Kogucia mantra, świetna migawka i niesprawiedliwość

„Świetne sowy” to już czwarta książka poetycka Filipa Zawady (ur. 1975). Już sama (w pewnym sensie kontrowersyjna) szata graficzna wskazuje na pewne tendencje w tej twórczości. Jest to poeta, u którego albo coś jest oczywiste (jasno określone i możliwe do zdefiniowania) albo nieustannie poddawane w wątpliwość za pomocą niezliczonych znaków zapytania. To działanie nie odbywa się oczywiście bez innych zabiegów. Jednym z najbardziej interesujących i niepowtarzalnych jest surrealistyczne odwracanie rzeczywistości. W wykreowanym na tych stronicach świecie nawet człowiek może „kukuryknąć” i obudzić wszystkie najbliższe mu koguty, które (nie wiadomo dlaczego) są rekwizytem najczęściej pojawiającym się w tym tomie. Zwierzę to staje się podstawą porównania do dokonywania dalekosiężnych badań nad kondycją obecnego społeczeństwa. Szał kogutów postrzegany jest jako zapowiedź końca świata. Tym samym według poety dźwięk jest najlepszym sposobem na przekazanie ostrzeżenia. W jakim celu? Tego także nie możemy się dowiedzieć. Jednak najlepszą reakcją na tego typu działanie powinien być bieg, tylko to jest pewne. Wszystkie elementy rzeczywistości, które są policzalne równocześnie przez bohatera tych wierszy postrzegane są jako „skończone”, łatwe do analizy i nieprzystępne dla dalszych aktów stworzenia. Wszystko to co straszne, destrukcyjne może zaistnieć na szczęście tylko raz:

„(…) przejmujący głód nie może się

powtórzyć.

Nie może się powtórzyć

ze strachu.”[1]

Dotyczy to także sfery myśli, które będąc konstruktywnymi tworami oczekują trwania, a nie upadku:

„Strumień świadomości się nie powtarza.”[2]

Choć oczywiście poeta nie wie czym jest nieskończoność, nie jest w stanie uchwycić jej istoty (lecz jest na jej tropie), to wie na pewno czym ona nie jest. Jedynym pełnoprawnym tworem człowieka są sny. Motyw ten jest w tej twórczości jednym z fundamentów całego programu. W chwili, gdy podmiot liryczny śpi, wszystko się w nim kumuluje, niczego nie traci. Jak wyznaje: „Wszystko naraz mieści się w mojej głowie, kiedy śpię”[3]. Jednak, aby doszło do spotkania np. pomiędzy człowiekiem a nietoperzem sen musi odejść w niepamięć. Tylko wtedy może nastąpić rozejm: „Pogodzić się w chaosie.”[4] to cel naszego bycia na ziemi. Poza tym pojawiają się tutaj także liczne antytezy, aby podkreślić absurd egzystencji w obecnym świecie: „Każdy żyje dzięki swojej śmierci”[5]. Choć wszystko ulega przemianom to jednak jeden element nieustannie pozostaje w tej samej kategorii estetycznej:

„Kształt w kształt.

Źródło w źródło.

Coś w coś.

Tylko po co?”[6]

Ratunek przed tym jest niemożliwy. Przykładem tego jest fakt, że człowiek przez całe życie chroni się przed owadami będąc równocześnie świadomym, że kiedyś będzie musiał im ulec. Podmiot liryczny jednego z wierszy nawet zastanawia się czy miejsce ostatniego spoczynku jest przyjazne w rozumieniu filozofii wschodu. Zadaje konkretne pytanie: „Czy cmentarze są feng shui?”[7] Poza tym autor skupia się także na największych problemach polskiego społeczeństwa. Jednym z nich, bardzo wyraźnie występującym, jest emigracja w celach zarobkowych. Filip Zawada nie jest jedynie biernym obserwatorem. Dla tych, którzy podobnie jak on postrzegają rzeczywistość, pozostawia wskazówki jak można ją naprawić: „Świat można leczyć plastrem / kołyszącym się w powietrzu”[8]. Nie czyni oczywiście tego bezinteresownie. W zamian oczekuje odpowiedzi na zawarte w tym tomie pytania.

Światopogląd tutaj zaprezentowany w całości wpisuje się w programy innych poetów XXI wieku. Przeznaczeniem współczesnego człowieka jest to, aby nieustannie naiwnie liczył na to, że przyszłość na pewno będzie lepsza od teraźniejszości. Świat, w którym przyszło nam żyć jest bardzo różnorodny, zatem należy wykształcić pewne narzędzia pomagające nam odnaleźć się w tym chaosie. Jednym z nich są przekleństwa, które umożliwiają skategoryzowanie istot w pewnym sensie „żywych”. Tylko Bóg trwa ponad tego typu procesami. On „nigdy nie przeklina”[9]. Skąd podmiot liryczny posiada taką wiedzę? Nie wiadomo. Pojawiają się natomiast w związku z tym przeróżne wątpliwości natury moralnej:

„Koguty nie krzyczą i nie przeklinają.

Kto ma w związku z tym przewagę: człowiek czy zwierzę?

Czy jak się jest człowiekiem, zawsze trzeba mieć nad czymś przewagę,

nawet jeżeli to coś jest kogutem?”[10]

Wobec tego typu obiekcji i pytań pozostawianych bez odpowiedzi jedynym ratunkiem jest bezruch, odrzucenie dynamiki, skupienie się na tym co niematerialne:

„Stanie powoduje, że wiadomo czego nie wiadomo.

Nigdzie nie zmierzam.”[11]

Jako, że Filip Zawada to poeta totalny ukazuje także niebezpieczeństwo tego typu działań. Mogą one bowiem prowadzić do zachwiania równowagi psychicznej. Podmiot liryczny kolejny raz pyta:

„Ile pozornych pytań należy zadać, żeby nie zwariować?”[12]

Choć współczesność nieustannie kusi liberalnym podejściem do życia, to człowiek nigdy nie będzie autonomiczną istotą, zawsze będzie zmuszony ulegać wpływom z zewnątrz. Pojawia się zatem teza:

„Każdy ma w sobie coś z każdego.”[13],

która zaraz poddana jest w wątpliwość znakiem zapytania.

Poeta wielokrotnie konfrontuje polską rzeczywistość z antyczną filozofią chińską, a w szczególności swe rozważania na temat „polskości” opiera na koncepcji yin i yang. W tym świetle dokonuje reinterpretacji narodowych symboli:

„W Polsce jest biały i czerwony prostokąt.

Biały symbolizuje prześcieradło, czerwony symbolizuje krew.

Prostokąt symbolizuje historię.”[14]

Rzutuje to również na motyw dzieciństwa i dojrzewania:

„Dzieci upodabniają się do tego, co mają najbliżej siebie.

Wszystkie kurczaki upodabniają się do żarówki.”[15]

Cały tom został wręcz zdominowany przez koguty. Tym bardziej dziwi tytuł mający swe odniesienie tylko w jednym fragmencie: „- I te sowy takie świetne są nocą”[16], za sprawą pozornego dialogu. Kogut w poezji Filipa Zawady potrafi napisać nawet list, chce „spróbować być sobą / i żyć w przyjaźni i pokoju”[17]. Tylko czekać, aż zajmie miejsce człowieka. Co ciekawe po trzech latach czeski fakir ironicznie odpisał zwierzęciu, co postawiło go w bardzo dziwnym, niekorzystnym świetle: „Kto jest na tyle głupi, żeby rozmawiać z drobiem?”[18]. Także dogmaty religii chrześcijańskiej zostały tutaj skonfrontowane z realiami współczesnej egzystencji. Według autora:

„Są trzy osoby boskie:

1. Słońce.

2. Elektrownia.

3. Bóg ojciec.”[19]

I na tym nie koniec. Poeta stworzył także własną, artystyczną wersję przykazań kościelnych, dekalogu i głównych prawd wiary. Przedstawia także „kwestionariusz” Jezusa, aby podkreślić absurd współczesnej biurokracji, gdzie każdy musi być podporządkowanym odpowiednim kategoriom. Nawet koresponduje z Chrystusem. Według niego wiara jest tak ważnym elementem, że aby zrozumieć ją (i samą ideę religii) należy najpierw zrozumieć ludzi. Wielokrotnie rozwiązuje problemy filozoficzne, nad którymi głowili się najwięksi filozofowie. Jednym z nich jest na przykład dylemat – co było pierwsze: jajko czy kura? W tym tomie czytelnik odnajdzie na to odpowiedź. Najciekawszy jest jednak ostatni fragment tej książki, w którym znajduje się kilkanaście krótkich sentencji-definicji-tez, które swą prostotą (ale i wyraźną mądrością życiową) wskazują na wiele prawidłowości naszej i równoległej rzeczywistości.

„Świetne sowy” to wspaniały tom, w którym młody poeta stara się nam uświadomić, że choć chaos jest brutalny i destrukcyjny to można się do niego przyzwyczaić i żyć z nim w zgodzie. Artystyczne operacje na stereotypach poskutkowały dziełem ważnym, wskazującym na liczne powiązania pomiędzy tym co „polskie” i „światowe”.

Autor: Przemysław K.

Filip Zawada „Świetne sowy”, Biuro Literackie, Wrocław 2013, s. 80

——————————–

[1] s. 22

[2] Ibid.

[3] s. 24

[4] s. 27

[5] s. 28

[6] s. 29

[7] s. 34

[8] s. 37

[9] s. 14

[10] s. 13

[11] s. 12

[12] s. 11

[13] s. 14

[14] s. 16

[15] s. 17

[16] s. 18

[17] s. 15

[18] s. 59

[19] s. 19

Kogucia mantra, świetna migawka i niesprawiedliwość

Zakochaj się w nożowniku, naszym Pajdzie

„Małe lisy” to druga prozatorska książka Justyny Bargielskiej, niezwykłej pisarki młodego pokolenia. Jej dotychczasowym największym sukcesem była opublikowana w 2010 roku powieść „Obsoletki”. Choć na pierwszy rzut oka ta najnowsza pozycja porusza podobną tematykę, to jest jednak zdecydowanie realizacją całkowicie odmiennych zamierzeń twórczych. I w tym wypadku nie brak wątków autobiograficznych. Głównymi bohaterkami są kobiety, których świat skoncentrowany jest wokół rodziny (przede wszystkim dzieci), lecz główną osią narracyjną jest inny element, obdarzony zupełnie innymi powiązaniami semantycznymi. Całość składa się z dziesięciu rozdziałów, które prowadzone są naprzemiennie przez dwie kobiety: Magdę i Agnieszkę. Aby dokonać pełnej analizy „Małych lisów” konieczne jest rozgraniczenie tych dwóch narracji, ponieważ większość motywów w pewnych miejscach celowo się pokrywa i zaciera się tym samym wrażenie odrębności dwóch postaw zaprezentowanych za pomocą uczynienia równoprawnymi narratorkami dwóch osób. To właśnie Agnieszka rozpoczyna całą opowieść, którą kieruje do enigmatycznych „dziewczynek”. Możliwe, że za tymi „istotami” kryją się czytelniczki Justyny Bargielskiej, która poddała się już klasyfikowaniem jej twórczości jako „feministycznej”. Już na samym początku, bez ogródek, bohaterka mówi, że miała „romans z gangsterem z lasu”[1]. Jest „badaczkodziałaczką”, prowadzi kółko literackie. Jest typową kobietą XXI wieku – lubi pływać, chodzi na siłownię i uprawia fitness. Jako, że lubi świeże powietrze (pomaga jej w myśleniu) zaopiekowała się psem, aby często wychodzić na spacery. Podczas jednej z tego typu przechadzek po lesie spotyka ubranego w długi, rozpięty płaszcz, mężczyznę, który pokazuje jej szałas Pajdy, nożownika, mieszkającego tam niedawno z ciężarną konkubiną i dwójką dzieci. Następnym razem natrafiła na młodego pana, śpiewającego dziwną piosenkę, będącego prawdopodobnie wspomnianym bezdomnym. Okazuje się, że bohaterka nigdy nie była w ciąży. Miała żonatego chłopaka, z którym bardzo dużo podróżowała. Podczas wyprzedzania żółtej przyczepy przewożącej konie (przewijającej się potem nieustannie w jej koszmarach) doznali wypadku. Z tego powodu, jak wyznaje, na pewien czas „odpuściła” sobie miłość. Co ciekawe wielokrotnie spotyka Magdę, która prowadzi drugą narrację, lecz nie dochodzi do jakichś szczególnych interakcji, są to przeważnie spotkania przypadkowe, okazjonalne.

Druga narratorka natomiast opiekuje się dwójką dzieci: Klarą i Klimkiem. Mąż ostrzega ją przed kolejnymi: „Jeśli zaszłabyś jeszcze raz w ciążę, rozważałbym samobójstwo”[2], co wskazuje na możliwość, że ich związek można nazwać „toksycznym”, destrukcyjnym. Z powodu licznych próśb małżonek zgodził się na psa, dzięki któremu i ta kobieta mogła zetknąć się z Pajdą. W pewnym momencie swe całe życie podporządkowała temu nożownikowi: „Na jawie byłam bardzo dobra w dopasowywaniu momentów wolności do naszych z Pajdą terminarzy. A także w podporządkowywaniu naszemu uzgodnionemu wspólnemu terminarzowi zajęć reszty świata”[3]. Dzieci wychowuje i uczy sama w domu, chodzi z nimi do zoo, gdzie podziwiają ryby i surykatki. Jej stosunek do edukacji państwowej ujawnia się przede wszystkim podczas rozmowy z pewną panią w pociągu, która radzi jej, aby na początku upewniła się o jakości danej placówki. Reakcja Magdy w zupełności oddaje istotę jej specyficznego charakteru i obecny stan emocjonalny: „Że czy jest monitoring, że czy nie ma narkotyków, że wejść i zbadać atmosferę poszanowania ucznia. Pomyślałam, że skoro już wejdę i monitoring nikogo o tym nie zaalarmuje, grzechem byłoby jakichś narkotyków nie wnieść”[4]. Modli się dwa razy dziennie, lecz dawne wartości (przekazane jej zapewne przez rodziców) powoli odchodzą w niepamięć: „Zresztą trzeba przyznać, że w okresie Pajdy niespecjalnie mi tej hostii brakło (…)”[5]. Niepokoi się stanem swojego ducha, nie rozumie własnej psychiki. Pewnego razu mówi: „Problem w tym, że nie interesuje mnie moje zdanie (…). Właściwie to się go trochę boję (…)”[6]. Jest dziennikarką, lecz nie utożsamia się z wykonywanym zajęciem. Nie przyjmuje do wiadomości, że uzyskane w ten sposób pieniądze są w zupełności jej, są owocem jej pracy. W pewnym sensie jest przekonana, że nie robi w życiu niczego konstruktywnego, a wszystkie wykonywane czynności są absurdalne, jak sama rzeczywistość. Straszy, że pewnego dnia ucieknie dzieciom przez odpływ w wannie. Podczas jej opowieści czytelnik będzie mógł zapoznać się także z historią „tej od pomniczka”, która przekazywana jest w windzie, a przez autorkę została rozmieszczona w różnych miejscach książki. Puentą całej powieści jest jej próba samobójcza. Podaje dzieciom „magiczne pigułki” i zasypia wraz z nimi w lesie na płaszczu. W tym miejscu dochodzi do całkowitego złączenia narracji, gdyż na scenę wkracza druga bohaterka, Agnieszka.

Wbrew pozorom to Pajda jest głównym elementem tej książki. Obie bohaterki są z nim związane przede wszystkim fizycznie. Pod względem psychicznym nie rozumieją swojej zażyłości z tym człowiekiem, nie wiedzą co je tak w nim pociąga i dlaczego chcą podporządkować mu całe swe dotychczasowe życie. Jego szałas jest miejscem „spotkań”. W środku jest nawet ukryte igloo (cóż za dziwny i niepowtarzalny zabieg fabularny!) i można w nim zapalić światło. Z nieznanych względów bohaterki nie chcą mówić o swoich uczuciach, wręcz wstydzą się własnych żądz. Choć to Pajda jest najbardziej interesujący dla czytelnika to autorka celowo i z premedytacją traktuje go po macoszemu, aby pokazać jak wiele w treści książki może zmienić obrana perspektywa.

„Małe lisy” to powieść szkatułkowa, symboliczna. Przy jej lekturze każdy czytelnik zwróci uwagę, że fabuła występuje tu tylko „z przyzwyczajenia”, z zasady, o wiele ważniejsze są zawarte w niej niedopowiedzenia. Oczywiście także lapidarny, oszczędny w słowach język wskazuje na kształtujący się właśnie na oczach odbiorcy prawdziwy talent. Każdy z zawartych tutaj intersubiektywnych znaków (będących chyba tak naprawdę pułapkami) należy rozpatrywać indywidualnie, z perspektywy własnych doświadczeń czytelniczych. To proza przy której akademickie dociekania nic nie pomogą, a mogą nawet zapętlić cały wspaniale wykreowany obraz. Racjonalne techniki opisu stają się zatem przeszkodą, nie otwierają umysłu na nowe odczytania, wyłącznie stają się ewidentną próbą sklasyfikowania tego co pozostaje całkowicie poza wszelkim kategoriom.

Justyna Bargielska pokazuje, że to jedynie punkty odniesienia dają nam poczucie czasu, a żadna z naszych historii nie ma granic, są ograniczane jedynie przez naszą wyobraźnię. W niepozornej wizualnie książce kryje się prawdziwe piękno prozy, która ma przede wszystkim prowokować. Wszystko jest tutaj przewrotne, jak życie i tworzona na jego kanwie literatura. Wydaje się, że bez technik badających tożsamość płciową w literaturze (tzw. „gender studies”) „Małe lisy” nie będą dziełem pełnym, lecz w rzeczywistości są książką dla wszystkich i o wszystkich. Jeżeli o jakiejkolwiek książce można to powiedzieć, to właśnie o najnowszej pozycji Justyny Bargielskiej, pisarki poszukującej, artystki szokującej.

Autor: Przemysław K.

Justyna Bargielska „Małe lisy”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, s. 112

——————————–

[1] s. 9

[2] s. 27

[3] s. 80

[4] s. 31-32

[5] s. 81

[6] s. 27

Zakochaj się w nożowniku, naszym Pajdzie

Każdy z nas jest słoniem

Inspiracją do napisania tej książki stała się wizyta José Saramago w restauracji w Salzburgu, gdzie znajdowały się figurki przedstawiające budynki jakie odwiedził pewien słoń podczas swej pamiętnej podróży w 1551 roku. Autor ten podjął się zatem rekonstrukcji historii, która na pierwszy rzut oka nie nosi znamion bycia czymś niezwykłym i tym samym godnym opisania. Wydaje się być bowiem opowieścią jakich wiele, bez zalążków czegoś rzadko spotykanego. Jednak to właśnie język ukształtowany w skondensowaną i aforystyczną treść czyni z tej powieści dzieło nietuzinkowe. Wszystko zaczyna się w Lizbonie, gdzie król Portugalii Jan III, niezadowolony podarowanym kiedyś prezentem, postanawia obdarować swego kuzyna księcia Maksymiliana Austriackiego, regenta Hiszpanii, zwierzęciem o imieniu Salomon. Z tego powodu zwierzę zmuszone zostało do uciążliwej, niemiłosiernie długiej i wyczerpującej podróży z Lizbony do Wiednia. Płonne są zatem nadzieje tych, którzy oczekują po tej książce porywającej fabuły. Tutaj, jak przystało na dzieło wybitnego prozaika, dominuje bowiem filozoficzno-historyczny wymiar egzystencji. Poza tym tę książkę możemy uznać nawet za podsumowanie wcześniejszych twórczych dokonań autora. Jak zwykle za pośrednictwem linearnych historii Saramago chce przekazać treści niezwykłe i uniwersalne. Główne tezy „Podróży słonia” oscylują wokół problemu przeszłości, która jawi się w umyśle autora jako „wielka kupa kamieni”[1]. Wielu chciałoby pominąć ją w swych codziennych obserwacjach rzeczywistości. Niektórzy jednak wciąż są badaczami, skupiającymi się na nawet najmniejszych szczegółach. Tylko oni podnoszą każdy z kamieni, chcąc na własnej skórze sprawdzić „co się pod nimi kryje”[2]. Tym samym za sprawą istnienia wielu podmiotów poznających odmienne mogą być wnioski końcowe, z których nadrzędny jest ten, iż wszystko to co piękne zawsze może zostać skalane. Podobnie dzieje się z charakterem człowieka, w którym wraz z ubiegiem czasu zaczynają dominować wady, a zalety niepostrzeżenie umykają. Słoń jest zatem tylko pretekstem do moralizatorsko-dydaktycznego wydźwięku powieści, czego dowodem są na przykład tego typu fragmenty:

„Każdy jest taki, jaki się urodził, ale zawsze trzeba się liczyć z możliwością, że pojawią nam się na drodze istotne wyjątki, jak to jest w przypadku Sulejmana, który nie urodził się po to, by być myślicielem, ale nie miał innego wyjścia (…).”[3]

Słoń to zwierzę symboliczne, postrzegane jako znak szczęścia, radości i powodzenia. Jest więc wszystkim tym czego brakuje każdemu z nas. Jak wyznaje narrator:

„Nie co dzień pojawia się słoń w naszym życiu.”[4]

Należy zatem bez mrugnięcia okiem cieszyć się tym co daje nam los. Według tej zasady zachowywali się wszyscy ci, którzy niespełna pięćset lat temu mieli okazję zetknąć się ze słoniem indyjskim z ponurą aprobatą maszerującym przez Europę Środkową. Każdy darzył go ogromnym, choć krótkotrwałym szacunkiem, ani razu nie spotkał się podczas swej podróży z nienawiścią i agresją. Wielu odbierało go jako istotę nadnaturalną, obdarzoną zdolnościami jakie były nieosiągalne na ziemi dla przeciętnych jednostek. Nawet osoba prowadząca narrację przyznaje, że „rządził się zasadami, które nie mieściły się w żadnym znanym kodeksie moralnym”[5]. Bardzo ważny i występujący ze znaczną częstotliwością jest tutaj wątek stosunku człowieka do zwierząt, który opisywany z perspektywy wieku XVI nieznacznie różni się od tego co prezentuje nasza cywilizacja w XXI stuleciu. Według autora słoń musi być zwierzęciem obdarzonym niezwykłą cierpliwością, gdyż wielokrotnie znosi bez sprzeciwu wiele szykan ze strony ludzi. Przejawia się to między innymi podczas polowania, gdy zwierzę ścigane jest w celu zabicia i zabrania mu drogocennej kości słoniowej.

Także ukształtowanie tej powieści wymaga szczególnego zainteresowania. Narrator (kreowany jako uczestnik wyprawy) robi wszystko, aby w umyśle odbiorcy stworzyć wrażenie współuczestnictwa w podróży i współautorstwa całej opowieści, co czynione jest na przykład za pomocą tego typu sformułowań:

„Zmęczeni długim marszem przybyliśmy (…).”[6], „Wszak nikt by tego nie powiedział, a na pewno nie my, którzy tu jesteśmy.”[7]

Skromny autor jest przekonany o niedoskonałościach własnego warsztatu. Między innymi według niego jest to zauważalne przy opisach pejzażu, których piękno może zostać w pełni docenione tylko za pomocą fotografii lub malarstwa:

„Prawda, gdybyśmy chcieli ją przyjąć w całej jej surowości, jest taka, że nie sposób opisać pejzażu słowami. Albo raczej, że jest to możliwe, ale nie warto tego robić. Zadaję pytanie, czy warto pisać słowo góra, skoro nie wiemy, jak góra nazwałaby samą siebie.”[8]

Również czas poczynił pewne spustoszenia w wykorzystywanych przez pisarza źródłach, zniekształcił całą opowieść. Narrator jest jednak świadomy, że korzysta tylko z tego co wtórne i za każdym razem stara się to zaznaczać:

„Nie byliśmy tam, polegamy tylko na przekazach, a kto może wiedzieć, cóż one są warte (…).”[9]

Występuje tutaj także wiele fragmentów, które można potraktować za wskazówki dla czytelników próbujących swoich sił w pisaniu. José Saramago wielokrotnie podkreśla, że podczas przebiegu narracji trzeba nieustannie myśleć o odbiorcy, zastanawiać się czy osoba czytająca napisane przez nas zdania podąży za naszym tokiem myślenia. Narrator zaznacza na przykład:

„Przez te wyjaśnienia, zresztą niezbędne dla zachowania spokoju obecnych i przyszłych czytelników, ominęliśmy (…).”[10]

Niekiedy przybiera to formę bardziej wyrafinowaną, wskazującą na niezwykłe wyczucie autora „Podróży słonia”:

„Uznajemy w tym miejscu, że wyraźnie ironiczny i nonszalancki ton wprowadzany na tych stronach za każdym razem, gdy musimy mówić o austrii i o jej mieszkańcach, był nie tylko agresywny, ale również ewidentnie niesprawiedliwy. Nie, żeby takie były nasze zamiary, już wiemy, że w pisarskiej robocie nierzadko słowo ciągnie słowo tylko dlatego, że razem dobrze brzmią, wielokrotnie w ten sposób zarzucając szacunek na rzecz lekkomyślności, etykę na rzecz estetyki, jeśli mieszczą się w dyskursie takim jak ten, tak uroczyste idee, a do tego jeszcze bez żadnej korzyści dla nikogo.”[11]

Dominantą całej książki jest satyra, wisielczy humor i wszechobecna ironia. Sztuczny dramatyzm w wielu przypadkach wywoła zapewne w czytelniku przeczucie obcowania z tekstem wymagającym, opartym na konfrontacji prawdy z konfabulacją. Wiele przykładów tego typu fragmentów możemy odnaleźć w opisie przejścia słonia przez Alpy:

„Wspaniałe to były czasy, w których gdy ktoś spadał, rozbijał się tysiąc metrów poniżej, na dnie doliny już zasłanej żebrami, piszczelami i czaszkami innych równie nieszczęsnych awanturników. To było życie.”[12]

Nie brak tu także aluzji do realiów życia w ówczesnym świecie. Jako, że podróż słonia przypadła na czasy reformacji i ten drażliwy temat musiał zostać w powieści ujęty, oczywiście w sposób satyryczny. Zmuszenie słonia do uklęknięcia przed kościołem, aby podupadająca instytucja mogła chwalić się nastaniem „cudu”, przedstawione jest w iście karykaturalny sposób co doprowadza na przykład do takiej konkluzji:

„ach, lutrze, lutrze, ileż racji miałeś”[13]

W celu podkreślenia absurdalności tego wydarzenia autor konfrontuje je z myślami opiekuna słonia, który zaskoczony jest stosunkiem Europejczyków do religii:

„Zadaje sobie pytanie o to, dlaczego nie przyszło mu do głowy sprzedawać słoniowych włosów, gdy mieszkał w Indiach, i w najgłębszych zakamarkach swojego serduszka czuje, że mimo przesadnego rozmnożenia bogów, podbogów i demonów, które je trapią, znacznie mniej jest przesądów w jego rodzinnych ziemiach niż w tej części cywilizowanej i niebywale chrześcijańskiej Europy, która potrafi w ciemno kupować włos słonia i pobożnie wierzyć w wymysły sprzedawcy. Mieć potrzebę płacenia za własne marzenia, to musi być najgorsza desperacja.”[14]

„Podróż słonia” to powieść niezwykła. Długie, meandryczne zdania, nowatorska interpunkcja i pisownia nazw własnych minuskułą wskazuje na zdecydowanie ponadprzeciętną świadomość twórczą autora. Pełna symboli, wzruszających opisów i uniwersalnych myśli, które mają za zadanie oddziaływać na umysł nie tylko w trakcie lektury.

W ostatnich partiach „Podróży słonia” odnaleźć można takie stwierdzenie:

„(…) ludy iberyjskie bywają zadowolone z byle powodu, są jak dzieci.”[15]

i to ono właśnie oddaje prawdziwy klimat tej pozycji specyficzny ze względu na pełną mistycyzmu otwartość na świat, ludzi i to co otacza samego twórcę.

Autor: Przemysław K.

José Saramago „Podróż słonia”, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2012, s. 210

——————————–

[1] s. 31

[2] Ibid.

[3] s. 197

[4] s. 58

[5] s. 155

[6] s. 231

[7] s. 197

[8] s. 225

[9] s. 227

[10] s 162

[11] s. 165

[12] s. 203 – 204

[13] s. 188

[14] s. 185

[15] s. 236

Każdy z nas jest słoniem

Rasa, płeć, ciało i miejsce, czyli „Nikt nie jest znikąd”

„NN” to powieść awangardowa i z tego powodu nietuzinkowa. Składa się z dwóch części. Pierwsza z nich zatytułowana enigmatycznie „Nikt” wprowadza na scenę tytułowy „rekwizyt”, czyli nikomu nieznanego człowieka o nazwisku Nowak. Zostaje on znaleziony na ulicy przez trzy pozornie przypadkowe osoby prowadzące całkowicie odrębne narracje, dzięki czemu prezentują  własną historię i wersję wydarzeń. Pierwszym przechodniem, inicjującym całą opowieść, jest Artur Kochanowski, który w knajpie przeżywa przegraną ukochanej „Wisełki”. Z powodu halucynacji wywołanych marihuaną „ocknął” się dopiero na ulicy. W trakcie rozmyślań nad tym jak zareaguje jego partnerka na tak późny powrót do domu zauważa na ulicy leżącego mężczyznę:

„Podszedłem, potknąłem się blisko, widać było białe adidasy, kurtkę, rękę… To facet jakiś leży, rany boskie, facet jakiś, bezdomny, ale dlaczego na ulicy? I dlaczego taki wywichnięty…”[1]

Co ciekawe, w kontekście późniejszych zdarzeń, mężczyzna jeszcze oddycha. Za chwilę na miejsce przychodzi Mariola i tajemniczy człowiek mający na sobie „marynarkę z postawionym kołnierzem”[2], który zaraz po zobaczeniu radiowozu w popłochu ucieka. Już w tym momencie pojawia się zakrzywienie rzeczywistości. Gdy „Arti” dzwoni na pogotowie mówi, że jest w Wenecji. Po dotarciu do szpitala znaleziony człowiek umiera, a narrację kontynuuje Mariola. Jest kobietą zagubioną. Jej mąż ją bije, zdradza i nie zwraca uwagi na pogarszający się stan psychiczny małżonki, która wpada w depresję z powodu śmierci ukochanego dziecka, „Damianka”. Pochodzi z najniższej klasy społecznej, pracuje w sklepie spożywczym, a cały wolny czas poświęca na opłakiwanie dawnej straty i tworzenie wpisów na swoim blogu, które zawierają wyidealizowaną wersję jej życia. To właśnie internet pozwala jej na uzewnętrznianie się i ucieczkę od rzeczywistości, której nie ma siły zmienić. Następny w kolejce do zabrania głosu jest Reszka, będącym modelem kombinatora, człowieka szukającego korzyści we wszystkim co go otacza. Jako jednostka pozornie wyzwolona  czynnie uczestniczy w działaniach środowiska „No Name” i oddaje się „omamom”, także wywołanym przez narkotyki. Uciekając przed policją trafia do „Jerzaka”, którego prosi o nocleg. Choć ten odmawia to równocześnie proponuje mu miejsce u swego wujka Franka. I to właśnie starszy człowiek, „rasowy” antysemita staje się kolejnym narratorem. Od razu swego gościa oskarża o „żydostwo” i zgłasza go na policję. Jest jednostką całkowicie odrzucającą to co proponuje jej świat zewnętrzny. Według niego „telewizja łże”, a ludzie tam pracujący to „żydzi” chcący sprowokować świat do agresji i czyniący z siebie społeczeństwo pokrzywdzone przez wszystkich. Pewien ideał prezentowały dla niego czasy PRL-u choć i wtedy „rządziła żydokomuna”. Po tym incydencie rozpoczyna się druga część książki o tytule „Nic”, której narratorem jest wspomniany już tutaj „Jerzak”. Jest on związany z Niną, którą poznał pracując na uniwersytecie. Często chodzą do kina, które jest „fundamentem” ich związku. Uważa siebie za „nikogo”, „Żydogórala”, co nawet stanowi dla niego pewien atut:

„To pułapka podwójnego przeczenia. Nikt jest znikąd. A ja jestem Nikt. Bardzo mi miło (…)”. [3]

Pewnego rodzaju puentą całości jest wyjazd „Jerzaka” i Niny nad morze wraz z przyjaciółmi, czego częściowy opis można odnaleźć w siedmiu odbiegających od normy tworach, które bardzo trudno jest sklasyfikować. Można uznać ten fragment książki za wiersze, fragmenty poematu czy też prozę napisaną dla artystycznego kamuflażu w formie wiersza stychicznego.

Jerzy Franczak to prozaik niezwykły. Już nawet powyższy (celowo nieuporządkowany, jak sama powieść) zarys fabuły wskazuje na szerokie spektrum poruszanych zagadnień w tej pozycji. Zaskakujące zdolności lingwistyczne poskutkowały niepowtarzalnymi stylizacjami – każda z narracji napisana została językiem właściwym dla danej grupy społecznej, z której wywodzi się narrator. Co ciekawe tekst został „wzbogacony” także o charakterystyczne błędy językowe, czy też uproszczenia stosowane w mowie potocznej. Tym samym jest to proza do głębi realistyczna, wręcz krwista (na co wskazuje między innymi bezpardonowe wykorzystywanie wulgaryzmów). Każda z części opatrzona została pewnego rodzaju mottem zaczerpniętym z internetu, co także wskazuje na dalekosiężne inspiracje codziennością. Choć w swojej najnowszej książce autor prezentuje poglądy różnych środowisk to możemy wyróżnić kilka wspólnych cech, które pośrednio łączą bohaterów za pomocą mobilizacji słów. Wszystko to co ich określa, to co ich definiuje, jest na zewnątrz ukryte. Pojawia się tylko i wyłącznie za pomocą prozy. Nieudolnie dokonują na sobie osobliwych zabiegów, takich jak autocenzura i samookaleczenie, które zamiast odciągnąć ich od tego co przeszłe i złe wciąż skłania do kontaktu ze znienawidzonym banałem codzienności. Główną osią narracji są wszechobecne stereotypy, które pokazują jak niewiele potrzeba, aby złamać człowieka będącego tylko w naszej wyobraźni na jednym z najwyższych stopni drabiny bytów. Jak nieustannie podkreśla autor – antropocentryzm już dawno wpadł w przepaść zapomnienia, teraz czas na wyzbycie się swych uprzedzeń. Celem nadrzędnym tej pozycji jest uświadomienie czytelnikowi, że jego walka z codziennością jest pozbawiona celu, jest utratą własnego „Ja”, tego co czyni go istotą rozumną.

Jerzy Franczak na pierwszy rzut oka dotarł do samych granic prozy, zarówno pod względem formy jak i fabuły. Choć jest jeszcze wiele do odkrycia to „NN” jest niewątpliwie krokiem milowym w abstrakcyjny świat literackich kolaży.

Autor: Przemysław K.

Jerzy Franczak „NN”, Korporacja Ha!art, Kraków 2012, s. 176

——————————–

[1] s. 18

[2] s. 20

[3] s. 113

Cytat zawarty w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 113.

Rasa, płeć, ciało i miejsce, czyli „Nikt nie jest znikąd”

Nasycenie, czyli wszystko to co nieosiągalne

Maciej Niemiec (1953-2012) to odważny i uważny obserwator świata w jego abstrakcyjnym wymiarze, artysta prawdziwie współczesny, wciąż skupiający się na kondycji współczesnego człowieka. Jego najnowszy, pośmiertny tom o znamiennym tytule „Stan nasycenia” jedynie to potwierdza. Jego krytycyzm w tym przypadku operuje kontrastem będącym wynikiem skonfrontowania stanu jawy z konwencją oniryzmu. Zaprezentowane tutaj wiersze są zatem dowodem na to, że różnorodny wybór form utworów gwarantuje ewokowanie znaczeń uniwersalnych i dotąd rzadko spotykanych we współczesnej poezji. Czytelnik odnajdzie także w tym tomie cztery przekłady autora z języka francuskiego, są to wiersze Paula Eluarda („Wiem to i ty wiesz”), Charlesa Baudelaire’a  („Odwracalność”) oraz Michela Deguy („Przedczyściec”, ***«Cień pomiędzy cieniami»). Te teksty natomiast wskazują na ogromne podobieństwo światopoglądu polskiego poety z tym co w swych twórczych dokonaniach prezentują Francuzi. Warto zatem przeanalizować główne stany pośrednie tytułowego „nasycenia”. W wykreowanym przez autora świecie wyrazy złości (przekleństwa) bardzo szybko nikną, ulegają autodestrukcji, nie ingerują w rzeczywistość. Natomiast nie tylko nazwy (pewnego rodzaju punkty odniesienia) są nośnikami wspomnień, także ich nieodczuwalny brak wskazuje na pewne wydarzenia. Wszystko to co nieskończone jest sprawiedliwe, a każdy czyn „określa” człowieka. Tytułowy „stan nasycenia”, według autora, na pewno istnieje, jest powtarzalną równowagą. Śmierć karmi się tylko losem człowieka, nie interesuje jej jego życie. Jedynym stałym, niezmiennym elementem egzystencji jest literatura, zaś miłość nie jest możliwa, osiągalna. Sny są „strzępkami opowiadań tych, którzy nie przeżyli”[1] zetknięcia z miłością. Człowiek, choć bardzo tego pragnie, to nigdy nie osiągnie stanu równowagi, czyli tytułowego „nasycenia”. Wszystko to co przyszłe jest „wyczerpane”. Nawet stratę można utracić i tylko to jest najpewniejsze. Poeta stara się dookreślić pojęcia czysto abstrakcyjne, np. czas jest dla niego „niepewną pewnością co do istnienia świata” [2]. Poranek kończy porę dnia, w której można udawać, noc natomiast tylko czyha, aby zniewolić człowieka. Wyrzeczenie się czegoś nie wyklucza pragnienia tego. Dotyk i myśl są ze sobą ściśle sprzężone. Czasem, który przedstawiany jest jako istota mięsożerna, według autora, można się zaopiekować. Bez moralności nasze życie byłoby zniewoleniem, a wolność obrazą. W świecie wykreowanym kłamstwo pragnie być klasyfikowane jako wyobraźnia. Emocje potrafią zmusić myśl do „powiedzenia” prawdy. Wszyscy są dziećmi Boga. Ciało, podatne na zniszczenie, nie może być schronieniem, gdyż człowiek nie posiada o nim wystarczającej wiedzy. Istota ludzka nie ma wyboru, musi istnieć. Bogowie są samotni. We współczesności ważne jest, aby nie „odczuwać”, nie „wiedzieć” i nie „myśleć”. Autor przekazuje także, za pośrednictwem swych utworów, wskazówki dla adeptów poezji: „Jeśli chcesz, by wiersz przeżył ciebie, mów”[3]. Światło wszystko weryfikuje, lecz w nocy (w ciemności) bez problemu można uznawać, że „niczego nie ma”[4]. Pamięć tych wierszy jest bardzo niedokładna. Wszystko to co znajduje się blisko podmiotu poznającego bezsprzecznie musi istnieć. Poetę zastanawiają przeróżne, często sprzeczne, kategorie estetyczne, np. brzydota (jeżeli w wierszu pojawia się diament to zawsze jest on zarówno zakurzony jak i olśniewający), jeżeli podmiot liryczny widzi „piękne i czerwone” czereśnie to równocześnie są one „gnijące”. Maciej Niemiec w swych utworach nie „myśli” o tym co będzie po śmierci, interesuje go przede wszystkim sam akt umierania: pyta sam siebie o to gdzie umrze i w jakim towarzystwie. W jego świecie paradoks wymaga niezrównoważenia, a chwila potrzebuje stałości, aby zaistnieć. Walka ze śmiercią jest także walką z życiem. Obecna cywilizacja chce wszystkiemu zapobiec. Bohater tych wierszy swoje „niedokonane” życie przyrównuje do egzystencji Norwida, któremu w tym tomie „wybacza”. Dla autora sztuka jest powiązaniem irracjonalnych marzeń i realnej wiedzy. Wizualne konfrontacje Andy’ego Warhola postrzega jako „pogrzeb porównania”[5]. Autor także posługuje się tego typu technikami – kota konfrontuje z tekstem, który według niego „lubi być głaskany”[6]. Utwór literacki jest dla niego bólem, chorobą codzienności, który tak samo jak kot nie może oczekiwać na uzdrowienie. Nawet nieistnienie może być „hałaśliwe”. Wszystko to co brzydnie nie powinno istnieć, a wszystko to co istnieje jest piękne. Maciej Niemiec skupia się na obecnych problemach, nawet na „kryzysie” finansowym. Co ciekawe podaje nawet rady jak można z nim walczyć, jedna z nich brzmi: „Codzienne mycie naczyń oduczy cię rozpaczy”[7]. Czas w ujęciu indywidualnym jest dla niego czymś nieprzygotowanym do życia. Wyobraża go sobie jako kogoś „kto wyszedł na ulicę w piżamie”[8]. Podmiot liryczny wierszy równocześnie z lekturą książek Henri Bergsona oczekuje nadejścia „dyktatora”. Ludzi nazywa „armią”, która jest „rozproszona po całym świecie”[9] z powodu bliżej nie określonej „klęski”, wywołującej instynktowny strach. Paryż kreowany jest na utopię. Według podmiotu lirycznego jednego z wierszy: „Jest tu wszystko, o czym mógłbyś pomyśleć – gdybyś zechciał”[10]. Jest to miasto zmienne, bez tajemnic, pełne „kulturalnych” oszustów. Jak widać poezja Macieja Niemca to surrealistyczny miraż, kolaż wrażeń i zdarzeń codzienności. Na szczęście jego świat jest jedynie rzeczywistością równoległą, w której wszystko kiedyś wraca na swoje miejsce.

Autor: Przemysław K.

Maciej Niemiec „Stan nasycenia. Wiersze i kilka przekładów z lat 1996-2010”, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2012, s. 120

——————————–

[1] s. 34

[2] s. 39

[3] s. 59

[4] s. 60

[5] s. 83

[6] s. 94

[7] s. 100

[8] ibid.

[9] s. 103

[10] s. 105

Nasycenie, czyli wszystko to co nieosiągalne

Sentymentalne podróże zaciemnione przez chmury historii

„Gołębie wzlatują” to druga powieść Melindy Nadj Abonji, która została opublikowana w 2010 roku i w niedługim czasie otrzymała dwie najważniejsze nagrody dla książek niemieckojęzycznych: Deutscher Buchpreis i Schweizer Buchpreis. Wybrana przez pisarkę tematyka wskazuje na silny autotematyzm tej powieści będącej w rzeczywistości opisem zmagań z podziałami zarówno terytorialnymi jak i mentalnymi. Autorka ta urodziła się w małym miasteczku Bečej w Serbii, a jej rodzina należała do węgierskiej mniejszości w prowincji Wojwodina. Już w wieku pięciu lat wyjechała wraz z rodzicami do Szwajcarii. Podobny los spotkał główną bohaterkę opisywanej pozycji. Całość rozpoczyna się opisem jej przyjazdu na serbską prowincję, gdzie próbuje odnaleźć początek swej historii rodzinnej. Ildikó Kocsis uważa, że jej ojczyzna nie powinna się zmieniać. „Obchód” (wykonany zaraz po przyjeździe) miał utwierdzić ją w przekonaniu, że nadal ma coś wspólnego z krajem swoich przodków, którzy w praktyce byli jej zupełnie obcy. Narracją, która składa się z kaskadowo następujących po sobie długich, meandrycznych zdań, kieruje dorastająca dziewczynka wraz ze swoją siostrą Nomi, z którą poznaje świat, walczy z historią swojego narodu i decyzjami rodziców.

Do miejsca, w którym zaczęła się ich historia przyjeżdżają tylko okazyjnie: na pogrzeby i śluby członków rodziny nadal pozostających w niegościnnej ojczyźnie. Jako, że jest to powieść typowo XXI-wieczna życie bohaterów zostało całkowicie zdeterminowane przez historię. Ojciec Ildikó próbuje nieustannie uwolnić się od koszmarnej przeszłości oraz od zniszczonego przez komunizm życia. Pozycja ta dowodzi, że życie na Bałkanach jest jednym wielkim koszmarem pokoleniowym. Jedynym połowicznym ratunkiem od mentalnej destrukcji jest ucieczka, emigracja, która w rozumieniu ludności państw jugosłowiańskich jest niewyobrażalną nadzieją na odrodzenie. Na początku wyjeżdżają tylko rodzice, aby zapewnić dzieciom dobry początek w nowej, całkowicie odmiennej i obcej kulturze. Na nowo w nieprzyjaznej dla przyjezdnych rzeczywistości organizują swoje życie: pracują dorywczo, następnie prowadzą pralnię i kafeterię. Rodzina Kocsis jest przekonana, że teraz żyje „we właściwym systemie” choć wiedzą, iż w każdej chwili mogą zostać wyrzuceni z „utopijnego” kraju, a przez rodzimych obywateli często są szykanowani i nazywani „jugolami”.

Gdy Ildikó i Nomi dorastają poznają całkowicie odmienną kulturę, czynnie uczestniczą w akcjach organizowanych przez środowiska pacyfistyczne. Słuchają punkowej, alternatywnej muzyki. Palą marihuanę. W przeciwieństwie do swoich przodków czują się zupełnie wolne, pozornie nic ich nie ogranicza. Bez problemu odnajdują się w sztuce całkowicie niezrozumiałej dla swoich rodziców. Gdy przebywają wśród squatersów są przekonane, że to anarchia jest najlepszym rozwiązaniem dla współczesnych społeczeństw. Śledzenie za pośrednictwem mediów rozwoju konfliktu bałkańskiego jedynie to potęguje. Równocześnie jednak nie chcą być postrzegane jako ktoś obcy, ktoś „stamtąd”. Nie rozumieją osób, które nieustannie okazują im swoją całkowicie bezpodstawną nienawiść. Choć za pomocą głosowania większość obywateli wyraziło zgodę na przyznanie im obywatelstwa to niektórzy wciąż ich nie zaakceptowali.

Przekonanie, że w tak małym miasteczku są ludzie, którzy czują do nich skrajną niechęć jest dla nich bardzo przytłaczająca, wywołuje strach i melancholię. Dzięki temu coraz lepiej poznają prawa rządzące światem. Wiedzą, że rozrastanie się „cywilizowanych” społeczeństw nie jest tożsame z poprawą ich pojmowania moralności. Ildikó jest przekonana, że nie może „odsunąć rzeczywistości”, zawsze pozostanie kimś obcym. Rodzice, wychowani bardzo tradycyjnie, wierzą natomiast, że jedynie ciężką pracą można zapracować na szacunek. Mają świadomość tego, że jako mniejszość zawsze będą obywatelami drugiej kategorii: „(…) nie wolno się odwracać, kiedy człowiek odchodzi, opuszcza ojczyznę, zdecydowanym krokiem naprzód, trzeba być gotowym przyjąć wszystko, co nadejdzie (…)” [2]. Zawsze koncentrowali się nad tym, aby ich córki „miały lepiej”, lecz jak się okazało one tego nie pragnęły. Chciały żyć w prostym świecie, bez pozorów zamożności. Na jakiekolwiek przejawy niechęci wobec nich (powoli przeradzającej się w akty wandalizmu) chciały reagować jak najbardziej konsekwentnie: „(…) jeśli nie będziemy się bronić, jeśli przynajmniej nie spróbujemy czegoś zrobić, to będziemy nikim (…)” [3] co spotkało się z ogromnym niezrozumieniem u rodziców.

„Gołębie wzlatują” to powieść wielowymiarowa. Główna bohaterka jako jedna z tytułowych gołębi została wbrew własnej woli pozbawiona ojczyzny i wręcz wtłoczona w ramy świata tylko przypadkowo odpowiadającego jej światopoglądowi. Jest to jedna z wielu książek pokazująca, że życie w świecie pozornie cywilizowanym, nieustannie do czegoś dążącym, nie jest usłane różami. Choć wszyscy uznają siebie za ludzi otwartych to wciąż bez mrugnięcia okiem zadają innym ból pokazując im, że są czymś gorszym, niezasługującym na koegzystencję z „rasą wyższą”. I to właśnie jest główne przesłanie tej pozycji. W świecie pełnym półprawd ma nam uświadomić, że wiele podziałów jest całkowitą fikcją, a wszelkie możliwe sztucznie wykreowane linie demarkacyjne są jedynie próbą oddzielenia od siebie prawdy o nas samych.

Autor: Przemysław K.

Melinda Nadj Abonji „Gołębie wzlatują”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012, s. 264

——————————————

[1] s. 51

[2] s. 215

[3] ibid.

Sentymentalne podróże zaciemnione przez chmury historii

Obcokrajowiec we własnym kraju

„Obcy w domu” to druga wydana w Polsce książka Radży Shehadeha, który w ubiegłym roku dzięki „Palestyńskim wędrówkom” znalazł się w finale Nagrody imienia Ryszarda Kapuścińskiego. Tym samym polski czytelnik ma okazję do zmierzenia się z opowieścią autobiograficzną i z tego powodu wielowymiarową. Już zamieszczone na początku kalendarium, które zawiera najważniejsze daty z najnowszej historii Izraela i Palestyny, może uświadomić odbiorcy z jakiego typu książką obcuje. Głównym bowiem wątkiem, eksplorowanym przez autora na wszelkie możliwe sposoby, jest opis zmagań ludzi ze stale zmieniającą się rzeczywistością polityczną i wyrokami bezlitosnej historii. W tym wypadku Shehadeh bardzo ciekawie podchodzi do tego zagadnienia. W swoich zapiskach zwraca przede wszystkim uwagę na chronologię wydarzeń i ciągłość tematyczną. Rodzina pisarza mieszka w Ramallah, jednak całe wcześniejsze życie spędziła w Jafie, skąd w trakcie wojny domowej zostali wyrzuceni przez Żydów. Opuszczone miasto za sprawą opowieści rodziców i babci zostało wykreowane w umyśle dziecka na miasto snów i niespełnionych marzeń, zaś Ramallah wydawało się mu „burą, zimną, zacofaną mieściną, gdzie nic się nie działo” [1]. Stale przypominano mu, że został stworzony do „lepszego życia” czego konsekwencją było jego przekonanie o tym, iż gdyby jego przodkowie nie opuścili Jafy jego życie potoczyłoby się całkowicie inaczej. Wszyscy inni członkowie rodziny wciąż naiwnie tęsknili za utraconym życiem i mieli nadzieję na bardzo szybkie zakończenie okupacji i szybki powrót w ukochane strony. Ubiegający czas bardzo szybko konfrontował te marzenia z brutalną rzeczywistością. Gdy po dwudziestu latach ojciec autora przyjechał do wyidealizowanej mentalnie Jafy okazało się, że miasto to już nie istniało, zostało doszczętnie zniszczone i zapomniane. Światła, obserwowane każdej nocy i mające świadczyć o rosnącej potędze utraconego miejsca, były tak naprawdę światłami Tel Awiwu, który wcześniej był zaledwie przedmieściem Jafy. Teraz role się odwróciły. Ukochane przez rodzinę Shehadehów miasto było „martwym przedmieściem tętniącej życiem metropolii.”[2]. Z tego powodu dorastający Radża czuł się bardzo zagubiony, nie rozumiał stale zmieniającej się sytuacji rodzinnej. Egzystencję w Ramallach postrzegał jako namiastkę prawdziwego życia w mieście marzeń.

Kolejnym czynnikiem, który zdeterminował dalszą egzystencję autora i jego karierę literacką był spór z ojcem obdarzonym ogromną charyzmą, którego postrzegał jako wizjonera a nie polityka. Poza tym bezskutecznie oczekiwał od rodzica pomocy w dojrzewaniu (czego symbolem stała się maszynka do golenia), nie rozumiał dlaczego ojciec, którego postrzegał jako swój największy autorytet i darzył go niesłabnącym szacunkiem, nie chce zaakceptować jego zainteresowań. Dopiero drastycznie zakończona miłość z Carol uświadomiła mu, że może jeszcze w życiu natrafić na osoby, które będą w podobny sposób odbierać rzeczywistość a on będzie mógł skonfrontować z nimi swe wyobrażenia o świecie. Natomiast studia na Uniwersytecie Amerykańskim w Bejrucie pokazały mu, że we współczesności każdy musi mieć jakieś poglądy polityczne co wielokrotnie prowadziło do nieprzyjemnych awantur i protestów. W pewnym stopniu ten etap życia odtrącił go od polityki, z którą jego ojciec był nierozerwalnie związany. Następnie, przeniesienie się do Londynu na prawo, można odebrać za podporządkowanie się ojcu, który także był prawnikiem i oczekiwał od syna kontunuowania tradycji. Wyjazd do Indii, gdzie Radża spotkał się z przeróżnymi orientalnymi praktykami kształtowania własnej osobowości, uświadomił mu, iż jedynym ratunkiem od bycia drugim wcieleniem ojca jest wewnętrzne poznanie samego siebie, za pomocą umysłu. Pojawia się też tutaj bardzo wiele wspomnianych powyżej wątków historycznych i socjologicznych – Izrael poprzez swą despotyczną politykę osadniczą zabierał ziemię Palestyńczykom, całkowicie ignorował ich prawa. Podróż do Stanów Zjednoczonych pokazała Radży Shehadehowi, iż żyje w bardzo hermetycznym i toksycznym społeczeństwie, nie potrafiącym walczyć o to co mu się jawnie należy. Wyrazem jego sprzeciwu było założenie fundacji walczącej o prawa człowieka Al-Hak (Prawda), która była wielokrotnie szykanowana przez władzę. Postępowanie to jednak nie podniosło rangi syna w oczach ojca. Wszystkie wcześniejsze niepowodzenia doprowadziły w rezultacie do ogromnej depresji i zniechęcenia do życia z powodu zamordowania Aziza Shehadeha, który od zawsze (jako pacyfista, czynny orędownik pojednania palestyńsko-żydowskiego i prawnik walczący o przestrzeganie obowiązujących ustaw) „przeszkadzał” swymi działaniami wielu wpływowym ludziom. Złożyła się także na to bezradność wobec policji, która mordercę (kolaborującego z okupantem) starała się jak najlepiej chronić przed wymiarem sprawiedliwości. Na szczęście, jak wyznaje autor, to właśnie pisanie „Obcego w domu” uratowało go przed „duchową śmiercią”.

Książka ta pomimo tego, iż ukierunkowana jest na autotematyzm, wydaje się być pozycją bardzo ważną ze względu na konieczne poszerzenie wiedzy Europejczyków o tym co zrodziło widoczny do dzisiejszego dnia konflikt izraelsko-palestyński. Jest to tym wyraźniejsze gdy na zawartą w niej opowieść spojrzymy przez pryzmat psychologiczny. Niewyobrażalnie trudna jest sytuacja młodego człowieka, który został wychowany w przeświadczeniu o własnej ponadprzeciętnej wartości, co zostało bardzo szybko zniwelowane przez bezmyślne decyzje rządzących, niemożliwe do zlikwidowania stereotypy i rasizm kulturowy. Należy mieć na uwadze, że książka ta jest przede wszystkim powieścią autobiograficzną i dziennikiem osoby, która wielokrotnie podejmuje decyzje niezrozumiałe dla osób mieszkających w innej części świata. Radża Shehadeh kładzie ogromny nacisk na spójność własnych rozważań i przekazywanie faktów, co czyni tę pozycję wartą przeczytania. Wstrząsające przeżycia dziecka, które niepostrzeżenie stało się dojrzałym człowiekiem i przede wszystkim pisarzem, skrzętnie odnotowującym kolejne zakłócenia w otaczającej go rzeczywistości, w której ludzie ulegają kryzysom moralnym. „Obcy w domu” to prozatorska rubryka strat i nielicznych zysków uzupełniona o opis niezliczonych porażek i nieszczęść.

Autor: Przemysław K.

Raja Shehadeh „Obcy w domu”, wydawnictwo Karakter, Kraków 2012, s. 344

——————————————

[1] s.21

[2] s. 101

Obcokrajowiec we własnym kraju