Połączenie analitycznego egzystencjalizmu i portretu anarchistycznej idylli…

Skutek? Arcydzieło!

„Dzieciństwo Jezusa” to kolejna ekscytująca powieść Johna Maxwella Coetzeego. W pewnym sensie kontrowersyjny tytuł tej książki staje się bardzo ważny w późniejszym odczytywaniu przeczytanego tekstu. Czytelnik, będący zapewne zaznajomiony z historią rodziny z Nazaretu, wszystkie swoje wyobrażenia na ten temat będzie oczywiście konfrontował z tym co znajdzie w powieści. Jednak, jak się okazuje, żadna z postaci biblijnych nie ma tutaj swojego drugiego pełnego „wcielenia”, wszystko jest całkowitą reinterpretacją, bez żadnego odniesienia w Biblii. Możemy tutaj mówić także o fikcji, lecz jest to także zależne od nastawienia danego czytelnika, gdyż przecież każdy z odbiorców prozy Coetzeego może mieć inny stosunek do chrześcijaństwa. Gdyby nie zauważyć pułapki zastawionej na czytelnika przez autora i w nią po prostu wpaść to można byłoby uznać, iż jest to książka obrazoburcza i jednocześnie twórcza. Odrzucając pewne elementy europejskiego dziedzictwa autor chce zwrócić uwagę czytelników na palące problemy. Najbliższy byłbym uznania tej powieści za manifest własnego światopoglądu niż za racjonalną krytykę biblijnego opisu dziejów Chrystusa.

J. M. Coetzee, twórca od zawsze chętnie wypowiadający się za pomocą literatury na temat największych problemów współczesnych społeczeństw, tym razem za główny temat swej powieści wybrał trudności wynikające z życia uchodźców i imigrantów, którzy z powodu brutalnych wyroków historii zostali zmuszeni do zmiany miejsca bytowania. Fabularne podstawy narracji są w zamierzony sposób „uproszczone”, aby na wyższych poziomach twórczych dokonywać złożonych zabiegów znaczeniowych. Bohaterów, jak to zwykle bywa w tego typu pozornie minimalistycznych utworach, jest niewielu. Dwie główne postaci to pięcioletni chłopiec o imieniu David i jego starszy opiekun Simón. Podczas wędrówki do ośrodka dla uchodźców ich łódź zatonęła, a wraz z nią zaginął list zawieszony na szyi chłopca, w którym prawdopodobnie zawarta była jego historia. Simón (nazywany przez narratora najczęściej „mężczyzną”) postanowił zaopiekować się dzieckiem i pomóc mu w odnalezieniu matki. Dotychczas mieszkali w namiotach na pustyni i przez sześć tygodni uczyli się hiszpańskiego, który miał im umożliwić lepszy start w „nowe życie”. Gdy docierają na miejsce mające być spełnieniem ich marzeń okazuje się, że w nowej rzeczywistości nie istnieją organizacje mające na celu „łączyć ludzi”. Do jedynego wolnego mieszkania, które zostaje im przydzielone, nie ma klucza i Ana (pracownica ośrodka) „pomaga” im w znalezieniu tymczasowego lokum. Ta interesująca postać zaskakuje przede wszystkim swoją postawą wobec ludzi. Choć bez zastanowienia deklaruje możliwość pomocy to później całkowicie ignoruje swych podopiecznych, traktuje ich jak „śmieci” i pozwala im tylko na przenocowanie na podwórku jej domu. Rano mężczyzna trafia do doków, gdzie bez problemu dostaje pracę jako sztauer i od teraz do końca powieści zajmować się będzie rozładowywaniem ziarna. Przychodzi mu to z trudem, lecz ma nadzieję, że z biegiem czasu wprawi się do pracy. Główni bohaterowie powoli aklimatyzują się do wykonywania nowych ról.

Utopijne społeczeństwo, zaprezentowane przez autora, może przypominać teoretyczne założenia socjalizmu. Wszyscy są tutaj pracowici, życzliwi, pomocni i nikt nie zauważa zapewne występujących niedociągnięć w zrealizowanej wizji miasta-ideału. Dopiero rozpoczynający pracę Simón zarabia na tyle dużo, że bez problemu może utrzymać mieszkanie i swego podopiecznego. Wydaje się, że zarobione pieniądze wydawane są tylko na jedzenie, gdyż na przykład nie ma biletów autobusowych a na mecze piłkarskie wchodzi się bez żadnych opłat (wyłączając rozgrywki o mistrzostwo). Każdy musi przyporządkować się obowiązującym zasadom (nota bene, co ciekawe, nie występują w tej powieści żadne symptomy istnienia jakiejś władzy), nowo przybyłym nadawane są nowe imiona a wiek wpisywany jest do dokumentów na podstawie wyglądu. Trudno jest także zdobyć pewne produkty, cała dieta oparta jest na chlebie i wodzie; Simón musi poświęcić bardzo dużo czasu, aby odnaleźć sklepy z potrzebnymi artykułami, znanymi ze wcześniejszego życia. W radiu przekazywane są tylko aktualne lokalne wiadomości, pozostałe części świata są w nich skrzętnie ignorowane. W bibliotece, w której Simón wypożycza dla chłopca „Don Kichota”, jest to jedyna pozycja beletrystyczna, wszystkie inne to poradniki. Jednak najbardziej agresywny w swych działaniach jest „aparat” edukacji, który zmusza „rodziców” Davida do wysłania go do szkoły.

Występuje tu także kontynuacja innych wątków, wykorzystywanych wcześniej przez Coetzeego w innych dziełach, między innymi: problem ojcostwa i macierzyństwa (konflikt pomiędzy Inés a Simónem), wegetarianizmu (mięso świni nazywane jest czymś „nieczystym”), obcowania cielesnego (z czym związane są wszystkie kobiety, które spotyka Simón), konfrontacji wspomnień z chwilą obecną, choroby (zarówno psychicznej jak i fizycznej), tęsknoty, życia w wielkich blokowiskach, dorastania, miejsca zwierząt w świecie czy śmierci.

Wbrew pozorom, co właściwe dla tego autora, jest to powieść bardzo skomplikowana, wręcz polisemiczna. Z trudnymi i uniwersalnymi zagadnieniami jakie podejmuje Coetzee należy się zmierzyć indywidualnie, bez używania soczewek nastawionych pod „odpowiednim” kątem przez innych ludzi. „Dzieciństwo Jezusa” to idealny przykład na wspaniałe skompresowanie znaczeń i wykorzystanie ogromnego wachlarza tematów do wymiarów niepozornej wizualnie książki.

„Oczywiście, że pod okiem Boga nie ma przypadkowych liczb. Ale my nie żyjmy pod okiem Boga. W świecie, w którym żyjemy, istnieją przypadkowe liczby, przypadkowe imiona i przypadkowe zdarzenia, takie jak przypadkowe znalezienie się w samochodzie, którym jadą mężczyzna, kobieta i dziecko imieniem David. Oraz pies. Jaka, pana zdaniem, była sekretna racja ukryta za tym zjawiskiem?” (s. 299)

Autor: Przemysław K.

John Maxwell Coetzee „Dzieciństwo Jezusa”, wydawnictwo Znak, Kraków 2013, s. 304

Połączenie analitycznego egzystencjalizmu i portretu anarchistycznej idylli…

Nawet stal nie pomoże w oczyszczeniu z cierpienia

Lektura „Znieważonych” to moje pierwsze zetknięcie z prozą Sándora Máraiego. Zetknięcie, trzeba rzec, zadziwiająco oszałamiające, pełne zachwytu i podziwu. Mój przykład pokazuje więc, że nie jest konieczne chronologiczne podejście do jego dzieł. Powieść ta jest czwartą częścią cyklu „Dzieło Garrenów” (poprzednie to: „Zbuntowani”, „Zazdrośni” i „Obcy”). Została podzielona na dwie autonomiczne części, odrębne tylko pod względem treściowym i tajemniczo zatytułowane: „Głos” i „Zmiana”.

Całość rozpoczyna się bardzo konkretnie. Już pierwsze zdania wskazują na szczegółowość i specyfikę wybranego przez autora modelu narracji. Okazuje się, że głównym bohaterem został w tym przypadku Peter Garren, który uważa się za obywatela całej Europy, jakby ogromny kontynent podzielony przez polityków za pomocą niezliczonych granic był dla niego jednością, a nie zbieraniną społeczeństw o odmiennych i obcych sobie nawzajem kulturach. Jako pisarz-pragmatyk, wnikliwy obserwator otaczającej go rzeczywistości, od razu składa czytelnikowi odważną i poniekąd naiwną deklarację o tej oto treści: „Chcę tu zapisać samą prawdę”. Pierwsze słowa tekstu właściwego rozwijają wcześniejszą, ascetyczną autocharakterystykę zawartą w przedmowie. Dowiadujemy się, że osobą prowadzącą narrację jest trzydziestosześcioletnim mężczyzną, którego egzystencja została zdeterminowana przez wystąpienie Hitlera, a właściwie przez jego głos ingerujący w „podstawową materię” życia bohatera. Przez całą powieść ani razu nie pada to imię, budzące przecież niewyobrażalny strach w czasach, kiedy niniejsza książka się ukazała, czyli w roku 1947. Jest to więc wyłącznie pewne miejsce „niedookreślenia” pretendujące interpretatorów Máraiego (za pomocą osadzenia fabuły w początkowych latach trzydziestych XX wieku) do dokładniejszego umiejscowienia opowieści w historii Europy. Paryż dla Petera jest „nową ojczyzną”, pochodzi z obcego kraju, którego reminiscencji (jak jest przekonany) na pewno nie odnajdzie w tym mieście miłości. To właśnie stolica Francji wszystkiego go nauczyła. Teraz potrafi spacerować, wspominać, kochać kamienie oraz odczuwać wszystko to co dookoła tętni życiem. Choć żyje w środowisku, które jest przekonane o tym, że „rewolucja jest nieunikniona” to równocześnie, opierając się na swym intelektualistycznym światopoglądzie, szuka sposobów na pacyfistyczne rozwiązanie konfliktów. Głęboko zakorzeniona w ludziach sztuki świadomość nadchodzącego niebezpieczeństwa nie przynosiły w czasach przedwojennych, według Máraiego, żadnych realnych działań, jedynie bezczynne i melancholijne spoglądanie w przyszłość. W powieści tej pojawiają się bardzo odważne refleksje na temat narodowości. Niemcy, zdaniem jednego z bohaterów, są narodem „prawdziwie groźnym”, wręcz „antyeuropejskim”; tylko oni szukają realizacji swej „niemieckości”. Wyartykułowana jest także pewność, że kraj ten przed niczym się nie zatrzyma, jego wyobraźnia, pragnienia i możliwości są bowiem nieograniczone.

Wspaniała książka. Pełna interesujących portretów przeróżnych ludzi związanych ze środowiskiem kultury „znieważonej” XX wieku. Kultura „wysoka” jako element odrzucony przez społeczeństwo stała się za sprawą tej powieści czynnikiem koniecznym do ukazania prawdy o człowieku będącym tylko marionetką własnych żądań wobec życia.

Autor: Przemysław K.

Sándor Márai „Znieważeni”, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2012, s. 216

Nawet stal nie pomoże w oczyszczeniu z cierpienia