Literacka soczewka

„Przezroczyste przedmioty” to najbardziej niedoceniana książka Vladimira Nabokova. Powodem tego jest zapewne jej skromna objętość, oczywiście przy założeniu, że w przypadku tego autora możemy mówić o jakimkolwiek wyrazie skromności. Ta krótka powieść została pierwotnie wydana w 1972 roku w języku angielskim, jako jego przedostatnia powieść. Przez wielu uważana za osobliwy „odpoczynek” od wydanej trzy lata wcześniej „Ady”, czyli utworu odmiennego pod wszelkimi względami i o wiele bardziej obszerniejszego. Jako przedostatnia pozycja w dorobku tego wybitnego autora  zawiera wiele kluczowych cech jego doświadczonego pisarskiego warsztatu i przede wszystkim uzmysławia nam, że twórca ten nawet u schyłku swego życia nieustannie poszukiwał najodpowiedniejszej formy wyrazu poprzez walkę z klasyczną powieścią. Bardzo dobrze się stało, że ta bezwątpienia ważna pozycja została w ostatnim czasie wznowiona przez warszawskie wydawnictwo MUZA, które poprosiło Leszka Engelkinga, jednego z najwybitniejszych badaczy twórczości Nabokova, o napisanie posłowia. Dzięki jego nieocenionej pomocy mamy możliwość choć w niewielkim stopniu rozwikłać wiele skrzętnie ukrytych tutaj zagadek i literackich aluzji.

Niestety, tak jak wielu wcześniejszych czytelników tej książki popełniłem na początku karygodny błąd. Nietrudno bowiem dojść do mylnego wniosku, że cała kwintesencja tego dzieła została skondensowana w tych pierwszych trzech zdaniach:

Oto właściwa persona. Hej tam, persono! Nie słyszy.

Już tutaj, na samym początku, podczas lektury pierwszych fraz rozdziału mającego formę wstępu, czytelnik natrafia na górę, której szczytu nie sposób dostrzec z natłoku chmur. Wszystko to swoje podłoże ma w tym, że bardzo trudno wskazać ich prawidłową i nieskalaną błędem interpretację, których ilość możemy chyba jedynie porównać do ogromu wszystkich miłośników Nabokova. Bardzo dociekliwy odbiorca będzie jednak w stanie wyróżnić dwie możliwości, jak się okazuje z góry skazane na sromotną porażkę. W najbardziej bezpośredni sposób można je bowiem odczytać jako „oczywistą” aluzję do postaci głównego bohatera, Hugo Petersona, zwanego także Personem; zaś z bardziej odleglejszej perspektywy wolno odnieść je do każdej osoby, gdyż jak wiadomo słowo „person” w języku angielskim oznacza osobę. Podczas pokonywania dalszych akapitów zaczynamy stopniowo dostrzegać kluczową istotę pierwszego rozdziału, wyjaśniającego istotę pierwszego rozdziału i tytułu, który zawiera w sobie, jak w pigułce cały skompresowany przekaz tej pozycji. Według tego kolejnego klucza interpretacyjnego każdy przedmiot jest równolegle umiejscowiony w kilku wymiarach ludzkiego i pozaziemskiego postrzegania. Jedynie pisarz, jako „przetwórca” i osoba produkująca kulturowy (niematerialny) przekaz, tworzący w danym, ściśle określonym, elemencie czasoprzestrzeni może/musi przeniknąć przez „cienka powłokę rzeczywistości” i w odpowiedni (najlepiej mistrzowski) sposób przekazać swym czytelnikom realny, w żadnym wypadku nie niekształcony, opis tej materii. Jednym  z takich quasi-nadajników jest prawdopodobnie sam autor, który w opisywanej pozycji kilkakrotnie w iście chorobliwy sposób opisuje powstawanie różnych przedmiotów, czego przykładem może być „sprawozdanie” z całego „życia” ołówka, odnalezionego przez bohatera w szafce. Takie postępowanie skutecznie pomaga w scaleniu utworu, kształtowanego na wzór helisy. Moglibyśmy je zatem bez problemu sklasyfikować jako nieszkodliwe dygresje, niestety zostałby wtedy poczyniony jeden z wielu błędów, są one bowiem w rzeczywistości najważniejszymi, choć na pozór nic nie wnoszącymi do całości, elementami tej powieści. Wszystko to wygląda bardzo wiarygodnie, jednak po uważnej lekturze całej powieści i posłowia, gdzie został zacytowany fragment jednej z wypowiedzi Nabokova, która traktuje o pierwszych recenzjach „Przezroczystych przedmiotów”, bardzo łatwo dojść do wniosku, że dopiero ludzka dusza (po śmierci ciała) jest w stanie przejrzeć każdy przedmiot we wszystkich jego wymiarach, a pisarz, jako jednostka, która nie przeszła przez ostatni moment ziemskiej egzystencji, nie jest w stanie poradzić sobie z przeszłością danej istoty. Następną bardzo istotną kwestią, o której nie sposób tutaj nie wspomnieć, jest próba identyfikacji narratora. Jest nim zapewne tajemniczy Niemiec, pan R., który prawdopodobnie wypowiada ostatnie zdanie tej książki: „Tylko spokojnie, synu, nic na siłę” – są one prawdopodobnie pożegnaniem, umierającego w płomieniach, głównego bohatera ze światem żywych i serdecznym zaproszeniem go do równoległego wymiaru, czyli życia pozaziemskiego. Przez to spostrzeżenie może nasunąć nam się także przypuszczenie, czy aby pan R. nie jest czasem także autorem wspomnianych trzech zdań otwierających powieść, a nawet twórcą całości. Ta bardzo skrótowa analiza skutecznie uzmysławia nam, że problem całościowego zrozumienia całego przekazu tej pozycji jest tak nieosiągalny, że aż trudny do jasnego zdefiniowania, a lektura jakiegokolwiek utworu Nabokova jest do tego stopnia procesem intymnym, że czytelnik nie powinien sugerować się opinią innych.

Hugo Persona, wspomnianego już głównego bohatera, poznajemy podczas jego czwartej podróży do Szwajcarii, gdzie przebywa, aby odnaleźć źródło swoich dawnych, powracających właśnie wspomnień. Następnie narrator przekazuje nam trzy dawki retrospekcji w których opisuje wcześniejsze wojaże bohatera po tym kraju, który odwiedził po raz pierwszy w wieku dwudziestu dwóch lat. Podczas jednej z takich podróży trafia z ojcem do sklepu odzieżowego, gdzie ten, chcąc przymierzyć spodnie, umiera w śmiercionośno-komicznej pozie. Dopiero dziesięć lat po tym wydarzeniu musi znowu powrócić do tego kraju, aby, jako redaktor amerykańskiego wydawnictwa, aby porozmawiać z panem R. – tajemniczym pisarzem, który ociągał się z przesłaniem najnowszej, zamówionej książki do oficyny. Ten pobyt okazuje się kulminacyjny: poznaje w pociągu piękną Armandę, jak okaże się później swoją przyszłą żonę, która uczyła się w szkole dla cudzoziemek z jedną z wcześniejszych kochanek Hugona – Julią będąca na dodatek pasierbicą wspomnianego powieściopisarza. W rezultacie pisze krótki list do nowej znajomej zawierając w nim nadzieję o ich przyszłym spotkaniu. Bardzo trudno powiedzieć cokolwiek konkretnego na temat ich miłości, ale jej głównym skutkiem jest małżeństwo i przeprowadzka do Nowego Jorku, gdzie Hugo w sennym transie widzi dawno spotkaną kobietę uciekającą przed pożarem mieszkania przez okno. Mężczyzna postanawia ją zatrzymać wykorzystując na jej szyi „profesjonalny” chwyt. Po chwili budzi się na podłodze w objęciach swojej uduszonej żony.

Nabokov kolejny raz dzięki tej książce udowadnia, że nie bezpodstawne jest nazywanie go mistrzem prozy zaangażowanej. Oszczędne operowanie słownictwem skutkuje prozą minimalistyczną, treściwą w przekazie i jednocześnie, co chyba najważniejsze, wydajnością dzięki której możemy sięgnąć w głąb psychiki głównego bohatera, który próbuje poznać istotę swojego bytowania na ziemi. Wszystko to przeplatane jest bardzo interesującą historią młodego człowieka poszukującego swojego ostatecznego miejsca i życiowej miłości.  „Przezroczyste przedmioty” to więc idealny wyraz wyczucia szczegółu i pedanterii tego autora mającego, coraz rzadziej już spotykane, wyczucie rytmu narracji w stwarzaniu hermetycznego świata, nie znoszącego ingerencji osób postronnych.

Autor: Przemysław K.

Vladimir Nabokov: Przezroczyste przedmioty. Przełożyła Jolanta Kozak. Wydawnictwo MUZA, Warszawa 2011, s. 142

Literacka soczewka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *