Otwarcie kpi z wszystkich gatunkowych założeń, co najwyraźniejsze jest w przypadku motywu poszukiwania sprawcy serii „zbrodni” (w czym można dopatrywać się parodii konwencji kryminału) oraz erotycznych asocjacjach pomiędzy palcem a „wywichniętymi” ustami (co jest zapewne ironiczną reinterpretacją romantycznych górnolotnych opisów miłosnych uniesień). Jak widać asocjacjonizm i wynikający z niego atomizm to główne idee „Kosmosu”, na szczęście w obecnym świecie doszczętnie zapomniane, lecz wciąż obecne za pomocą kosmicznego rozpoznania.

Autor: Przemysław K.

Witold Gombrowicz „Kosmos”, posłowie Jerzy Franczak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012, s. 196

——————————–

[1] s. 6

[2] s. 6-7

[3] s. 134

[4] Ibid.

[5] s. 128

[6] s. 163

[7] s. 171

Przyjemność i ekstaza w cieniu wojny, czyli atomistyczna wizja kosmosu

Każdy anarchista jest klaunem, czyli komizm jest wszędzie

Albert Cossery (1913-2008) to twórca, który z powodu swego egipskiego pochodzenia ochrzczony został przez krytyków mianem „Woltera znad Nilu”. Na moment przed zakończeniem drugiej wojny światowej przeniósł się do Paryża, dzięki czemu mógł zawiązać przyjaźń między innymi z Albertem Camusem, Jeanem-Paulem Sartre’em i Jeanem Genetem. W swej twórczości skupia się przede wszystkim na kontrastach pomiędzy biedą i bogactwem oraz władzą i obywatelami. „Szyderstwo i przemoc” jest jego piątą powieścią. Jej fabuła osadzona została prawdopodobnie w Egipcie. Tym razem skupia się na sposobach sprzeciwu wobec terroru. W wykreowanym enigmatycznym mieście rządzi gubernator. Choć to jego karygodne praktyki są punktem wyjścia do snucia opowieści to czytelnik nie otrzymuje na ten temat żadnych konkretów. Wydaje się być to zabiegiem celowym, jakby autor chciał uświadomić odbiorcom swojej twórczości, że opisywana sytuacja mogłaby się wydarzyć gdziekolwiek na świecie. Wielu z typowych rewolucjonistów jawnie się buntuje, lecz ich działania przez dłuższy czas nie przynoszą żadnego rezultatu, stają się smutną rutyną.

Niewielka grupa interesujących jednostek postanawia zawiązać nowatorski spisek i zamiast wytykać błędy w rządzeniu nieustannie chwalić reżim do tego stopnia, aby każdy uświadomił sobie, że pochwały bynajmniej nie są szczere. Pomimo tego, iż są świadomi znaczenia własnego zadania nazywają je „zwariowanym przedsięwzięciem” i „wesołym spiskiem”, co w pełni oddaje specyfikę ich działań. W całym mieście rozwieszają plakaty z podobizną przywódcy opatrzoną infantylnym hasłem wysławiającym jego osobę, a do lokalnych gazet rozsyłają listy, w których wzywają ludzi do zbierania pieniędzy na jego pomnik. I w tym wypadku widać, ze Cossery nie zwraca zbytniej uwagi na sam fakt ich nietypowego sprzeciwu. Chodzi mu przede wszystkim o zasygnalizowanie możliwości innej formy walki z tym co pozornie nieśmiertelne – chęcią zysku. Równocześnie kreśli wielowymiarowe portrety psychologiczne bojowników, którzy przyjmują wręcz role klaunów. Pierwszym z nich jest Karim, który wcześniej należał do osób przekonanych o wyższości siły nad ironią i śmiechem. Konstruuje latawce, aby (jak twierdzi) „dawać radość dzieciom”, tak bardzo doświadczonym przez los. Inspirację czerpie od Heykala, pewnego rodzaju „ideologa” grupy. To dzięki niemu zrozumiał, że podczas kontaktów z władzą nie można ujawniać własnej inteligencji. Jego zdaniem najlepszym rozwiązaniem jest udawanie idioty. Również z powodu rozmów z tą postacią jego „życie przybrało kształt komedii pełnej śmiechu wartych niedorzeczności”[1]. Kontaktuje się on z bogatym kupcem Khaledem, który raczej stroni od kontaktu z rewolucjonistami, lecz intryguje go niekonwencjonalne przedsięwzięcie i postanawia je finansować. W działaniach tej grupy uczestniczy także nauczyciel o imieniu Urfy, który swych podopiecznych od samych początków edukacji uświadamia, że wszystko to, co mówią ludzie dorośli, jest fałszywe i nie warto się stosować do ich zakazów. Cel tej nowej grupy jest jasno określony. Nie zależy im na obaleniu gubernatora, chcą się tylko „pośmiać”. Każdy z bohaterów umyślnie wszczyna awantury, aby przysporzyć sobie dodatkowej rozrywki. Jedynym, na szczęście niewyczerpanym, źródłem szczęścia w ich rozumieniu jest radość i śmiech.

Dzięki tej powieści widać także jak na dłoni mechanizmy działania władzy. Świat wykreowany przez autora to rzeczywistość dogłębnie opanowana przez armie urzędników i policjantów, którzy bezmyślnie wykonują odgórne rozkazy. Wszechobecny aparat kontroli oraz służby bezpieczeństwa działały na społeczeństwo destrukcyjnie. Prasa chciała się jak najbardziej przypochlebić gubernatorowi i jego urzędnikom. „Kadzono” im, wygłaszano „peany na cześć niegodziwca”, „sławiono (…) wzniosłe inicjatywy” i „niepospolite talenty”[2]. Nie wiadomo jak wielkie „zbrodnie” popełniły osoby władające miastem, autor nie podaje żadnych konkretów. Pomimo tego nie waha się stawiać bardzo dalekosiężnych diagnoz, nie popartych w gruncie rzeczy żadnymi literackimi „dowodami”: „Gubernator był jednym z symboli powszechnego oszustwa, być może symbolem najbardziej groteskowym”[3]. Postać ta nazywana jest „bezczelnym głupcem”, „diabłem wcielonym” i „pajacem”, który dzięki swej „tępocie” jest w stanie wznieść się na wyżyny „bezmyślności”. Można zatem z tej perspektywy uznać tę książkę za manifest anarchistyczny. Jeżeli władza ma być jedynie źródłem nieszczęścia to najlepiej byłoby według autora, aby wcale nie istniała. Rządzący bowiem są to ludzie troszczący się tylko o zachowywanie pozorów. Ich największym osiągnięciem może być wyłącznie sprawianie wrażenia istnienia realnego dobrobytu.

„Szyderstwo i przemoc” to książka pokazująca eskalację konfliktu. Autor wielokrotnie podkreśla, że grupa nowatorskich rewolucjonistów zaczęła działać dopiero wtedy, gdy policja stała się organem siejącym terror. Nawet spotkanie dwóch osób na ulicy uznawane było za nielegalne zgromadzenie, a każdy kto odpoczywał w miejscu publicznym oskarżany był o popełnienie zbrodni mającej na celu zniszczenie narodu.

Francuski pisarz chce nam udowodnić, że każdy człowiek jest aktorem, a życiowe powodzenie zależy tylko od stopnia opanowania sztuki grania innych. Albert Cossery apeluje do swych czytelników mieszkających w krajach opanowanych przez tyranów, aby zawsze wbrew wszystkiemu postępowali zgodnie z przekonaniami. Nieustannie akcentuje fakt, że to właśnie „Szaleństwo włada (…) naszym światem”[4] i jedynym ratunkiem przed nim jest ignorancja, śmiech i dystans do własnych doświadczeń. Władcom nigdy nie można wierzyć, gdyż „światem rządzą zbrodniarze i durnie”[5], tylko czyhający na jakiekolwiek oznaki słabości.

„Szyderstwo i przemoc” to książka jutra. Futurystyczne wskazówki w niej zawarte są zbyt wspaniałomyślne, aby w obecnym świecie znalazły swych kontynuatorów. Cossery to pisarz będący zarówno aktywistą (śmiechu) i pacyfistą (siły):

„Żadna przemoc nie zdoła obalić tego groteskowego świata (…). Odpowiedzieć przemocą na ich przemoc to pokazać, że traktujesz ich poważnie. To dać świadectwo wiary w ich sprawiedliwość i władzę”[6].

Autor: Przemysław K.

Albert Cossery „Szyderstwo i przemoc”, z przemową Jana Gondowicza, przełożył Mateusz Kwaterko, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013, s.195

——————————–

[1] s. 35

[2] s. 48

[3] s. 55

[4] s. 84

[5] s. 90

[6] s. 158

Każdy anarchista jest klaunem, czyli komizm jest wszędzie

Wybrzmiał literacki zegar (sur)realizmu

„Gender” to zbiór, w którym czytelnik znajdzie kilka krótkich opowiadań oraz dramat Grzegorza Wróblewskiego (ur. w 1962 r.), twórcy obecnie przebywającego na emigracji w Kopenhadze. Celem tej prozy jest zaprowadzenie czytelnika do literackiej czarnej dziury. Miejsca, w którym awers spotyka się z rewersem, a wszystko jest bardzo szybko poddawane w wątpliwość, nawet sam fakt istnienia. Wszędzie zatem należy dopatrywać się oszustwa i jawnej niesprawiedliwości. Twórca ten jest jednym z nielicznych przypadków pisarzy, którzy potrafią wyraziście ukazać podziały pomiędzy tym co metaforycznie bytuje po prawej i lewej stronie rzeczywistości. Zaliczając siebie do „osobników urodzonych w latach 60.-70.”[1], które właśnie wywożone są na „wysypisko”, musi wszystko to, co go otacza, traktować ambiwalentnie, niezbyt poważnie. Jako, że tyle elementów współczesnego życia naiwnie rozpatrywane jest jako „dobre” i przyjazne należy rzucić się w wir domysłów i systematycznie odrzucać reguły toczącej się właśnie gry. W fabułach tych utworów toczą się zażarte „walki” między innymi pomiędzy mięsem a wegetarianizmem, który chce na swą stronę sprowadzić jak najwięcej wyznawców. Autor prezentuje w tej książce skrajnie dekadencką postawę, jest zupełnie zrezygnowany. W swoim świecie nie może się odnaleźć, szuka miejsca dla siebie w rzeczywistości równoległej i ponurych konfabulacjach. I to właśnie stanowi o pięknie i ironii całego tomu. Jeżeli cokolwiek robi to od razu zastanawia się „po co?” i na dodatek nie szuka na to pytanie odpowiedzi, gdyż jest przekonany o bezcelowości wszelkich działań. Wykreowany świat to przestrzeń opanowana przez halucynogenne używki i wynikające z nich chorobliwe wizje. Jednak nie to jest przekleństwem ludzkości. Puszką Pandory jest dobrobyt, który powoli i nieustannie degraduje wszystkie więzi społeczne. Ostatecznym zaspokojeniem psychiki ludzkiej jest wyłącznie śmierć, wszystko inne to tylko półśrodki i zamienniki, tak naprawdę maskujące prawdziwe problemy. Narracje Wróblewskiego skupiają się na „osłabionej rzeczywistości”, w której nie szuka się ratunku, lecz ukojenia. Z powodu zamiłowania do konkretu i realizmu w swych opowiadaniach stara się opierać na codziennych przeżyciach typowego Europejczyka, które on sprowadza do granic absurdu. Nie jest twórcą eskapistycznym, zupełnie oderwanym od otaczającego go świata. Wytyka błędy obecnej cywilizacji, lecz swe rady przekazuje jedynie za pomocą surrealistycznych postaci. Jest pisarzem chcącym stać się literackim wcieleniem Salvadora Dalego, który zresztą w tym tomie także się pojawia jako „ten od spłaszczonych zegarków”. Zaskakuje czytelnika meandrycznością swego wywodu. Jego celem jest, aby odbiorca jak najszybciej uświadomił sobie, że to co czyta, nie ma się mu „podobać”. Ma szokować nonsensem i hipnotycznym niezrozumieniem. Widać tu również zamiłowanie do technik psychoanalitycznych. Autor skrzętnie wykorzystuje je do swoich celów i pokazuje jak szybko, za pomocą kilku nieznacznych wydarzeń, zmienia się postawa człowieka dotychczas uważającego się za konserwatystę. Za pomocą tego typu zabiegów uświadamia także, że sztuka jest nieśmiertelnym dorobkiem człowieka, lecz wciąż skazanym na wielokrotne odrzucenie i mentalne zapomnienie. Poszukując nowych zasad budowy utworu literackiego skupia się przede wszystkim na składni, która odrzuca go swym normatywizmem. Odejście od klasycznych reguł jest w jego wypadku tylko pozornym uproszczeniem. Już po przeczytaniu kilku zdań wiadomo, że „urwane myśli” bohaterów są do tego stopnia realistyczne, że aż wydają się wytworem naszego umysłu a nie artystyczną kreacją. W nowatorski sposób podchodzi do obranej formy dzięki czemu idealnie redefiniuje rzeczywistość i obowiązujące prawa moralne. „Gender” to poszukiwanie XXI-wiecznej płci społeczno-kulturowej każdego człowieka z osobna, bez sztucznych prób zuniwersalizowania przekazu. Grzegorz Wróblewski to twórca, który nie waha się pisać o swych spostrzeżeniach wprost. Nie odrzuca autorytetów, lecz poszukuje własnej drogi w świecie opanowanym przez nadmiar i konsumpcjonizm. Wniknięcie w jego prozę to bez wątpienia szok. Tylko dzięki takim książkom można uświadomić sobie jak wiele wokół nas absurdu i wulgarności, na którą nikt nie reaguje.

Autor: Przemysław K.

Grzegorz Wróblewski „Gender”, wydawnictwo Forma, Fundacja Literatury im. Henryka Berezy, Szczecin 2013, s. 82

——————————–

[1] s. 12

Wybrzmiał literacki zegar (sur)realizmu

Różnokolorowe odcienie szarości, czyli każdy „towarzysz” jest wrogiem

„Babcia 19 i sowiecki sekret” to kolejna pozycja wydawnictwa Karakter, które wciąż stara się w polskich czytelnikach zaszczepić miłość do literatury egzotycznej, w tym wypadku afrykańskiej. Literatury, trzeba to w końcu powiedzieć, wybitnej i ponadprzeciętnej. Tym razem mamy okazję zmierzyć się z twórczością pisarza z Angoli, dotychczas znanego tylko z fragmentów publikowanych w „Literaturze na Świecie”. Ondjaki (ur. w 1977) swą powieść celowo rozpoczyna w sposób aluzyjny. Głównym bohaterem staje się bezimienny chłopiec, co wskazuje na powtarzalność jego losów i ukierunkowuje odbiór całości na symbole. Wielu ludzi w byłych koloniach dorastało w podobnej rzeczywistości. Jest to opis pozornie beztroskiego, utopijnego dzieciństwa w cieniu powstającego od bardzo dawna mauzoleum, w którym miało spocząć ciało Agostinha Neto będące dotychczas „starannie zabalsamowane przez sowieckich speców, biegłych w sztuce utrzymywania nieboszczyków w stanie przyjemnym dla oka”[1]. Życie w Praia do Bispo, wciąż zakurzonej nadmorskiej dzielnicy Luandy, stolicy Angoli, w rzeczywistości było istnym piekłem. Wszechobecne przeświadczenie o tym, że kiedyś tubylcy będą musieli odejść i pozostawić więcej wolnej przestrzeni dla przyszłego miejsca kultu bohatera narodowego domagającego się wyzwolenia spod jarzma Portugalii, nie wpływało zbyt dobrze na samopoczucie. Świat przepełniony przez niezliczone babcie, spośród których tytułowa „Babcia 19” wyróżniła się amputacją jednego palca, opanowanego przez gangrenę. Bohater obiecuje, że zapamięta wszystkie jej opowieści – postrzega to jako swoje przeznaczenie i cel życia. W kraju tym, wciąż opanowanym przez wojnę, jak ironicznie wyznaje jedna z postaci mówi się „angielskim portugalskim” co jeszcze bardziej potęguje fakt braku ustalonej tożsamości społecznej. Dzieci, wciąż skupiające się na zabawie, umyślnie przedstawione są w tej opowieści jako istoty tylko do pewnego czasu całkowicie ignorujące to, co nie istnieje w ich marzeniach i snach. Interesuje ich wyłącznie własne środowisko, posiadają nawet własny slang. Są świadomi tego, że ich życie nie jest łatwe. Pomimo tego dorośli uważają, iż ich bytowanie skoncentrowane jest tylko na próżniaczych rozrywkach. Wszechobecne ubóstwo, metaforyczne „kamienne” kolejki po chleb i ryby oraz inspiracje „zachodnimi” filmami nie zniszczyły tej małej społeczności. Wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej zaogniły pradawne pragnienie szczęścia. Są o wiele bardziej zaznajomieni z prawami jakimi rządzi się egzystencja niż niejeden dorosły Europejczyk, gdyż „wojna, napędzając wszystkim wielkiego stracha, rozbudza też wielkie apetyty”[2]. Wszystko jest pozorne, każdy działa pro forma. Nawet na stacji benzynowej udaje się, że prowadzona jest sprzedaż paliwa. W rzeczywistości znajduje się tam tylko woda z niezauważalnymi oparami benzyny. To świat pełen iluzji. Dziwnym trafem jedna z babć widoczna jest tylko dla najmłodszych członków rodziny pomimo tego, że „Dzieciom należy mówić prawdę”[3], nie wolno ukrywać przed nimi śmierci osób bliskich. Jednym z nielicznych niecodziennych zjawisk tego świata jest muzyka. W pewnym momencie szalony Piana Morska, rezoner tej powieści, wypowiada się o niej w ten sposób: „Muzyka to cud, który komuniści wyjątkowo dopuścili do obrotu, hihi!”[4]. Światopogląd bohatera przesycony jest bardzo intensywnymi wrażeniami. Według niego zaborczy sowieccy żołnierze to langusty, niebieskie mrówki, a morze to łzy zmarłych. Snuje plany na przyszłość, chce założyć plantację owoców, aby jego rodzinie już nigdy nie zabrakło jedzenia. Jego sposób odbierania rzeczywistości pretenduje kolegów do przepowiadania mu kariery poety. Na tego typu insynuacje odpowiada: „Nie, dziękuję. Słyszałem, że poeci to wariaci”[5]. Czuję się nawet obrażony, że ktoś mógł go podejrzewać o takie „niepopularne” zdolności.

Dorośli bezustannie trwali w marazmie, zatem sprawy w swoje ręce musiały wziąć dzieci. Wiązało się to dla nich z ogromnym niebezpieczeństwem, jak mówi jeden z bohaterów: „nie możemy się dobrać do tego dynamitu, bo zginiemy, a jak zginiemy, to już nigdy nie będziemy dorośli”[6]. Podzielenie losu swych przodków było dla nich kuszące, jednak najbardziej pociągającym pragnieniem była wolność i pozbycie się dotychczasowej kontroli. Jako, że plac budowy znali już od dzieciństwa bez problemu poradzili sobie z podłożeniem dynamitu. Uniwersum tutaj przedstawione to świat pełen barw, tylko one liczą się dla dzieci. Wybuch mauzoleum staje się ich eksplozją. Zatem dzięki pozbyciu się w gruncie rzeczy niebezpiecznego budynku w świat przepełniony złem wdziera się nowa energia. Przeróżne odcienie tęczy postrzegane są bowiem jako nadzieja nadejścia nowego, lepszego. Wszystko to, według bohaterów, nie zasługuje na opisanie: „Złociste słońce pogrążyło się w granatowej toni, wymyślając zachód słońca w żółto-kawowych barwach, tak pięknych, że nie dawało się nawet o tym gadać. Tylko patrzyliśmy. Czas uznał, że znowu może zacząć płynąć”[7].

Ostatnią częścią książki jest „Wymiana listów pomiędzy Autorem i Aną Paulą Tavares”, dzięki której czytelnik między innymi dowie się o zaskakującym autobiografizmie tej opowieści. Głównym celem tej pozycji jest uświadomienie każdemu odbiorcy, że „Ludzie jeszcze się nie nauczyli najprostszych prawd”[8]. Wciąż przed naszą cywilizacją jest jeszcze bardzo długa droga do przebycia.

Ondjaki nie boi się eksperymentować. Bez żadnych skrupułów łączy to czego teoretycznie nie można zespolić w spójną całość. Na kartach swej powieści kreśli opowieść o pięknym świecie i wspaniałych ludziach, których bezskutecznie próbuje zniszczyć zło, polityka i komunizm. O tym co najważniejsze nie waha się pisać „między wierszami”. Ufa swym odbiorcom, nie szuka sensacji.

Autor: Przemysław K.

Ondjaki „Babcia 19 i sowiecki sekret”, tłumaczenie: Michał Lipszyc, wydawnictwo Karakter, Kraków 2013, s. 216

——————————–

[1] s. 12

[2] s. 45

[3] s. 88

[4] s. 101

[5] s. 168

[6] s. 119

[7] s. 172

[8] s. 39

Różnokolorowe odcienie szarości, czyli każdy „towarzysz” jest wrogiem

Każde zwierzę chce mieć swój pomnik

„Wielkie, pobrudzone, zachwycone zwierzę” to już dziewiąty tom cyklu „44. Poezja polska od nowa” będący inicjatywą, której celem jest skonfrontowanie twórczości klasyków z ich „odpowiednikami” współczesnymi. Za pomocą tej książki spotykają się dwaj odmienni twórcy: Jarosław Iwaszkiewicz i Jacek Dehnel. Gdy jeden umierał drugi właśnie przychodził na świat.

Utwory tutaj zaprezentowane to poezja pytań i metaforycznych odpowiedzi. Czym jest „To”? Czym jest jesień? Zapewne niebem, na którym widnieją dwa bezkresne „różowe pasma” i „dwa czarne odlatujące ptaki”[1], przypominające nam o nastaniu czegoś nowego. Świat wykreowany na kartach tego tomu ma jasno określone granice w sferze emocji. Już pierwszy wiersz („Proverbium”) jest tego idealnym przykładem. Opisując prawdopodobnie początek jakiegoś przyjęcia poeta podkreśla, że w tej alternatywnej rzeczywistości „nikt się nie śmieje” (choć wszyscy się uśmiechają), wszyscy się smucą (choć „nikt nie rozpacza”), wszyscy się nawzajem lubią (choć nikt się nie „kocha”). Wyraziście wytyczona linia demarkacyjna (pomiędzy tym co totalne a co częściowe) pozwala czytelnikowi już na samym początku nazwać te liryki poezją momentu. Gdy młodzi ludzie z wiersza „Ogrodniczki” w idyllicznym świecie podlewają kwiaty, na scenę teatru świata wkracza „rycerz czarny”, śmierć z „kosą w dłoni”. Nie atakuje, nie zabiera ich do swojego królestwa, lecz czeka i uważnie obserwuje młodzieńczą radość. Według poety człowiek umyślnie się ogranicza, broniąc się w ten sposób przed zauważeniem u swojej generacji upadku przejawiającego się „zanikiem zdolności wizyjnych”[2]. To właśnie nie pozwala nam wspierać codzienności wyobraźnią, wymusza na nas obcowanie z błahostkami. W uniwersum Iwaszkiewicza tylko morze i niebo są symbolami pokoju, wszystko inne wzywa natomiast do wojny.

Jarosław Iwaszkiewicz uważa, że niemożliwym jest napisanie tak pięknych wierszy jak te, które znajdują się w mózgu. Jeżeli już powstanie pewna namiastka prawdziwego piękna to jest ona nietrwała, jak wszystko to, co uwielbiane: „kochani / jak prędko wietrzeją ich wiersze // moje zwietrzały zanim je napisałem”[3]. W swych utworach pozostawia także opinie na temat twórczości innych poetów. Sonety Tetmajera są dla niego „bardzo piękne”, a rymy Staffa wydają się mu być tylko „szczęśliwym trafem”. Nie waha się także przed ocenianiem osób sobie nieznanych. Tych, którzy próbują wyrazić prawdziwe piękno nazywa mordercami. W jego przekonaniu tego typu czyny są czymś zuchwałym i niestety skazanym na porażkę.

Najbardziej interesującymi elementami tego zbioru są dwa cykle poetyckie: „Skąd widzieliśmy Tatry”, w którym autor formułuje „plan” sonetów o Tatrach widzianych z różnych perspektyw oraz „L’amour cosaque”, będący opisem silnej miłości zakończonej z powodu nastania jesieni. Podmiot liryczny tych wierszy jest egotykiem otoczonym wyłącznie przyjemnymi wydarzeniami, które z perspektywy całej ludzkości są błahe. Ją interesują elementy ukryte, zdominowane przez ciemność, a nie różnobarwne krajobrazy. I właśnie z tego powodu „Smutni są ludzie”[4].  W tym duchu pojawiają się także rozmyślania utrzymane w tonacji egzystencjalizmu. Wykreowany przez poetę świat posiada „Boga Zgody”, lecz ten bezdyskusyjnie nie wyraża przyzwolenia na nastanie życia. Bohater tych wierszy zastanawia się „Czy życie jest snem?” lecz od razu zrezygnowany dodaje „To mnie nie obchodzi”[5]. Choć ogląda się wstecz i bada swoją przeszłość to widzi tam tylko przepastną ciemność i długą drogę, którą udało mu się już jakimś cudem przebyć. Bytuje całkowicie poza tym co realne. Jest ponad pseudointelektualnymi rozmyślaniami nad tym co tu i teraz. On trwa wraz z poezją, nierozerwalnie. Śmierć nie jest w jego wyobrażeniach wiecznym snem, lecz niekończącą się pobudką, po której nie nastąpi ponowne zaśnięcie.

W chwili, gdy wszyscy biegną Iwaszkiewicz (zaprezentowany w tym tomie) stoi, trwa jak posąg i czeka na nadejście chwili, którą będzie mógł opisać. To poeta chcący zaskakiwać. Główną tezą jego filozofii życiowej jest to, że wszystko co go otacza jest szczęściem. Tym samym nakazuje swym czytelnikom, aby tak jak i on swemu otoczeniu bacznie się przyglądali. Estetyzm według niego jest złudnym wymysłem. Pewnego razu pisze: „Jak brzydkie są stare słowa / Jak piękne są nowe słowa”[6]. Bez jakichkolwiek emocji zauważa, że „forma” jest przyjazna wyłącznie dla twórcy dopóki zdoła ona pomieścić wszystkie „myśli i wiersze”. Jeżeli tak się nie dzieje to umysł opanowuje rozpacz, strach i ból z powodu nastania tego co niespodziewane i destrukcyjne. Zatem jeżeli coś nie jest pewne to nie warto się w to angażować. Wiersze są dla niego ozdobami, symbolami „śmiertelnych zapasów”, walki pomiędzy tym co chwilowe i odwieczne, nieskończone. Skupia się w nich na szczegółach i dzięki temu właśnie w jego poezji nieprzemijalność piękna perły i atłasu podniesiona jest do rangi największego paradoksu XX-wiecznej poezji. To sam autor jest tytułowym stworem. To on panuje nad wszystkim tym co ma wady, jest zniszczone, lecz nadal działa i spełnia swoją rolę. Jak wyznaje: „i ja na tym leżę / Jak wielkie, pobrudzone, zachwycone zwierzę”[7].

Jacek Dehnel, autor wyboru i posłowia, jest przekonany, że Jarosław Iwaszkiewicz na zawsze pozostanie „między wielkimi”, a każde następne pokolenie będzie zobligowane do ponownego, siłą rzeczy odmiennego, odczytania jego twórczości. Autor „Saturna” deklaruje, iż niniejszy wybór jest całkowicie subiektywny, a jego celem było wyłącznie zaprezentowanie utworów sobie najbliższych i we własnym odczuciu najpiękniejszych, bez pozorów dokonania naukowego „przekroju” bogatej twórczości tego Skamandryty. Jego zdaniem Iwaszkiewicz jest pisarzem „nierównym”, niestety w negatywnym tego słowa znaczeniu. Wiele ze wspaniałych fragmentów jego dorobku sąsiaduje z elementami zupełnie „spapranymi”. Są one według niego dowodem na hołdowanie przez poetę „stylistyce, która już w latach jego młodości była przyjęta tylko na głębokiej prowincji”[8]. Jacek Dehnel uczciwie nie waha się zarówno krytykować jak i chwalić. Twórczość Jarosława Iwaszkiewicza podziwia między innymi za „kunsztowne pomysły” , lecz równocześnie gani ją za „niestrawność” i odpychające sformułowania. Nazywa go „fatalnym poetą” o groteskowej ambicji i „irytującym” przekonaniu o własnej wyjątkowości. Idzie nawet dalej pisząc: „(…) na Boga, gdyby Iwaszkiewicz mógł ustawić swoje popiersia, gdzie popadnie, to przecież by się nie zawahał!”[9]. Wszystko to sąsiaduje z tego typu ocenami: „Równocześnie przez wszystkie te lata trafiały się Iwaszkiewiczowi wiersze genialne. Ożywcze, nieoczekiwane, czyste”[10]. W rozumieniu Jacka Dehnela tekstami „nietypowymi” Iwaszkiewicza są właśnie te niezwykłe, niestety rzadko spotykane, przejawy poetyckiego geniuszu.  Lecz na koniec pojawia się wzbudzająca pewne nadzieje konkluzja: „Ale wszystko to blednie przy jego najdoskonalszych wierszach; wielka poezja unieważnia skazy”[11].

Autor: Przemysław K.

Jarosław Iwaszkiewicz „Wielkie, pobrudzone, zachwycone zwierzę”, wybór i posłowie Jacek Dehnel, Biuro Literackie, Wrocław 2013, s. 76

——————————–

[1] s. 10

[2] s. 9

[3] s. 39

[4] s. 19

[5] s. 25

[6] s. 45

[7] s. 60

[8] s. 64

[9] Ibid.

[10] s. 68

[11] s. 71

Każde zwierzę chce mieć swój pomnik

Neoklasyk, czyli wzorce ukryte za chmurami

„Krajobraz z chmurą” Witolda Dąbrowskiego (1933-1978) to wybór wierszy dokonany przez Justynę Dąbrowską. Czytelnik odnajdzie w tym tomie utwory z wszystkich książek poety: „Rocznik 33” (1957), „Koncert hebanowy” (1966), „Ognicha” (1971). „Arrasowanie” (1976), „Portret trumienny” (1982) oraz wiersze odnalezione, czyli teksty całkowicie dotychczas nieznane.

Całość otwiera chyba najbardziej jego znany utwór o tytule „Piosenka o Kolchidzie”. Wyznaje w nim, że życie jest wiecznym poszukiwaniem „obiecanego kraju”, o którego istnieniu powinien być przekonany każdy człowiek. Choć odczuwana jest jej bliska obecność to dotarcie do niej zajmie jeszcze naszej cywilizacji wiele czasu. Okazuje się, że pośrednią winę za to ponosi edukacja: „Nauczono nas rezygnować, / a tęsknoty nie oduczono”[1]. Wszystko jest nieustannym wypatrywaniem drogi, a tę właściwą znają niestety tylko duchy zła: „Moja droga – za jaką miedzą? / Diabli wiedzą, mnie nie powiedzą”[2]. Definiuje nową rzeczywistość, w której noc jest  „piątą porą roku”[3]

W poezji tej widoczne są bardzo dojrzałe refleksje na temat miłości:

„Niech nie smucą daty urodzin,

niech nie martwią nas kalendarze,

bo i cóż mi po twej urodzie,

kiedy chcę się z tobą zestarzeć?…”[4]

Jeżeli jest się z kimś silnie emocjonalnie związanym to wszystko (a przede wszystkim miłość) jest podwójne, dualistyczne. Związane z tym są także rozmyślania o czasie i przemijaniu, sprzężone  z jego postrzeganiem rzeczywistości:

„Kalendarz jest bezstronny,

nie ocygani, nie zmami”[5].

Obecność człowieka w danym miejscu bardzo szybko się zaciera, jest błyskawicznie zastępowana innym istnieniem:

„A robotnicy

na spory z diabłem

czasu nie mają,

z ziemią równają

mury osłabłe”[6].

Śmierć jest w tym świecie niemiłą koniecznością. Jeżeli już będzie musiała nadejść to alter ego poety pragnie „umierać niespodzianie”, najlepiej „w zdziwieniu, w zdumieniu”[7]. W wyobrażeniach podmiotu lirycznego piekło kreowane jest nawet na pewnego rodzaju idyllę, która pozbawiona jest jedynie miłości:

„Piekło to tylko miłości niemożność,

samotność, jedność i biedność, i zdrożność

(…)

piekło, piekielne jak w słowie ostrożność”[8].

Tak samo zapewne jest z pięknem i brzydotą. Pomimo tego, że wydają się być tworami utopijnymi, to w rzeczywistości zapewne kryją swą diabelską naturę. Choć każdy liczy na to, że będzie mu dane długie życie, to ślepy los bardzo szybko to weryfikuje:

„O tym się boję nawet słówkiem –

tak bardzo krucha jest ta przestrzeń

między porodem a pochówkiem”[9].

Z tej perspektywy pojawia się refleksja, że celem najbardziej możliwym do osiągnięcia są codzienne próby przeżycia „o dobę dłużej”[10]. Jednostka ma natomiast tylko prawo do jednego „wystrzału”, jednej próby własnych sił. Gdy jej odpowiednio nie wykorzysta zostanie zmuszona do obcowania z „cieniami” przeszłości. Dla Witolda Dąbrowskiego każde z narodowych powstań było zauważalną chęcią zmian, która realizowana za pomocą „metody wielokrotnych prób”[11] stała się czymś bezcelowym. Warto w tego typu sytuacjach mieć na uwadze główne przesłanie tego tomu:

„Ten, co nie poddał się rozpaczy,

ojczyzny jeszcze też nie poddał”[12].

Wszystko to konfrontowane jest z motywem (i samym pojęciem) mądrości, która jest dla bohatera tych wierszy wcielona w „niematerialne” ciało kobiety. Okazuje się, że mądrości nie można posiadać, tylko ktoś z zewnątrz (w tym wypadku jej władczyni) może nam przekazać jej wskazówki. Autor kładzie zatem szczególny nacisk na powtarzalność życia. Choć wszystko z nim związane wydaje się całkowicie nowe, to jednak musiało wcześniej gdzieś zaistnieć. Tym samym należy zwrócić szczególną uwagę na pamięć o tym co obecne. Jak wyznaje: „Pamięć. / I tylko ona się liczy”[13], tylko dzięki niej można odnaleźć pewien punkt odniesienia dla tego co zmienne. Dzięki temu o wiele łatwiej jest coś zepsuć niż naprawić. Nie należy się martwić brakiem jakichś elementów otaczającego nas świata, gdyż pamiętanie o istnieniu utraconego staje się konsekwencją straconych szans. Tylko ból potwierdza fakt istnienia: „Serce bije i boli. Nie powinno tak boleć, / nie powinno oczekiwać łaski”[14].

Oczywiście nie brak tu także refleksji metapoetyckich. Zdaniem autora im większe uporządkowanie wiersza tym mniejszy utylitaryzm jego przekazu, co nieco kłóci się z jego neoklasycystycznym podejściem do pisania. Autor pragnie, aby jego utwory były „szorstkie”, a więc dogłębnie wnikające w tkankę rzeczywistości i potrzebne jak „drewniana belka”. W jego wyobrażeniach wiersz potrafi nawet oddychać, kochać i myśleć. Namiętność obserwacji poetyckiej jest dla Witolda Dąbrowskiego bardzo linearna, wręcz prosta, niezbyt skomplikowana. Wystarczy patrzeć i widzieć, co nie zawsze idzie ze sobą w parze u poetów XXI wieku. Celem pisania poezji jest wymierzanie sprawiedliwości w bezprawnym świecie.

Życie autora, jeżeli wierzyć zawartym w tych wierszach wyznaniom, ukierunkowane było na naśladownictwo i próbę osiągnięcia ideałów młodości. Chciał być godnym „wielkim” i „wyklętym”. Zatem wśród swych wzorców wymienia Mickiewicza, Giordano i Michała Anioła. W początkowych wierszach stara się jednoczyć ze swymi rówieśnikami. Swe pokolenie charakteryzuje jako to, które nie waha się iść pod wiatr, wciąż podąża ustaloną drogą i pewne jest swych marzeń. Ważne jest także dla ludzi urodzonych w tak niegościnnych czasach, aby znali własną siłę, byli jej świadomi, nie szukali nigdy schronienia w czasie walki i zawsze (nawet w chwili wypełniania swych codziennych obowiązków) byli przygotowani do obrony. Dzieciństwo i dojrzewanie jawi się podmiotowi lirycznemu jednego z tego typu wierszy jako „pomnik” dokonań przodków, którzy umyślnie pozostawili nam swoją odwagę, dziś już dawno zapomnianą. Naiwnie wierzyli oni „jak dziś wierzą dzieci” w „stałość gwiazd i niezmienność świata”[15]. Jak widać były to płonne nadzieje. Ideałem szczerości w ówczesnym czasie jest dla niego przekornie śpiew gniewnego kota do oszalałej kotki. Z tym okresem należy również łączyć jego przyjaźń z „aniołami żołnierki”, którzy proszą go o chleb i kawę, gdyż uznają siebie za istoty tego najbardziej potrzebujące. Później, jak wiadomo, mimowolnie został outsiderem i w tomach późniejszych (niestety) nie odnajdziemy tego typu wyznań.

Jeden z bohaterów tych wierszy zastanawia się dlaczego akurat cywilizacja śródziemnomorska jest tak ważna dla współczesnego człowieka, w większości ukształtowanego przez historię wielu zdrad i hańb, przez „gruz własnych miast”[16]. Pojawia się zatem teza: wybitne dzieła antyczne prezentują bowiem całkiem inne wzorce od tych przydatnych w XXI wieku. Jako jeden z kluczowych argumentów podaje to, że ludzie tylko złudnie przekonani są o potędze własnego umysłu, który nie może rozwijać się bez tego co przeszłe. Wobec kosmosu dotychczasowa wiedza człowieka nadal jest wiedzą „jaskiniowców”. Największym przekleństwem naszej cywilizacji jest zamiłowanie do porównywania całkiem odmiennych składowych rzeczywistości, co bardzo doprowadza do katastrof. Alter ego poety już samą egzystencję postrzega jako coś o co można zostać oskarżonym w metaforycznym sądzie. Na początku swojej „rozprawy” każdy jest w stanie przyznać się do swojej winy odważnie deklarując: „Czy się przyznam do winy? / Tak, bez wątpienia”[17]. Lecz później, po zdobyciu doświadczenia, nie jest to takie pewne, dawne przekonania nie przedstawiają już tak dużej wartości: „Czy przyznaję się? / Nie wiem. / To bez znaczenia”[18]. Autor uważa, że człowiek może bez przeszkód bawić się w chowanego z Bogiem, gdyż nic mu nie grozi dopóki będzie w stanie nadać imię gwieździe, która kieruje jego losem. Bycie człowiekiem żyjącym we współczesności wyklucza się z byciem patriotą. Po apokalipsie pozostanie tylko głos, którego nie będzie miał kto wysłuchać. Autorami nowej mowy będą rośliny i ziemia:

„Usłyszany szept od nowa

powtórz głośno, jak najgłośniej –

oto ziemi twej surowa

mowa, która w trawie rośnie”[19].

Witold Dąbrowski wnioskuje, że wszystkie zbrodnie wciąż prześladują ludzkość:

„dym Troi się włóczy

przez setne pokolenia”[20].

Autor we wszystkim doszukuje się przejawów brzydoty. Można nawet powiedzieć, że piękno jest dla niego sztucznym tworem, a więc nie zasługującym na dłuższą obserwację. Dowodem na to jest już nawet sam tytuł wyboru jego wierszy. W tej twórczości chmury zawsze zakłócają harmonię krajobrazu, nadrzędnym celem ich istnienia jest zniwelowanie piękna krajobrazu. Jednak błękit w świecie Dąbrowskiego tak łatwo się nie poddaje, także potrafi odnaleźć swoje miejsce „w szczelinie”, gdzie „z nagła się zawrze”[21] jego estetyzm.

Zaprezentowany w tym tomie Witold Dąbrowski to przedziwny przypadek poety-realisty, który skupia się wyłącznie na przekazywaniu metaforycznego obrazu bez wskazówek do dalszych badań. Dużo zależy zatem od czytelnika, nie mogącego (na szczęście) wyrazić w takiej sytuacji ani jednego słowa sprzeciwu. Jeżeli cokolwiek w zastanym pejzażu jest niepewne autor nie waha się przed zadawaniem pytań, lecz nikt na nie mu nie odpowiada, jakby był samotnikiem bezpowrotnie utraconym dla świata. Nie ma tu ironii, sarkazmu, irracjonalności – na scenie widać tylko realność, codzienność i historię. Już na pierwszy rzut oka widać, że obcuje się z poezją wybitnego obserwatora rzeczywistości, który bez problemu właściwy obraz łączy z rytmem wybranej formy wiersza. Według niego poezja pochodzi z przepaści, a tym co czyni ją wyjątkową jest możliwość modlitwy za jej pośrednictwem o przeszłość. Obcowanie z jej kruchą materią uświadamia nam, że jest ona tworem niezwykłym, żyjącym własnym życiem. Podmiot liryczny tych wierszy wręcz wprost prosi: „Pomódl się za swoich zmarłych, / poezjo”[22]. To, co ma do zaoferowania światu ten twórca to nie „banany, ładne pomidory”, lecz „pytanie, gorycz” własnego Ja. Stara się swą artystyczną odwagę jak najczęściej wykorzystywać, gdyż jej nadmiar jest w jego rozumieniu „pychą”, a więc czymś złym, niepasującym do ekshibicjonizmu poezji. Cały tom kończy się wzruszającym utworem, w którym poeta wyraża swe pragnienia o ujrzeniu świata „za głupie kilkadziesiąt lat”[23]  i zastanawia się „dokąd doprowadzi” ta „dróżka”, na której pozostał także jego „ślad”.

Czytelnik odnajdzie w tej książce także trzy teksty wspomnieniowe o poecie. Ich autorzy (Andrzej Mandalian, Edward Pałłasz i Michał Głowiński) prezentują spójny portret człowieka będącego zarówno „poetą dziewiętnastowiecznym” jak i „szlacheckim romantykiem”. Był znakomitym tłumaczem i miłośnikiem literatury rosyjskiej. Choć o jego genialnych wierszach mało kto pamięta to do dziś wielokrotnie wznawiane było jego tłumaczenie „Mistrza i Małgorzaty”, którego dokonał wraz z Ireną Lewandowską. Wbrew wszystkiemu i wszystkim nieustannie kultywował swój neoklasycyzm z zachowaniem właściwej sobie precyzji, dokładności, za co podziwiany był przez swych kolegów i czytelników. W czasie, gdy wielu podążyło za awangardą on wciąż „Dbał o proporcje, o harmonię, wysmakowane rymy, rytm”[24].

Delikatny, charyzmatyczny, odważny w głoszeniu niepopularnych poglądów i „dający się lubić”[25] wielki Poeta.

Autor: Przemysław K.

Witold Dąbrowski „Krajobraz z chmurą”, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2012,  s. 230

——————————–

[1] s. 9

[2] s. 13

[3] s. 11

[4] s. 12

[5] s. 20

[6] s. 47

[7] s. 70

[8] s. 93

[9] s. 153

[10] s. 155

[11] s. 159

[12] s. 162

[13] s. 99

[14] s. 16

[15] s. 46

[16] s. 56

[17] s. 123

[18] s. 124

[19] s. 133

[20] s. 138

[21] s. 85

[22] s. 193

[23] s. 209

[24] s. 215

[25] s. 219

Neoklasyk, czyli wzorce ukryte za chmurami