Pusty świat pełen przyjaciół

Henry David Thoreau to jeden z najwybitniejszych ascetów, którego myśl filozoficzna odegrała znaczącą rolę w kształtowaniu światopoglądu amerykańskiego społeczeństwa XIX wieku. Skrajny indywidualizm doprowadził go w 1845 roku nad staw Walden, położony w lasach jego rodzinnej miejscowości, gdzie wybudował drewnianą chatę – centrum do snucia głębokich refleksji i rozwijania przełomowych obserwacji otaczającej go natury, z którą wchodził w liczne duchowe interakcje. Choć takie postępowanie w dzisiejszym współczesnym świecie uznalibyśmy za dziwne, to dokonania tego człowieka po dokładniejszej analizie w znacznym stopniu mogą pomóc nam w zrozumieniu otaczającej nas rzeczywistości. W jego ujęciu nawet pogoń za nurem na łódce po jego ukochanym jeziorze, czy na pozór dziecinny opis walki mrówek przyrównywany do walki o Troję, staje się w przedziwny sposób fundamentem do próby odnalezienia miejsca człowieka w naturze, jako świata nigdy dla niego w pełni zrozumiałego. Zaskakujące poczynania tego moralisty w ucieczce od przytłaczającego go społeczeństwa było uznawane, także wśród transcendentalistów (czyli środowiska bardzo mu bliskiego) za zbyt szaleńcze, nawet jak na taki duchowy eksperyment, pomagający sięgnąć w głąb własnej osobowości. Zbiór osiemnastu genialnych esejów zebranych w tomie „Walden, czyli życie w lesie” dokumentuje jego doświadczenia z ponad dwuletniego pobytu w pozornie brutalnej ostoi, gdzie siłą własnych mięśni uprawiał małe poletko, które w zupełności zaspokajało jego nikłe potrzeby życiowe. Autor już na samym początku tymi słowami: „Nie planuję napisać ody do zniechęcenia, lecz będę się przechwalał z takim zapałem jak kogut, który wskoczył rano na grzędę, aby niezwłocznie obudzić sąsiadów.” przygotowuje nas na ogromną dawkę melancholii oraz głosu ostrzegającego czytelników przed nieuchronnym upadkiem naszej cywilizacji, opartej na prawach nie mających odbicia w ludzkiej osobowości.

Jako gorliwy anarchista sprzeciwiał się wszelkiej formie władzy, czego wyraz oddał w swojej drugiej książce – „Obywatelskie nieposłuszeństwo”. Jego rozważania w tej kwestii miały ogromny wpływ na późniejszych twórców takich jak Marcel Proust czy Lew Tołstoj, którzy podzielali jego poglądy w sprawie zniesienia niewolnictwa i handlu ludźmi. Choć przez wiele lat był przeciwny wszelkim stowarzyszeniom w rezultacie związał się ze stosunkowo małym Klubem Transcendentalistów, którego głównym założycielem był Ralph Waldo Emerson – mentor Thoreau, a następnie jego serdeczny przyjaciel. To on ujrzał w nim ogromny potencjał i zachęcił go do zapisywania swych jakże bogatych i uniwersalnych refleksji na temat sytuacji ekonomiczno-społecznej Stanów Zjednoczonych XIX wieku. Bardzo niesprawiedliwe byłoby określenie Thoreau wrogiem społeczeństwa, do czego możemy mieć podstawy po lekturze jego niektórych esejów. Posiadał on ogromny dystans do własnej osoby, jako elementu składowego grupy osób zamieszkujących jego rodzinną miejscowość. Uważał, że jednostka ludzka powinna być bezgranicznie posłuszna i wierna odwiecznym prawom na-tury, jako siły mimowolnie kierującej naszym życiem; czuł się na siłę podporządkowany instytucji państwa, którego idei nie podzielał i chciał się z nią zmierzyć bez względu na niezrozumiałe dla niego konsekwencje. Był zawsze otwarty na spotykanych przypadkowo ludzi, oczekiwał od nich rozmowy i kontaktu, nigdy nie zamykał drzwi swojego domu, czym okazywał gotowość na nawiązanie nowych znajomości jak i to, że wszystkim w swej dobroci bezgranicznie ufał.

Według jego filozofii człowiek jedynie wtedy może się w pełni rozwinąć, gdy jest samotny i przede wszystkim wolny, a w jego poczynania nie ingeruje żadna władza; jako jeden z pierwszych protestował przeciwko fabrycznemu systemowi pracy, który niszczy ludzki indywidualizm w dążeniu do celu i odkrycia własnego „ja”. Pierwszy esej zatytułowany „Gospodarstwo” jest osobliwym usprawiedliwieniem, jakie ten transcendentalista kieruje do czytelnika. Uzasadnia w nim swoje postępowanie licznymi anegdotami wraz z opowieścią o bu-dowie domu uzupełnioną o chorobliwie szczegółowy kosztorys całego przedsięwzięcia. Twórca ten zwraca naszą uwagę na to jak mało nam, ludziom, potrzeba, aby zachować swą wewnętrzną siłę i zdrowie, czego daje wyraz między innymi tymi słowami, chyba najbardziej podkreślającymi jego stosunek do współczesnego mu świata: „Czy zawsze mamy się zastanawiać, jak zdobyć więcej, zamiast cieszyć się niekiedy tym, co posiadamy, nawet jeśli po-siadamy mniej?”. Traktował pracę jako rozrywkę, a nie smutny, codzienny obowiązek. Dzięki temu mógł udowodnić na własnym przykładzie, że jednostka nie musi żyć w dużym społeczeństwie, aby przeżyć. Wbrew pozorom przeprowadzając się nad jezioro Thoreau chciał dosięgnąć sedna swej egzystencji, wyodrębnić jej kwintesencję i sens, pozbyć się wszelkich jej niepotrzebnych elementów, które komplikują prawdę o nas samych. Choć jego postępowanie jest ekscentryczne to tak naprawdę wiele przemawia za tym, że życie jakie wybrał idealnie odpowiadało jego naturze i wewnętrznym przekonaniom, co powinno być celem nadrzędnym każdego z nas.

Interesującą rolę odgrywa tu bardzo ciekawie zastosowany kontrast, dzięki któremu nawet bardzo uważny czytelnik może czuć się zagubiony. Idealnym tego przykładem są dwa kluczowe rozdziały tej książki: „Samotność” oraz „Goście”. W pierwszym z nich czytamy, że idealnym towarzystwem dla człowieka jest samotność, co samo w sobie jest zbyt trudne do zrozumienia bez poznania na pozór złożonej filozofii tego transcendentalisty, dochodzącego w rezultacie do ironicznego wniosku, że nawet będąc samotnym nadal jesteśmy otoczeni przez wiele istot na których istnienie mimowolnie często nie zwracamy uwagi. Zaś podczas lektury drugiego eseju trudno uniknąć przekonania, że Thoreau w głębi duszy odczuwał brak obecności kogoś bliskiego, choć w zupełności czuł się zespolony z naturą (pisaną zawsze dużą literą), którą obdarzał ogromnym szacunkiem jako nieodłączny element naszego bytowania. Wielu współczesnych odbiorców jego prac nieustannie dochodzi do wniosku, że refleksje osoby żyjącej w tak „odległej” epoce nijak się mają do dzisiejszego świata. Niestety brutalność rad Thoreau idealnie odnosić można także do współczesności, w której bez mrugnięcia okiem niszczymy środowisko naturalne, a – jak stara się nam uświadomić autor opisywanej pozycji – to nie my jesteśmy częścią natury – to ona jest częścią nas.

Słownictwo użyte przez Thoreau jest niezwykle bogate, pozorna melancholia nadaje treści interesującego zabarwienia, dzięki czemu możemy odnieść wrażenie, że autor otwarcie kpi ze społeczeństwa w jakim przyszło mu żyć, jednocześnie gardząc jego powierzchowną interpretacją świata. Opanował do granic możliwości sztukę przekazywania treści perswazyjnych, dzięki czemu czytając „Walden…” mimowolnie wcielamy się w postać tego filozofa biedy, jakim mianem jest niestety wielokrotnie krzywdząco obdarzany przez swych licznych przeciwników; mimowolnie zaczynamy obdarzać go zaufaniem i coraz bardziej wierzymy w słuszność jego wniosków. Jako „chytry” satyryk posługujący się często dwuznacznymi zwrotami nie zaskarbił sobie uznania krytyków, którzy nie umieli zmierzyć się z uniwersalizmem jego myśli. Wielokrotnie wykorzystuje on aluzje historyczno-geograficzne oraz rozbudowaną symbolikę literacką, które byłyby dla nas całkowicie niezrozumiałe bez doskonałego opracowania tego tomu nad którym pracowało wielu czołowych specjalistów twórczości Thoreau, w którego skład wchodził sam Walter Harding. Na szczególną uwagę zasługuje więc również przekład dokonany przez Halinę Cieplińską, która jest jak dotąd jedyną polską tłumaczką tego myśliciela i popularyzatorką jego twórczości w naszym kraju. Była wspierana przez Piotra Sommera, który jako specjalista od anglosaskiej poezji przetłumaczył większość wierszy cytowanych przez filozofa w tych esejach. Ich nieoceniona praca, dzięki której mamy możliwość poznawania w całości tego dzieła, została nagrodzona Pierwszą Nagrodą Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich za 1991 rok.

Sprzedaż „Waldenu…” nie spełniła oczekiwań autora, który przez całe życie imał się przeróżnych zajęć, jako absolwent Harvardu pracował między innymi jako stolarz i nauczyciel, z której to pracy zrezygnował prawdopodobnie dlatego, że był gorliwym przeciwnikiem cielesnego karania swych uczniów. Pomagał również ojcu w fabryce ołówków, gdzie pył grafitowy bardzo przyczynił się do szybkiego rozwoju gruźlicy, która w połączeniu z ciężką pracą i nie zawsze zdrowym trybem życia spowodowała, że zmarł on bardzo młodo bo w wieku czterdziestu czterech lat w swoim ukochanym, rodzinnym miasteczku Concord, z którym związał całą swoją egzystencję.

Henry David Thoreau, „Walden, czyli życie w lesie”, Tłum.  Halina Cieplińska, wydawnictwo REBIS, Warszawa 2011, s. 344

Autor: Przemysław K.

Pusty świat pełen przyjaciół

Obudzeni

Arabska wiosna – temat, który w ostatnim czasie zdominował wszystkie media informacyjne na całym świecie. Temat, który dzisiaj, wraz z powolnym ustawaniem demonstracji, powoli zaczyna odchodzić w niepamięć został nam bez ostrzeżenia przypomniany dzięki pierwszemu w Polsce zbiorowi reportaży opisującego te wydarzenia.

„Mój brat obalił dyktatora” to tom zbierający w sobie czternaście krótkich tekstów szefa działu zagranicznego i redaktora „Rzeczpospolitej”, Aleksandra Kaczorowskiego. Na pierwszy rzut oka najciekawsze (choć w tym kontekście słowo to nie powinno być raczej używane – za wszystkim o czym tutaj przeczytamy kryją się tragedie, których ogrom bardzo trudno pojąć) wydają się te traktujące o początkach tej rewolucji. Wielu zapewne zainteresuje jak to się stało, że w tak krótkim czasie proces ten ogarnął tak wiele krajów.

Jak wiemy wszystko rozpoczęło się w Tunezji, gdzie 17 grudnia 2010 roku sprzedawca uliczny warzyw i owoców, Mohamed Bouazizi, dokonał samospalenia po tym jak „Został spoliczkowany na oczach innych sprzedawców i klientów. I to przez kobietę w mundurze policyjnym” (s. 5). Jak dowiadujemy się z ostatniego tekstu, zamykającego klamrą wszystkie poprzednie, i tutaj nie wszyscy są zgodni co do takiego przebiegu wydarzeń. Policjantka bowiem, gdy wyszła z więzienia oczyszczona z zarzutów, postanowiła ujawnić swoją wersję. „Nie spoliczkowała Buaziziego, to on ją chwycił za rękę i zranił, gdy usiłowała go zmusić do opuszczenia placu, gdzie handlował [mężczyzna handlował nielegalnie, wielokrotnie musiał uciekać przed policją – przyp. mój]. Nie śmiałaby spoliczkować mężczyzny, to w konserwatywnym arabskim środowisku niemożliwe, mówiła, choć przecież tę wersję rozpowszechniały też znające realia media tunezyjskie.” (s. 156). Mężczyzna zmarł osiemnaście dni po tym jak się podpalił. Z opisu jaki przeczytamy w tej książce trudno wyobrazić sobie jego sytuację, która zmusiła go do tak drastycznego w skutkach czynu. Żył w mieście gdzie bardzo trudno było zdobyć pracę, bezrobocie wynosiło ponad trzydzieści procent, a jego podania o pracę były notorycznie ignorowane. Zarabiał około stu pięćdziesięciu dolarów miesięcznie, z których musiał utrzymać swoją rodzinę (matkę i pięcioro rodzeństwa). Wielu również poważało go za to, iż biednym rodzinom dostarczał za darmo owoce i warzywa. Wielokrotnie był prześladowany, regularnie konfiskowano jego majątek i towar przeznaczony na sprzedaż.

W drugim tekście autor porusza problem Koptów, którzy są rdzennymi potomkami dawnych Egipcjan, mieszkających na terenie Egiptu jeszcze przed najazdami muzułmańskimi. Teoretycznie ludzie ci mają te same prawa co wyznawcy islamu, jednak praktyka pokazuje, że nikt nie kryje się z ich prześladowaniem, w których główne skrzypce odgrywa Stowarzyszenie Braci Muzułmanów. Ludzie z tej organizacji deklarując wolność wyznania wszystkich obywateli jednocześnie przypominają, że według konstytucji islam jest religią państwową. „Egipt to najważniejszy kraj arabski, dumny z faraonów i jednej z najstarszych cywilizacji. To kuźnia idei świata arabskiego, stąd pochodzą i fundamentalizm, i nacjonalizm arabski. (…) To tutaj powstają filmy, oglądane przez Arabów od Kuwejtu po Maroko. Tu żył jedyny arabski laureat literackiej Nagrody Nobla Nadżib Mahfuz.” (s. 26) I tutaj ludzie postanowili sprzeciwić się władzy. 15 lutego rozpoczęły się protesty, które następnie przerodziły się w wojnę domową. A dzisiaj, po obaleniu rządzącego czterdzieści dwa lata dyktatora, władza przeżywa swoją transformację, a nam wypada tylko życzyć im jak najlepiej i w miarę możliwości pomóc.

Najbardziej jednak poruszył mnie reportaż traktujący o hymnie rewolucji libijskiej, który z czasem stał się pieśnią wolności dla wszystkich poruszonych rewolucją krajów arabskich, a Radio wolna Libia transmitowało go w przerwach pomiędzy wiadomościami z frontu. Autorem utworu „Saufa nabka huna” jest Adel El Mshaiti, który „napisał ją w 2005 roku na zakończenie studiów medycznych w Trypolisie.” (s. 39). To wspaniałe jak wielu wykształconych młodych ludzi, chcących pracować i zakładać rodziny, walczy o przyszłość swoją i swoich dzieci. Niekiedy jednak taka walka może przerodzić się w religijny fanatyzm. Jerzy Haszczyński porusza także temat Umara Faruka Abdulmutallaba, który współpracując z Al-Kaidą chciał odpalić bombę na samolocie lecącym z Amsterdamu do Detroit w Boże Narodzenie 2009 roku. Na szczęście zamiar ten się nie powiódł, a  młodzieniec 12 lutego 2012 roku został skazany na dożywocie.

Jednak najwięcej uwagi autor poświęca sytuacji w Strefie Gazy, która nie jest uważana ani za część jakiegoś kraju, ani za odrębne państwo. Obszar ten jest bardzo niewielki: ma jedynie 360 kilometrów kwadratowych, jego długość wynosi 41 kilometrów, a szerokość od 6 do 12 kilometrów. Pozostaje zależny od Autonomii Palestyńskiej i Izraela, kontrolującego przestrzeń morsko-powietrzną. W rzeczywistości jednak rzeczywistą władzę sprawuje radykalna islamska organizacja Hamas (zwana także Islamskim Ruchem Oporu) chcąca stworzyć państwo, które miałoby istnieć aż od Morza Śródziemnego po rzekę Jordan. Za swojego największego wroga uważają Izrael. I w tym przypadku Aleksander Kaczorowski nie waha się przytoczyć wypowiedzi jednego z napotkanych tam ludzi: „Z naszymi sąsiadami, zazwyczaj muzułmanami, żyjemy jak bracia. Między nami nic się nie zmieniło, ale gdzieś dalej rzadko wychodzimy. Jak już możemy, to żona zakłada na głowę chustę, której przed nastaniem Hamasu nigdy nie nosiła – opowiada gospodarz, łysawy, zgarbiony czterdziestokilkulatek. Prosi, by nie podawać nawet jego imienia. Są prawosławni. Poza nim i żoną cala jego rodzina wyjechała z Gazy na Zachodni Brzeg Jordanu. Stamtąd od palestyńskiej administracji uznawanej przez Zachód dostają pieniądze na przeżycie, bo pracę w urzędach porzucili, gdy Hamas doszedł do władzy. Rządzi niepodzielnie od ponad trzech lat, choć rządów tych nie uznają świat zachodni i jego sojusznicy.” (s. 87-88)

Z tych wszystkich wzruszających, a niekiedy przerażających reportaży, których główną osią tematyczną jest walka o wolność, wyłania się jeszcze jeden aspekt, aspekt kulturowy. Pokazuje nam to, jak obecnie skomplikowana jest sytuacja w krajach arabskich. Wiele jeszcze musi się zmienić, aby w tej cywilizacji prawa mężczyzn zostały zrównane z prawami kobiet, nieustannie uświadamianych o swojej niższości. Największym problemem jest ich ubiór. Według tradycji islamu niektóre części ciała kobiet nie mogą być widoczne dla nikogo oprócz danej osoby i jej współmałżonka –  niezakryte powinny pozostawać tylko dłonie i twarz.

Autor: Przemysław K.

Jerzy Haszczyński „Mój brat obalił dyktatora”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012, s. 192

Obudzeni

Schody pamięci

Melancholijne plamy fragmentarycznej pamięci uzupełnione o opowieści żyjących przodków i współczesne opracowania historyczne – to wszystko pomogło Aleksandrowi Kaczorowskiemu w pracy nad trzema wspaniałymi esejami zebranymi w tomie, który przybrał tytuł jednego z nich: „Ballada o kapciach”. Tytuł bardzo tajemniczy, zaskakujący i dziwny – wymaga więc bardziej wnikliwszej analizy. Jak wiemy ballada ma z definicji łączyć trzy gatunki: epikę, lirykę i dramat,  a jej głównym tematem powinno być coś ważnego, coś co warto opisać. W tym przypadku autor rekonstruuje historię własnej rodziny, umiejscawia ją równolegle w danej epoce oraz charakteryzuje jej rzeczywistość, zarówno obyczajową jak i społeczno-polityczną. To właśnie jedna z takich plam, niby nic nie znacząca, stała się po kilkudziesięciu latach inspiracją do napisania tej książki: „Kiedy miałem kilka lat, ktoś nam przysłał paczkę, a w niej piękne zielone kapcie i kilka fotografii, na których jakieś starsze panie siedziały w otoczeniu nieznanych mi dzieci, w dobrze umeblowanym pokoju z telewizorem w tle. Pewnie już nigdy się nie dowiem, dlaczego właśnie kapcie, domyślam się jednak, że miało to związek z czasami, gdy dzieci na wsi biegały latem boso, a zimą donaszały buty po starszym rodzeństwie.” (s. 28).

„Ballada o kapciach”, esej otwierający zbiór, przybiera niekiedy charakter historyczny, niekiedy obyczajowy, nieustannie zaś pozostaje w sferze gdzie nie trudno o pomyłkę. W dzisiejszym świecie niewielu bowiem ludzi jest pewnych swych korzeni, a niemożliwością jest by sprawdzić wszystkie posiadane informacje. Nawet uważny odbiorca jest w stanie natychmiast pogubić się w ogromnie skomplikowanej genealogii rodziny autora, przedstawionej na pierwszy rzut oka z precyzyjną dokładnością. W pewnej chwili możemy zaobserwować bardzo ciekawy kontrast: autor w barwny i swobodny sposób opowiada o swoim dziadku, aż w pewnym momencie następuje gwałtowne załamanie akcji poprzez wtrącenie rozmowy autora z matką, która zarzuca mu pomieszanie faktów. Aleksander Kaczorowski daje nam do zrozumienia, że nikt z nas nie zdaje sobie sprawy z tego, jak jest podobny do swoich przodków, o których istnieniu nawet nie przypuszcza. Czy na pewno nasze przyzwyczajenia i codzienne „rytuały” są nasze? Jednak nie możemy być pewni jej prawidłowości bowiem i w tym przypadku swój udział miał czas, bezlitośnie zacierający przeszłość. Warto także przytoczyć sugestywny wstęp tej książki, uzupełniający poruszoną powyżej materię: „Kim oni wszyscy byli? Jak naszkicować obraz kogoś, kto nic po sobie nie pozostawił oprócz kilkorga dzieci, paru krzeseł, stołu, kilku brzydkich zdjęć w idiotycznych pozach? Jak odnaleźć w nich cokolwiek, co pozwoliłoby wierzyć, że gdyby jeszcze żyli, coś by nas łączyło?”. Już te pierwsze słowa dają do zrozumienia czytelnikowi na co natknie się podczas dalszej lektury. Natrafi on bowiem na pełen melancholii magiczny kolaż rodzinny ze wszystkimi jego prawidłowościami.

Część druga – „Skład żyrardowski” – opowiada o przemysłowej przeszłości Żyrardowa (gdzie, nota bene, urodził się sam autor). Mało kto dziś wie, że nazwa tej miejscowości pochodzi od nazwiska Filipa de Girarda, który stworzył tam, słynną w XIX wieku, mechaniczną przędzalnię lnu. „Największym odbiorcą miejscowych zakładów była armia rosyjska; z polskiego lnu wykonano tysiące ton par onucy, zużytych podczas wojny z Turcją w 1878 roku (tej samej, na którą jedzie Wroński po samobójczej śmierci Anny Kareniny). Z Żyrardowa pochodziły też lniane opatrunki, które ratowały życie „sołdatom” (…) – wspominał stary robotnik, rozmówca Pawła Hulki-Laskowskiego.” (s. 85-86) Jednak, jak to często bywa w takich przypadkach, coś musiało w końcu się popsuć. Minister skarbu Władysław Kucharski w 1923 roku sprzedaje praktycznie za bezcen cały zakład, wraz z jego majątkiem, Marcelowi Boussacowi, francuskiemu potentatowi tekstylnemu. Sprytny przedsiębiorca „celowo doprowadził fabrykę na skraj upadku, ograniczał produkcję i setkami zwalniał robotników. Jednocześnie sprowadzał gotowe wyroby ze swoich zakładów we Francji, etykietował je w Żyrardowie i rzucał na rynek jako tamtejsze. A wszystko to pod hasłami „reorganizacji pracy” i „racjonalizacji produkcji.”” (s. 106) Nawet Czesław Miłosz, wówczas dwudziestojednoletni, wstrząśnięty całą sytuacją napisał na ten temat wiersz zatytułowany „Przeciwko nim”, w którym czytamy: „Tu jest nędza. Tu jest krzyk głodnych mas. / Tu jest rozpacz co ściska gardło. / W ciemnych dymach i w groźny czas / dniem i nocą / huczał / Żyrardów (…) Dziś / jeśli prasa pisze o Żyrardowie / Nie wierzajcie jej. Prasa łże. (…) Nieraz / dobrze napuchły portfele grzecznych ministrów, / jedwabnymi banknotami / płacono prasowym koncernom. (…)” (wiersz został również zacytowany w opisywanej pozycji na stronach: 110-111). Dziś wszystko to zostało już całkowicie zapomniane. „Mimo że sprawa śmierdziała na kilometr, a prasa całymi latami wyciągała na światło dzienne szczegóły przekrętu, władze zamiatały to wszystko pod dywan w imię strategicznego sojuszu z Francją.” (s. 107) Historia ta została uzupełniona o liczne cytaty krajana Aleksandra Kaczorowskiego – Pawła Hulki-Laskowskiego, wybitnego polskiego pisarza i tłumacza, który przełożył na polski dzieła tak wybitnych pisarzy jak: Jonathan Swift, James Fenimore Cooper czy Karel Čapek. Ostatni esej traktuje o Grodzisku Mazowieckim – miasteczku w którym starły się dwie kultury, polska i żydowska, mieście gdzie czas okupacji spędził powieściopisarz Stanisław Rembek, również całkowicie zapomniany.

Pozornie książka ta wydaje się „o wszystkim i o niczym” (i z takim poglądem „niestety” wielokrotnie się spotkamy śledząc krytyczne teksty na temat tej pozycji), faktycznie zaś jest zlepkiem przeróżnych, dłuższych i krótszych, wzmianek o dawnych realiach życia, o dawnej Polsce. Autor udowadnia nam, że nawet zwyczajne miejsca, zwyczajni ludzie, mijani codziennie na ulicy mogą ukrywać w sobie interesującą historię, która nie zasługuje na zapomnienie. Pozwólmy jej trwać także dzięki literaturze, która jeszcze niejedno przetrwa.

Autor: Przemysław K.

Aleksander Kaczorowski „Ballada o kapciach”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012 s. 176

Schody pamięci

Hiperliteratura

Artyści i osoby kształtujące obraz kultury od dawna poszukują nowych sposobów na wyrażanie siebie. Od dawna proces ten stał się również udziałem twórców literatury. Dzięki temu narodził się hipertekst, czyli pewnego sposobu organizacji tekstu (którego najmniejszą cząstką jest leksja – pojedynczy fragment, niezależna i zamknięta całość) niemający żadnej określonej struktury i z góry określonej kolejności czytania, która w zupełności zależy od czytelnika wybierającego hiperłącza (odnośniki), kierujące go do dalszych partii utworu. Oczywiście zdarzają się także i w tej materii wyjątki. Dotychczas nie wykształciły się ogólne zasady tworzenia tego typu dzieł, więc artyści, inspirujący się przede wszystkim literacką awangardą ubiegłego wieku (za przykład warto podać, składającą się z 155 krótkich rozdziałów, „Grę w klasy” Julio Cortázara z 1963 roku) mogą bezgranicznie wykorzystywać swoją wyobraźnię, podsuwającą im coraz to nowe pomysły. Widzimy więc, że hipertekst (i hiperliteratura) to zjawiska, które rozwijają się na naszych oczach i warto rozwijać przebieg ich burzliwego rozwoju. Już w samym wstępie do opisywanej pozycji, który został napisany przez Piotra Mareckiego i Mariusza Pisarskiego, czytamy: „Literatura elektroniczna to termin – kameleon. W ciągu trzech ostatnich dekad próbowano nim opisać różnorodne zjawiska (…). W niniejszej książce sięgamy do pierwotnego użycia tego terminu, w znaczeniu, jaki nadali mu pionierzy literackiego eksperymentu w nowych mediach. (…) Literacka przygoda z komputerem, utrzymana w duchu awangardowej rewolty, skierowana była przeciwko ograniczeniom, jakie słowu pisanemu przez stulecia narzucał druk. Jej efektem była proza i poezja nielinearna, nastawiona na wybór czytelnika i zapraszająca do „gry w klasy” przez ekranem komputera.” (s. 6).

Prawdopodobnie zaczęło się od Michaela Joyce’a (urodzonego w 1945 roku amerykańskiego pisarza), który postanowił swoją nową książkę napisać w całkiem innej konwencji niż dotychczasowa. Dotarł więc do Natalie Dehn, pracownika Laboratorium Sztucznej Inteligencji, która próbowała w delikatny sposób ostudzić jego zapał przez udowodnienie mu, że realizacja takiego projektu jest w tym momencie całkowicie niemożliwa. Jednak, po pewnym czasie, udało się mu nawiązać kontakt z J. D. Bolterem i Johnem Smithem. Dzięki połączeniu wspólnych sił i zamiłowania do nowych form przekazu stworzyli program komputerowy o nazwie Storyspace (pierwszego programu służącego do tworzenia/czytania hipertekstów) i stworzyli „afternoon, a story” (opublikowanej przez wydawnictwo Eastgate Systems) – powieści napisanej w 1987 roku, która uważana jest za pierwszą fikcję hipertekstową. Na uwagę zasługuje również wypowiedź Joyce’a, która została również przytoczona w tej pozycji: „Dorastałem w polsko-amerykańskim mieście Buffalo, w stanie Nowy York, i Polacy znajdowali się nie tylko pośród moich pierwszych przyjaźni i miłości, ale też pośród pierwszych poetów i pisarzy, z którymi dyskutowałem na temat literatury.” (s. 14). Autor tekstu na temat twórczości Michaela Joyce’a (nota bene twórca portalu i magazynu Techsty, który odgrywa ogromną rolę w informowaniu polskich czytelników o zjawisku hipertekstualności) zwraca naszą uwagę także na inne dzieła tego artysty; komentuje między innymi „Twilight, a symphony” (wydany w 1997 roku, dotychczas ostatni, hipertekst Joyce’a uzupełniony o sferę multimedialną), „WOE” (z 1991 roku) oraz „Twelve blue” (także z 1997 roku). Następnym esejem jest omówienie dorobku Marka Ameriki (ur. w 1960 roku), którego sztandarowym dziełem stał się „GRAMMATRON”, pierwsza część projektu „Net art trilogy”. Jego następne części to „PHON:E:ME” (skonstruowany na podstawie nagrań mp3) i „FILMTEXT” („Składały się nań projekty net artowe, instalacja muzealna, album mp3, e-book i seria performance’ów.” [s. 34]). Na chwilę obecną artysta ten realizuje przedsięwzięcie pod nazwą: „Foreign Film Series”, jest to seria filmów improwizowanych, nagrywanych kamerą wbudowaną w telefon komórkowy. Pozostaje nam tylko zgodzić się z Ewą Wójtowicz, autorką tego artykułu, która zauważa, że „Mark Amerika jest zatem artystą nie tylko internetowym, lecz twórcą multimedialnym w pełnym tego słowa znaczeniu.” (s. 39). Bohaterami kolejnych tekstów są: Stuart Moulthrop (urodzony w 1957 roku autor wielu eksperymentów w dziedzinie literatury hipertekstowej, z której najsłynniejszy to „Victory garden” z 1991 roku, uznawany za klasykę gatunku), Judy Malloy (autorka m. in. „l0ve0ne” [z 1994 roku; polskie tłumaczenie: „k0cHacK0g0s”] znana przede wszystkim z licznych nawiązań do swojej biografii), Shelley Jackson (rocznik 1963) oraz Johannesa Auera (znanego sieciowego prowokatora i artysty, który swoją wystawę miał także w Polsce). I gdy tak czytamy cały czas o autorach zagranicznych nietrudno w pewnym momencie zwątpić w naszych rodzimych twórców. Jednak trzy ostatnie omówienia zostały poświęcone Polakom: Robertowi Szczerbowskiemu (urodzony w 1959 r.), Radosławowi Nowakowskiemu (ur. w 1955 twórca „Liberlandii”) i Sławomirowi Shutemu (rocznik 1973, autor pierwszej polskiej powieści hipertekstowej „Blok”).

Bardzo trudno ocenić w sposób całościowy wszystkie zamieszczone tutaj omówienia, ponieważ stykamy się z tekstami dziewięciu badaczy, którzy na dobrą sprawę przyjęli różne sposoby prowadzenia rozważań. Uważam jedynie, że warto by było dokładniej opracować materiał graficzny, który w niektórych tekstach albo nie został rzetelnie oznaczony, albo jego jakość całkowicie dyskwalifikuje jego odczytanie.

Autor: Przemysław K.

Opracowanie zbiorowe (Autorzy: Emilia Branny, Małgorzata Dawidek Gryglicka, Piotr Marecki, Urszula Pawlicka, Mariusz Pisarski, Agnieszka Przybyszewska, Joanna Roszak, Dorota Sikora, Ewa Wójtowicz) „Hiperteksty literackie. Literatura i nowe media”, Korporacja Ha!art, s. 176

Hiperliteratura

Psychika współczesności

 

„Głos” to już trzecia wydana w naszym kraju książka Arnaldura Indriðasona, chyba najchętniej czytanego pisarza w Islandii, którego utwory zostały dotychczas przetłumaczone na ponad dwadzieścia pięć języków. Jest ona jednocześnie szóstą częścią bardzo popularnego cyklu kryminałów opowiadającego o losach komisarza Erlendura i jego dwóch pomocnikach: Elinborg i Sigurdurze Olim.

Tym razem muszą rozwikłać zagadkę morderstwa Gudlaugura Egilssona, pięćdziesięcioletniego portiera odnalezionego w zapomnianym przez wszystkich skromnym pomieszczeniu hotelu, gdzie przepracował wiele ostatnich lat swojego życia. Nikt z otaczających go ludzi nawet nie podejrzewa, że niegdyś, w latach swojej młodości, wielu dostrzegało w nim ogromny potencjał. Jako solista chóru chłopięcego obdarzony niepowtarzalnym talentem i ogromnymi predyspozycjami wokalnymi stał się gwiazdą dziecięcą. Niestety, nigdy nie dane mu było poznać swojej prawdziwej wartości – osaczający go rówieśnicy stale mu dokuczali, zazdroszcząc mu pięknej pasji, dalekosiężnych celów i osiągnięć, których oni nigdy nie mieli dokonać. Wynikający z tego nieustanny brak pewności siebie został spotęgowany na dodatek śmiercią matki będącą jedyną osobą, której w pełni ufał. Despotyczny ojciec zabrał mu dzieciństwo, pozbawił najpiękniejszych chwil życia, a kontakty z topniejącym w oczach gronem kolegów ograniczył jedynie do szkoły, gdzie chłopiec był ciągle zastraszany i brutalnie bity. To właśnie ten rodzic, który wszystkie swoje niezrealizowane ambicje życiowe przeniósł na syna, zniszczył w nim radość z życia, mającego być jedynie sposobem na wykonanie jego wygórowanych oczekiwań. Chciał, aby jedynym znanym światem dla jego dziecka stała się rzeczywistość przepełniona muzyką, żądzą pieniędzy i nieograniczonej sławy z której mógłby czerpać całymi garściami.

Chłopiec będąc stale uświadamiany, że o swoich problemach nie może nikomu powiedzieć, a wszystkie doznane szykany musi potulnie znosić na rzecz przyszłego sukcesu, stał się coraz bardziej wyizolowany i zamknięty w sobie. Jednak, jak to zwykle bywa w takich historiach, podczas ostatniego przełomowego występu młodzieńca natura dała o sobie znać. Dzięki nieuchronnemu dojrzewaniu oraz niepowstrzymanym prawom przyrody dziecko straciło swój anielski głos, za który tak wiele osób jednocześnie go podziwiało i nienawidziło. Nigdy nie dane mu było być sobą, a gdy stał się dorosły, pamiątką dawnych, nieszczęsnych chwil, zostały dwie wydane przez niego płyty, będące obiektem poszukiwań zagranicznych kolekcjonerów, którzy byli w stanie zaoferować każdą sumę, by choć w niewielkim stopniu zasmakować dzieło artysty skazanego na bezpowrotne zapomnienie. Policjant Erlendur od razu domyśla się, że kluczem do rozwiązania zagadki morderstwa jest odkrycie całej prawdy o przeszłości zapomnianego solisty, który został okrutnie skrzywdzony przez rzeczywistość w jakiej przyszło mu żyć i ludzi, nie mogących dosięgnąć jego prawdziwej osobowości.

Zaś druga książka, o której pragnę tutaj wspomnieć, to „Szlak kości”, debiutancki kryminał archeologiczny brytyjskiej pisarki Elly Griffiths i jednocześnie pierwsza część jej bardzo dobrze zapowiadającego się cyklu o przygodach Ruth Galloway. Jest samotną, czterdziestoletnią kobietą, która mieszka w pobliżu Słonych Błot, bagien położonych w skrywającym wiele tajemnic hrabstwie Norfolk we wschodniej Anglii. To właśnie w tym znienawidzonym przez wszystkich za swą nieodgadnioną tajemniczość miejscu główna bohaterka odkrywa starodawny krąg rytualny, pochodzący jeszcze z epoki brązu, uważany przez ludność prehistoryczną za miejsce święte, ośrodek kultu i punkt złączenia nieba z ziemią. W tym samym czasie w nieznanych okolicznościach ginie Lucy Downey, a problem jej zniknięcia próbuje rozwiązać inspektor Harry Nelson, ambitny i szorstki w obyciu funkcjonariusz, który po dziesięciu latach nieudanych poszukiwań odnajduje w pobliżu miejsca dawnego archeologicznego znaleziska szczątki dziecka. Mając nadzieję, że to kości zaginionej dziewczynki prosi o pomoc Ruth, wykładowcę małoznaczącego uniwersytetu specjalizującego się w archeologii sądowej. Kobieta, ku udręce policjanta nękanego przez dziennikarzy, żądających rozwiązania dawnego śledztwa, klasyfikuje kości jako pozostałość ofiary złożonej ponad dwa tysiące lat temu pradawnym bogom. W międzyczasie ginie kolejne dziecko, a pomiędzy główną bohaterką i policjantem rodzi się dziwna więź. Dzięki tej fabule wyłania się bardzo interesujący profil psychologiczny głównej bohaterki. Ruth jest bardzo rozgoryczona, przytłacza ją stale pogłębiana samotność, z którą nie umie sobie poradzić, boi się otaczających ją ludzi, nieudolnie szuka u nich zrozumienia, a jednocześnie nie chce z nimi nawiązywać kontaktu wiedząc, że nie sprostałaby ewentualnemu odrzuceniu. Jest świadoma tego, iż z kretesem zmarnowała całe swoje dotychczasowe życie, a świadomość pewna swych wad nie próbuje z nimi walczyć, akceptując je. Ucieka od swojej katolickiej rodziny, hołdującej całkiem odmiennym życiowym ideom i nie mogącej pojąć jej hermetycznego świata, w którym nie ma miejsca dla kochającego męża i dzieci, a ich rolę spełniają dwa koty.

Wbrew pozorom jest to bardzo interesująca opowieść, jednak wyłączenie na poziomie konceptu; bardzo widoczne jest tutaj „piętno” debiutu – autorka nie nabyła jeszcze, bardzo ważnej w tym gatunku, umiejętności stopniowania napięcia i powolnego, lecz skutecznego, wprowadzania nowych elementów. Jednak książka ta bardzo dobrze rokuje na przyszłość – zakończenie jest bardzo burzliwe i choć praktycznie od początku czytelnik jest wstanie zidentyfikować mordercę pozycja ta zawiera wiele ciekawych zagadek, co wskazuje na to, że Griffiths dzięki pracy włożonej w tę historię wiele się nauczyła. W takim razie należy zastanowić się nad tym, czy zabieg skrytego wskazania czytelnikowi mordercy nie był z góry zamierzony? Moim zdaniem postać zakompleksionej kobiety jest jedynie pretekstem do ukazania istoty współczesnego życia, w którym wielu ludzi może ukrywać się ze swoimi psychicznymi problemami raniąc tym (często w sposób bezpośredni) otaczające ich społeczeństwo. Współczesne kryminały, dzięki stałemu wzrostowi miłośników, coraz częściej przejmują rolę literatury społecznej, mającej na celu uzmysłowienie nam, że codzienną rzeczywistością rządzą prawa, na które ludzie nie mają żadnego wpływu, a większość otaczających nas osób zostało obdarzonych tak skomplikowanym charakterem, że bez pomocy kogoś z zewnątrz sami nie mogą dać sobie rady ze swoim życiem. Czy celem tych dzieł nie jest tak naprawdę doprowadzenie odbiorcy do wstrząsającego zakończenia w którym wraz z autorem dosięga on prawdy będącej próbą zwrócenia uwagi na ważny problem dzisiejszego świata?

Autor: Przemysław K.

Arnaldur Indriðason „Głos” wydawnictwo WAB, Warszawa 2011 s. 338

Elly Griffiths „Szlak kości” Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011 s. 357

Psychika współczesności

Zamknij oczy, otwórz umysł

To już czwarte wydanie jednej z najważniejszych książek Józefa Tischnera i zarazem pozycji, której wpływ na współczesną filozofię (zarówno polską i światową) jest widoczny aż do dziś, po dwunastu latach od śmierci jej autora. Mowa oczywiście o „Filozofii dramatu”, która została wznowiona na początku bieżącego roku.

Na początku należy zdać sobie sprawę z tego, iż tischnerowska filozofia dramatu to tak naprawdę filozofia dialogu/rozmowy toczonej na płaszczyźnie Ja i Ty, na płaszczyźnie ludzi rozumnych, pytających i jednocześnie oczekujących od zapytanego odpowiedzi. Siłą rzeczy takie rozmowy nie zawsze będą się toczyć więc w sferze bezpośredniej, niekiedy przyjdzie nam przenieść się w bardziej tajemnicze „rejony” i przywdzianie maski stanie się wtedy nieuniknione.

W jednym z kluczowych elementów tej rozprawy filozof (wraz z czytelnikiem, stającym się mimowolnym współuczestnikiem wywodu) dochodzi do przerażającego (ale jakże oczywistego!) w gruncie rzeczy wniosku: „W pewnym sensie jesteśmy monadami bez okien. Nie wiem, co się dzieje w tobie, ani Ty nie wiesz, co się dzieje we mnie.” (s. 106). Jak wiemy monady to byty podstawowe, nie mające ze sobą kontaktu i charakteru przestrzenno-czasowego. Każda jednostka, choć czynnie lub biernie uczestniczy w życiu społecznym, nieustannie jest sama i wielokrotnie ze swą odrębnością nie umie sobie poradzić. Warto także zwrócić uwagę na kwestie formalne tej pozycji. Autor (trudno ostatecznie stwierdzić świadomość tego działania) zawsze swój wywód rozpoczyna od wyjaśnienia kwestii podstawowych (elementarnych) związanych z poruszaną materią, a dopiero po tym przechodzi do sedna, do pojęć bardziej skomplikowanych i wymagających obszerniejszego wyjaśnienia. Dzięki temu nawet osoba nie zaznajomiona z „kanonem” i pojęciami filozoficznymi może zmierzyć się z tą książką bez żadnego oporu i obaw, że natrafi na mur, którego bez pewnego poziomu wiedzy nie zdoła pokonać. Nie powinien nas więc zaskoczyć fakt, że od czasów pierwszego ukazania się tej książki zawsze napotykała na ogromne zainteresowanie ludzi, którzy świadomi rozdarcia jednostki  (pomiędzy wartościami przyziemnymi, a duchowymi) poszukiwali własnego, indywidualnego miejsca w świecie, który z oczywistych powodów nieustannie podlega zmianom skazującym takie działania na sromotną porażkę.

Dzięki bardzo umiejętnie zorganizowanej konstrukcji formalnej, która determinuje przeplatanie rozważań dogłębnymi pytaniami (na które następnie autor próbuje, znów przy adoracji czytelnika, odnaleźć odpowiedź), czytelnik może swobodnie kształtować własne stanowisko i w miarę elastycznie podążać za tokiem myślenia. Józef Tischner niestety często przybiera postawę teoretyka. Wskazując błędy w ludzkich interakcjach niekiedy tylko pokazuje jak w prosty sposób można ich uniknąć i umocnić zjednoczenie społeczeństwa. Łatwo się zatem domyślić, że takie z reguły hipotetyczne rozwiązania są albo zbyt łatwo dostrzegalne dla każdego (zatem nie wypada o nich wspominać) lub po prostu nie ma takich skutecznych pomysłów.

Za kwintesencję całego przekazu tej pozycji mogą posłużyć nam te słowa, chyba najlepiej oddające powód dla którego powstała ta rozprawa: „Świat ogólny ludzkiego dramatu to najpierw rzeczywistość sceny. Scena jest miejscem akcji dramatycznej. Na scenę składają się: rzeczy, przedmioty, krajobrazy, a także uobecniani w doświadczeniach typu intencjonalnego inni ludzie. Scena jest miejscem możliwego ruchu.” (s. 178). Widzimy więc, że każdy z nas w obrębie własnej egzystencji musi uczestniczyć w osobliwym teatrze rozgrywającym się na scenie świata, który wbrew wyobrażeniom wielu współczesnych ludzi nie składa się wyłącznie z desperacko degradującego wszystko inne ludzkiego społeczeństwa. Jednak, już za moment, autor stara się stworzyć dla nas (nikłą) nadzieję pisząc: „W efekcie intencjonalnych doświadczeń człowieka utrwala się nam jego widok jako elementu składowego w ogólnym krajobrazie. Człowiek jest częścią owego krajobrazu. Gdy zniknie z niego, wspomnienie krajobrazu, w którym go widywaliśmy, przywoła jego obecność. Brak człowieka wśród rzeczy, pomiędzy którymi bywał, rodzi wrażenie, że scena jest pusta.” (s. 179). Faktem jest, że żyjąc (w sposób mniej lub bardziej zaborczy) pozostawiamy po sobie ślad, czy to stricte materialny, czy też duchowy.

Na uwagę zasługuje również fakt, że sam autor uznał opisywaną książkę za wprowadzenie (sic!) do filozofii dramatu, jedynie jako ułamek (kompendium) całej wiedzy na to obszerne zagadnienie. Dzięki niej więc osoby zainteresowane daną tematyką mogą odnaleźć szereg licznych inspiracji, które pomogą im w rozwijaniu swoich horyzontów. Tischner nie waha się wykorzystywać jasnych dla większości kodów kulturowych – jako przykłady stosuje między innymi zachowanie Raskolnikowa (głównego bohatera „Zbrodni i kary” Fiodora Dostojewskiego) czy też dramat „Ryszard III” Williama Shakespeare’a.

Na koniec oddajmy głos autorowi, który w przepiękny sposób spuentował cały wywód w ostatnim podrozdziale tego dzieła: „Na początku dramatu rodzi się pytanie: kim jesteś? Na końcu widnieją dwie przeciwne sobie możliwości: przeklęty lub błogosławiony. Dramat człowieka toczy się wśród tych możliwości. Co one znaczą? Tego dokładnie nie wiemy. Niewiedza ta nie przeszkadza nam jednak żyć wśród innych i siebie. Gdyby pewnego dnia znikły nam z oczu i uszu, stanęlibyśmy bezradni na scenie świata, jak słowa, które zapomniały o regułach czyniących z nich mowę gramatyki.” (s. 307). Miejmy więc nadzieję, że uda nam się odnaleźć pomiędzy próbą odnalezienia własnej tożsamości, a ostatnim życiowym wyborem.

Autor: Przemysław K.

Józef Tischner „Filozofia dramatu” wydawnictwo ZNAK, Kraków 2012 s. 320

Zamknij oczy, otwórz umysł

„Czy tak mnie sobie pan wyobrażał?”

Rok 1975. Na Uniwersytecie Jagiellońskim Jan Błoński wygłasza wykład mający na celu porównanie twórczości Czesława Miłosza i Juliana Przybosia, który następnie, po sześciu latach, został wydany w tomie „Romans z tekstem”. Na pewno nikt nie przypuszczał, że to pozornie nic nie znaczące wydarzenie tak radykalnie wpłynie na życie jednego ze słuchaczy. Na sali siedział bowiem zafascynowany polską literaturą, młody doktorant, który po usłyszeniu fragmentów zacytowanych przez profesora, wierszy wyczuł w nich zwiastun ogromnego talentu poetyckiego. Nie zdając sobie wówczas sprawy z tego na jak głębokie wody wypływa postanowił rozpocząć pracę nad studium o twórczości przyszłego noblisty. W ten oto sposób rozpoczęła się przygoda trwająca aż do dzisiaj. Ogromna, stale pogłębiająca się fascynacja poezją, a przede wszystkim postacią samego autora do dziś daje o sobie znać kolejnymi książkami i artykułami pomagającymi innym czytelnikom w lepszym zrozumieniu dorobku prawdopodobnie jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy jakich nosiła polska ziemia. Chwilę po pierwszym, jeszcze niebezpośrednim kontakcie z Czesławem Miłoszem, badacz wyjeżdża do Francji, gdzie swobodnie może rozwijać swoje badania. Ich kulminacją stała się znajomość osoba z Miłosza, najpierw budowana za pomocą rozmów, korespondencji, a następnie, u schyłku życia poety, za pomocą długich literacko-światopoglądowych krakowskich dysput.

Wspomniane powyżej studium zatytułowane „Moment wieczny. Poezja Czesława Miłosza” zostało pierwotnie wydane w paryskim wydawnictwie Libella w 1987 roku, a następnie sukcesywnie uzupełniane (w latach: 1993, 1998, 2011) o analizy następnych tomów poetyckich. Niestety, śmierć Czesława Miłosza zatrzymała ten proces i w ubiegłym roku światło dzienne ujrzało ostatnie, monograficzne wydanie. Dostaliśmy więc do rąk znacznie poszerzoną czwartą edycję zawierającą w sobie analizę całego procesu kształtowania się jego programu poetyckiego. Na uwagę zasługuje również fakt, że z większością zawartych tutaj analiz noblista miał okazję się zmierzyć i wspomóc badacza swojej twórczości bezcenną radą.

Choć jest to dysertacja habilitacyjna to książka ta nie jest napisana hermetycznym językiem, a jej styl pokazuje nam, że nawet sam autor (będący bez wątpienia znawcą tematu) nie analizuje w ujęciu całościowym dorobku poetyckiego Miłosza, ponieważ jest w pełni świadom iż takie postępowanie byłoby z góry skazane na porażkę. Skupia się więc „jedynie” na najbardziej wyrazistych aspektach i najczęściej występujących nurtach łączących całą tematykę tych utworów.

Bardzo odpowiada mi styl w jakim została napisana ta praca, autor będąc świadom ogromu całego dorobku poetyckiego Miłosza nie analizuje jego całej twórczości we wszystkich możliwych aspektach lecz koncentruje się na kilku najważniejszych nurtach ściśle łączących tematykę całego dorobku poetyckiego. Wszystko to daje nam do zrozumienia, że prawdopodobnie nikt, oprócz chyba samej postaci noblisty (co także nie jest zbyt pewne) nie zdołałby wszystkich wierszy zamknąć w sztywnych ramach krytycznej analizy i interpretacji nie skazanych z góry na sromotną porażkę.

Na uwagę zasługuje także ogrom przestudiowanego przez badacza materiałów, który wchodzi w liczne polemiki z innymi badaczami Miłosza pozwalając nam jednocześnie śledzić ich tok. Wszystko to potwierdza, że monografia ta jest idealnym „podręcznikiem” dla kogoś kto chce zrozumieć jak najwięcej z twórczości tego poety.

*

A teraz, po trzydziestu dwóch latach od pierwszego bezpośredniego spotkania z Miłoszem, dzięki zebraniu w tej książce wielu tekstów mających pomóc nam w lepszym zrozumieniu jego osobowości, twórczości i przede wszystkim różnorakich postaw jakie przybierał przez całe swoje, jakże bogate, życie badacz jego twórczości chce spłacić choć w minimalnej cząstce zaciągnięty u niego duchowy dług wdzięczności. Czytamy więc tutaj arcyciekawe eseje porównawcze, osobiste wspomnienia, teksty okolicznościowe, recenzje oraz listy wysłane jeszcze z Berkeley do młodego adepta literatury. Na uwagę zasługują więc na pewno zamieszczone tutaj cztery nigdzie dotąd niepublikowane rozmowy mające na celu usystematyzowanie dotychczasowej wiedzy na temat pewnych okresów życia Poety i wyjaśnieniu nieścisłości o nich. Bardzo interesujący jest wywiad przeprowadzony w roku 1995 ze Stanisławem Stommą, który wraz z Miłoszem chodził do szkoły i wprowadził go do petu, związanego prawdopodobnie ze środowiskiem masonów. Dzięki tej organizacji ci dwaj młodzieńcy mogli w szerszym gronie podyskutować o wybranych lekturach skonfrontować własny światopogląd z wyobrażeniami kolegów i wyrobić sobie ocenę na dorobek wielu pisarzy. Żarliwym dyskusjom został poddany między innymi Henryk Sienkiewicz, którego „antysienkiewiczowski” Miłosz stale krytykował między innymi za „Quo vadis”, uważane przez niego za kiczowate pod wieloma względami. Inne rozmowy, przeprowadzone z Aleksandrem Matuszewskim, małżeństwem Turowiczów oraz Andrzejem Buszą pokazują jak postać Noblisty zmieniła ich życie. Następne części zostały poświęcone szczegółowym analizom poświęconym przede wszystkim licznym interakcjom środowiskowym jakie wzbudzała postać Miłosza, który będąc „obywatelem świata” stale wdawał się w rozliczne dyskusje z innymi ludźmi zajmującymi się literaturą. Badacz dokonuje wiwisekcji (czy też przeglądu elementów wspólnych i skrajnie różnych) twórczości Tadeusza Różewicza czy Witolda Gombrowicza, aby odnaleźć bardzo interesujące powiązania kontekstów ich dorobku z twórczością (w szczególności w sferze poetycko-eseistycznej) noblisty.

Tom ten jest zbiorem niezbyt ze sobą powiązanych tematycznie tekstów, które powstały na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat. Dzięki temu każdy z potencjalnych czytelników (teoretycznie zainteresowany innymi aspektami tutaj poruszonymi) znajdzie w nim coś dla siebie tj. tekst dla niego „najodpowiedniejszy”. Mnie szczególnie przypadły do gustu fragmenty traktujące o sytuacji w Polsce po śmierci Miłosza, która wbrew pozorom nie była taka jaka być powinna. Na dowód tego wystarczy jedynie przytoczyć ten najbardziej wyrazisty fragment: „Gorzki paradoks: coraz bardziej ceniony za oceanem, uznawany w Stanach Zjednoczonych za jednego z największych twórców XX wieku, w Polsce, pod koniec życia – trzeba to wreszcie głośno powiedzieć – był prawie zapomniany. Medialny szum, jaki wywołała jego śmierć, dymy kadzidlane, podniosła retoryka mów pogrzebowych i wielotysięczny tłum, który odprowadził Go na miejsce wiecznego spoczynku – nie mogą przysłonić smutnych faktów: jego dzieła zebrane nie znajdowały wielu nabywców […]. Teraz wkroczył do literackiego czyśćca. W jakiej postaci, po latach, wychynie? Co z jego dzieła odczytają następne pokolenia?” (str. 283). Taka niestety jest smutna prawda – w dzisiejszych czasach o wiele więcej uwagi polskiemu poecie poświęca się za granicą niż w jego rodzimym kraju. Proces ten stale przybiera na sile na przykład dzięki wprowadzeniu jego utworów do szkolnych podręczników co nieuchronnie skazało je na „szkolny banał” (str. 263). Na szczęście mamy jeszcze w Polsce wielu ludzi (do których zalicza się między innymi autor opisywanych pozycji), którzy nie pozwolą na to, aby ludzie zapomnieli, że kiedyś, jeszcze tak niedawno, żył u nas tak wybitny poeta. To właśnie dzięki nim została zorganizowana druga edycja Festiwalu Miłosza, która uświadomiła wielu czytelnikom, że twórca ten nigdy nie był hermetyczny, a prawa do zachwycania się jego dorobkiem nikt nam nie zabierze.

Całość została uzupełniona o jedenaście fotografii między innymi związanymi z wizytą Czesława Miłosza w pałacu w Łańcucie w październiku roku 1992.

Autor: Przemysław K.

Aleksander Fiut „Moment wieczny. Poezja Czesława Miłosza” Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011 s. 424

Aleksander Fiut „Z Miłoszem” Wydawnictwo Fundacja Pogranicze, Sejny 2011 s. 353

„Czy tak mnie sobie pan wyobrażał?”

Rewolucję czas zacząć

Minęło zaledwie niecałe pół roku od czasu, gdy miałem okazję przeczytać książkę „Człowiek, który pokochał Yngvego”, a już pojawił się na rynku drugi tom cyklu autorstwa Torego Renberga – chyba najbardziej obiecującego norweskiego pisarza. Dostajemy do rąk pozycję będącą podręcznikową kontynuacją swojej poprzedniczki. Ma jednak jedną, elementarną wadę: brakuje jej tego co wcześniej było fundamentem i osią całej opowieści. Autor uznał bowiem portret psychologiczny głównego bohatera za rozwinięty do dostatecznego poziomu i nie ma zamiaru do niego wracać.

W „Człowieku…” mieliśmy okazję poznać Jarlego od jak najgorszej strony. Młody człowiek nie mógł znaleźć w otaczającym go świecie odpowiedniego miejsca dla swej skomplikowanej psychiki i przez to na każdym kroku popełniał liczne błędy, których po prostu często nie zauważał. Teraz, po kilku latach, młodzieniec zaczyna powoli przekształcać się w dorosłego mężczyznę i jest świadomy swojej dawnej lekkomyślności. Należy więc teraz przystąpić do nieuchronnego i powolnego rozliczenia z burzliwą przeszłością. Choć pierwszy rozdział (o wiele mówiącym tytule: „Jaki mamy dziś dzień?”) daje nam do zrozumienia, że Jarle nadal cały wolny czas poświęca na alkoholowe imprezy to należy zauważyć,  iż całkiem zmienił swoje otoczenie: kontaktuje się z o wiele mniejszą niż dotychczas grupą osób (czyżby pierwszy krok do uczynnienia z niego artystycznego samotnika?) i (co jest bezwątpienia najważniejsze) przeprowadził się ze Stavanger do Bergen, gdzie uczy się na miejscowym uniwersytecie i pisze pracę magisterską w której chce opisać proustowską onomastykę.

Jest  6 września 1997 roku. Kilka dni wcześniej otrzymał list od policji proszącej go o stawienie się na badania mające potwierdzić jego ojcostwo. Okazuje się bowiem, że ma prawie siedmioletnią córkę z Anette Hansen, z kobietą której prawie nie pamięta. Nie minęło wiele czasu i już otrzymuje kolejną korespondencję w której dowiaduje się, że jego córeczka (tytułowa Charlotte Isabel Hansen) przyleci do niego, aby nareszcie poznać swojego prawdziwego ojca i spędzić z nim swoje urodziny.

Renberg nadal wykorzystuje interesujący koncept, jednak nie umie (lub nie chce) nim umiejętnie pokierować, co automatycznie wiązałoby się z podporządkowaniem mu całej historii. Proces ten znacznie zyskał tutaj na jakości, ponieważ na pierwszy rzut oka można rozpoznać tę specyficzną technikę pisarską i starać się w odpowiedni sposób ją zinterpretować. W poprzedniej pozycji było to zręcznie zakamuflowane, więc całość przekazu znacznie traciła na wartości. Wszystko to ma przełożenie na fabułę, która, zważywszy na objętość książki, jest stosunkowo uboga, choć tak naprawdę nie chodzi tu o snucie opowieści lecz o próbę wnikliwej obserwacji młodego człowieka, nie mogącego poradzić sobie z natłokiem problemów.

Autor: Przemysław K.

Tore Renberg Charlotte Isabel Hansen przeł. Katarzyna Tunkiel Wydawnictwo: Akcent, liczba stron: 348, Warszawa 2012

Na blogu dostępna jest również recenzja książki „Człowiek, który pokochał Yngvego”

Rewolucję czas zacząć