Literacka soczewka

„Przezroczyste przedmioty” to najbardziej niedoceniana książka Vladimira Nabokova. Powodem tego jest zapewne jej skromna objętość, oczywiście przy założeniu, że w przypadku tego autora możemy mówić o jakimkolwiek wyrazie skromności. Ta krótka powieść została pierwotnie wydana w 1972 roku w języku angielskim, jako jego przedostatnia powieść. Przez wielu uważana za osobliwy „odpoczynek” od wydanej trzy lata wcześniej „Ady”, czyli utworu odmiennego pod wszelkimi względami i o wiele bardziej obszerniejszego. Jako przedostatnia pozycja w dorobku tego wybitnego autora  zawiera wiele kluczowych cech jego doświadczonego pisarskiego warsztatu i przede wszystkim uzmysławia nam, że twórca ten nawet u schyłku swego życia nieustannie poszukiwał najodpowiedniejszej formy wyrazu poprzez walkę z klasyczną powieścią. Bardzo dobrze się stało, że ta bezwątpienia ważna pozycja została w ostatnim czasie wznowiona przez warszawskie wydawnictwo MUZA, które poprosiło Leszka Engelkinga, jednego z najwybitniejszych badaczy twórczości Nabokova, o napisanie posłowia. Dzięki jego nieocenionej pomocy mamy możliwość choć w niewielkim stopniu rozwikłać wiele skrzętnie ukrytych tutaj zagadek i literackich aluzji.

Niestety, tak jak wielu wcześniejszych czytelników tej książki popełniłem na początku karygodny błąd. Nietrudno bowiem dojść do mylnego wniosku, że cała kwintesencja tego dzieła została skondensowana w tych pierwszych trzech zdaniach:

Oto właściwa persona. Hej tam, persono! Nie słyszy.

Już tutaj, na samym początku, podczas lektury pierwszych fraz rozdziału mającego formę wstępu, czytelnik natrafia na górę, której szczytu nie sposób dostrzec z natłoku chmur. Wszystko to swoje podłoże ma w tym, że bardzo trudno wskazać ich prawidłową i nieskalaną błędem interpretację, których ilość możemy chyba jedynie porównać do ogromu wszystkich miłośników Nabokova. Bardzo dociekliwy odbiorca będzie jednak w stanie wyróżnić dwie możliwości, jak się okazuje z góry skazane na sromotną porażkę. W najbardziej bezpośredni sposób można je bowiem odczytać jako „oczywistą” aluzję do postaci głównego bohatera, Hugo Petersona, zwanego także Personem; zaś z bardziej odleglejszej perspektywy wolno odnieść je do każdej osoby, gdyż jak wiadomo słowo „person” w języku angielskim oznacza osobę. Podczas pokonywania dalszych akapitów zaczynamy stopniowo dostrzegać kluczową istotę pierwszego rozdziału, wyjaśniającego istotę pierwszego rozdziału i tytułu, który zawiera w sobie, jak w pigułce cały skompresowany przekaz tej pozycji. Według tego kolejnego klucza interpretacyjnego każdy przedmiot jest równolegle umiejscowiony w kilku wymiarach ludzkiego i pozaziemskiego postrzegania. Jedynie pisarz, jako „przetwórca” i osoba produkująca kulturowy (niematerialny) przekaz, tworzący w danym, ściśle określonym, elemencie czasoprzestrzeni może/musi przeniknąć przez „cienka powłokę rzeczywistości” i w odpowiedni (najlepiej mistrzowski) sposób przekazać swym czytelnikom realny, w żadnym wypadku nie niekształcony, opis tej materii. Jednym  z takich quasi-nadajników jest prawdopodobnie sam autor, który w opisywanej pozycji kilkakrotnie w iście chorobliwy sposób opisuje powstawanie różnych przedmiotów, czego przykładem może być „sprawozdanie” z całego „życia” ołówka, odnalezionego przez bohatera w szafce. Takie postępowanie skutecznie pomaga w scaleniu utworu, kształtowanego na wzór helisy. Moglibyśmy je zatem bez problemu sklasyfikować jako nieszkodliwe dygresje, niestety zostałby wtedy poczyniony jeden z wielu błędów, są one bowiem w rzeczywistości najważniejszymi, choć na pozór nic nie wnoszącymi do całości, elementami tej powieści. Wszystko to wygląda bardzo wiarygodnie, jednak po uważnej lekturze całej powieści i posłowia, gdzie został zacytowany fragment jednej z wypowiedzi Nabokova, która traktuje o pierwszych recenzjach „Przezroczystych przedmiotów”, bardzo łatwo dojść do wniosku, że dopiero ludzka dusza (po śmierci ciała) jest w stanie przejrzeć każdy przedmiot we wszystkich jego wymiarach, a pisarz, jako jednostka, która nie przeszła przez ostatni moment ziemskiej egzystencji, nie jest w stanie poradzić sobie z przeszłością danej istoty. Następną bardzo istotną kwestią, o której nie sposób tutaj nie wspomnieć, jest próba identyfikacji narratora. Jest nim zapewne tajemniczy Niemiec, pan R., który prawdopodobnie wypowiada ostatnie zdanie tej książki: „Tylko spokojnie, synu, nic na siłę” – są one prawdopodobnie pożegnaniem, umierającego w płomieniach, głównego bohatera ze światem żywych i serdecznym zaproszeniem go do równoległego wymiaru, czyli życia pozaziemskiego. Przez to spostrzeżenie może nasunąć nam się także przypuszczenie, czy aby pan R. nie jest czasem także autorem wspomnianych trzech zdań otwierających powieść, a nawet twórcą całości. Ta bardzo skrótowa analiza skutecznie uzmysławia nam, że problem całościowego zrozumienia całego przekazu tej pozycji jest tak nieosiągalny, że aż trudny do jasnego zdefiniowania, a lektura jakiegokolwiek utworu Nabokova jest do tego stopnia procesem intymnym, że czytelnik nie powinien sugerować się opinią innych.

Hugo Persona, wspomnianego już głównego bohatera, poznajemy podczas jego czwartej podróży do Szwajcarii, gdzie przebywa, aby odnaleźć źródło swoich dawnych, powracających właśnie wspomnień. Następnie narrator przekazuje nam trzy dawki retrospekcji w których opisuje wcześniejsze wojaże bohatera po tym kraju, który odwiedził po raz pierwszy w wieku dwudziestu dwóch lat. Podczas jednej z takich podróży trafia z ojcem do sklepu odzieżowego, gdzie ten, chcąc przymierzyć spodnie, umiera w śmiercionośno-komicznej pozie. Dopiero dziesięć lat po tym wydarzeniu musi znowu powrócić do tego kraju, aby, jako redaktor amerykańskiego wydawnictwa, aby porozmawiać z panem R. – tajemniczym pisarzem, który ociągał się z przesłaniem najnowszej, zamówionej książki do oficyny. Ten pobyt okazuje się kulminacyjny: poznaje w pociągu piękną Armandę, jak okaże się później swoją przyszłą żonę, która uczyła się w szkole dla cudzoziemek z jedną z wcześniejszych kochanek Hugona – Julią będąca na dodatek pasierbicą wspomnianego powieściopisarza. W rezultacie pisze krótki list do nowej znajomej zawierając w nim nadzieję o ich przyszłym spotkaniu. Bardzo trudno powiedzieć cokolwiek konkretnego na temat ich miłości, ale jej głównym skutkiem jest małżeństwo i przeprowadzka do Nowego Jorku, gdzie Hugo w sennym transie widzi dawno spotkaną kobietę uciekającą przed pożarem mieszkania przez okno. Mężczyzna postanawia ją zatrzymać wykorzystując na jej szyi „profesjonalny” chwyt. Po chwili budzi się na podłodze w objęciach swojej uduszonej żony.

Nabokov kolejny raz dzięki tej książce udowadnia, że nie bezpodstawne jest nazywanie go mistrzem prozy zaangażowanej. Oszczędne operowanie słownictwem skutkuje prozą minimalistyczną, treściwą w przekazie i jednocześnie, co chyba najważniejsze, wydajnością dzięki której możemy sięgnąć w głąb psychiki głównego bohatera, który próbuje poznać istotę swojego bytowania na ziemi. Wszystko to przeplatane jest bardzo interesującą historią młodego człowieka poszukującego swojego ostatecznego miejsca i życiowej miłości.  „Przezroczyste przedmioty” to więc idealny wyraz wyczucia szczegółu i pedanterii tego autora mającego, coraz rzadziej już spotykane, wyczucie rytmu narracji w stwarzaniu hermetycznego świata, nie znoszącego ingerencji osób postronnych.

Autor: Przemysław K.

Vladimir Nabokov: Przezroczyste przedmioty. Przełożyła Jolanta Kozak. Wydawnictwo MUZA, Warszawa 2011, s. 142

Literacka soczewka

Fantastyczny chaos

Bardzo szkoda, że dopiero teraz, po dwudziestu pięciu latach od pierwszego nowojorskiego wydania, polski czytelnik ma okazję do zmierzenia się z najbardziej znaną powieścią Tima Powersa, który w polskim środowisku fantastycznym jest prawie nieznany. Niestety takie postępowanie zapewne podyktowane jest tym, że na jej podstawie powstał scenariusz do najnowszej części „Piratów z Karaibów”, bardzo popularnego cyklu amerykańskich filmów przygodowych, które w krótkim czasie zyskały ogromne uznanie także w Polsce. Jest wiele przesłanek ku temu, że w przeciwnym razie, ta pozycja nigdy nie trafiłaby do naszych rąk. Wielu zapewne odmówi sobie przyjemności lektury tej powieści, uważając że reklamowanie książki informacją o jej ekranizacji jest jedynie tanim chwytem marketingowym, skutecznie stosowanym na fanach dużego ekranu. Choć kryje się w tym pewne ziarenko prawdy warto jednak wspomnieć o tym, że opowieść Powersa ma niewiele wspólnego ze swą filmową adaptacją, co nie jest chyba zbyt wielkim zaskoczeniem.

Akcja tej powieści, z nielicznymi retrospekcjami, została umiejscowiona na Morzu Karaibskim w roku 1718, czyli w czasach kiedy piractwo było dla żeglarzy nieodłącznym elementem codziennego życia. Wiele pomieszanych ze sobą wątków, kształtowanych na licznych płaszczyznach, zostaje w kluczowym elemencie zespolone i już, bez zbędnych przeszkód, możemy spokojnie podążać za Johnem Chandagnacem, który wyrusza w dalekie strony, aby odebrać swemu przebiegłemu wujowi pokaźny spadek po dziadku, który należy się tak naprawdę zmarłemu ojcu głównego bohatera. Podczas tej podróży poznaje Elizabeth Hurwood, piękną kobietę, w której zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Zaraz po tym, statek którym płynęli, zostaje zaatakowany przez korsarzy dowodzonych przez legendarnego Philipa Daviesa. Składa on Johnowi propozycję nie do odrzucenia: albo dołączy do pirackiej bandy, albo zostanie natychmiast zabity. Zrozpaczony młodzieniec wybiera życie wśród korsarzy i przez następne długie tygodnie całą swą uwagę koncentruje na marzeniach o ucieczce z ukochaną.

„Na nieznanych wodach” to powieść napisana mistrzowskim językiem, dzięki któremu czytelnik może w pełni zagłębić się w akcję pełną grozy i genialnie skonstruowanych zwrotów akcji. Historia ta, wypełniona do granic możliwości eksplodującymi w niej emocjami, jest idealnym dowodem na to, że Powers to bez wątpienia literacki architekt obdarzony ogromnymi umiejętnościami do tworzenia barwnych opowieści o piratach, które nawet dzisiaj – w czasach współczesnych – mogą zaciekawić i wzbudzić wiele uśmiechów na twarzy czytelnika. Jest to twórca, który bez najmniejszych trudności łączy świat fikcji i faktów, czego przykładem może być wprowadzenie do tej opowieści legendarnej postaci Czarnobrodego, który uważany był za najgroźniejszego pirata XVIII wieku. Czytając tą napisaną z ogromnym rozmachem książkę nie sposób nie dostrzec licznych nawiązań do Jamesa Fenimora Coopera, który jest jednym z najważniejszych twórców awanturniczo-przygodowej konwencji. Użyte przez niego motywy, często głęboko zakorzenione w świadomości ówczesnych amerykanów na stałe zmieniły postrzeganie literatury tak zwanego nowego kontynentu. Autor ten był jednym z kluczowych prekursorów powieści marynistycznej, której treść skoncentrowana jest na tematyce wojen morskich ze szczególnym uwzględnieniem wątku miłosnego i częstym idealizowaniem głównych bohaterów. Dzięki temu podczas lektury zapewne nie raz zostaniemy mile zaskoczeni przez autora, który dzięki głębokiej, wyszukanej i nie przytłaczającej czytelnika fabule pomoże poznać mu nieszablonowe postacie, które odbiorca zapamięta na długo. Choć  bohaterów jest niewiele to każdy z nich posiada jasno określone miejsce w akcji i z góry wyznaczoną rolę, po której spełnieniu znika bez najmniejszego śladu. Ta łatwa w odbiorze i zachwycająca książka idealnie wpisuje się we współczesny nurt popkultury, starający się uczynić z fantastyki jeden z gatunków literatury rozrywkowej, dzięki czemu konwencja ta staje się coraz bliższa mniej wymagającemu czytelnikowi.

*

Robert M. Wegner dziewięć lat temu zadebiutował w czasopiśmie Science Fiction opowiadaniem Ostatni lot nocnego kowboja, następnie również w tym periodyku opublikował kilka tekstów, których ciepłe przyjęcie popchnęło go do rozwinięcia swych fantastycznych wizji w bardziej obszerniejszych tekstach. Owocem jego pracy stały się dwa obszerne tomy opowiadań opatrzone jednym wspólnym tytułem: Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Każdy z nich został podzielony na dwie części, z których każda opowiada odrębną historię toczącą się w innej części Meekhanu – imperium osadzonym w bliżej nie określonym czasie i przestrzeni, często przypominającym na wpół mityczne, średniowieczne cesarstwa, w których ludzie przeróżnych narodów, wierzeń oraz posługujący się różnorakimi dialektami muszą walczyć z licznymi przeciwnościami losu.

Bardzo rzadko polscy czytelnicy mają okazję do zmierzenia się z tak wielopłaszczyznowymi opowieściami ewoluującymi na ich oczach, a stworzonymi przez rodzimego autora. Teksty te, pod warstwą suchej fabuły, częściowo pozbawionej artyzmu, ukrywają sferę metaforyczną pokazującą jak na pozór proste opowiadania mogą pomóc nam w zrozumieniu otaczającej nas rzeczywistości. Nie są one, na pierwszy rzut oka, w żaden sposób ze sobą powiązane, jednak po przeczytaniu wszystkich dostrzegamy, że układają się w jeden wspólny kalejdoskop powolnego wprowadzania odbiorcy w realia wymyślonego świata. Każdy z nich, w ujęciu indywidualnym, jest tak naprawdę jednym z wielu elementów ciekawej opowieści, które zbiegają się wokół tematu mitycznych Wojen Bogów – zadufanych w sobie bytów, mających za nic życie ludzi, traktujących ich jako narzędzia do realizacji swych chorych fanaberii.  Dopiero z tej perspektywy widzimy, że Wegner z biegiem czasu staje się mistrzem krótkiej formy osadzonej w fantastycznej konwencji. Choć tom pierwszy prezentuje raczej dobry, jednolity dla wszystkich tekstów poziom, to jednak dopiero w drugim widać wychwalany przez wszystkich jego miłośników epicki styl oraz dynamizm w nieustannym zmienianiu płaszczyzn narracyjnych. Dzięki znacznym umiejętnościom tego autora w wykorzystywaniu konwencji rozrywkowej odbiorca bezgranicznie zagłębia się w obfite opisy Meekhanu, co skutkuje oczekiwaniem na następne opowiadania tego dobrze zapowiadającego się pisarza. Jesteśmy zachęcani do lektury ciekawą, nieprzejaskrawioną i co najważniejsze solidnie skonstruowaną fabułą, zbudowaną na fundamencie emocji, które targają bohaterami, fakty zaś odsuwane są na dalszy plan, ponieważ dla tego twórcy ważniejszy jest bezpośredni kontakt z czytelnikiem. Są to dobrze napisane opowiadania z zachowaniem wszystkich cech gatunkowej fantastyki. Ich twórca nie próbuje walczyć ze sztywnymi ramami konwencji, Wegner wykorzystuje schematy z których wielokrotnie korzystali jego poprzednicy, nie wprowadza żadnych indywidualnych cech do swojej hermetycznej prozy. Bardzo trudno go za to ganić, każdy pisarz ma prawo do wyboru własnej techniki, a każdy jego tekst nie musi być przecież przełomowy i nowatorski w przekazie. Warto jednakże często zwrócić uwagę na świeże spojrzenie, z nieznanej dotąd perspektywy, na te elementy literatury, które już dawno zostały odsunięte na dalszy plan. Te dwie książki pokazują jak znaczne umiejętności i talent pomagają w rozwijaniu własnej formy poprzez użycie sprawdzonych chwytów. Wymaganie od początkującego pisarza, dopiero kształtującego swoją literacką osobowość, aspiracji do przełamywania wszelkich gatunkowych granic powinno być uważanie więc za kardynalny błąd. Te teksty są więc doskonałym dowodem na to, iż proste, połowiczne i skupiające się na zewnętrznej płaszczyźnie tekstu, narzędzia percepcyjne są złą techniką choć często błędnie wykorzystywaną do analizy dzieł zaliczanych do fantastyki, której, niekiedy źle odczytywana, pozorna prostota i plastyczność porywa ogromne rzesze czytelników wkraczających w szeroki świat literatury.

Wegner stworzył swój bardzo interesujący klimat, połączenie tajemnicy z oczywistością, dzięki której bawi się obraną przez siebie formą, bez ukrytego patosu i wyszukania, dodając do niej coraz to nowe elementy, których choć nie ma tutaj zbyt wiele, jednak są dobrze dopracowane i pasujące do całości.  Pierwsza połowa tomu otwierającego cykl, Północ – Południe, traktuje o losach legendarnej Szóstej Kompanii Górskiej Straży, która wśród społeczeństwa rozsławiła się jako grupa ludzi o niezłomnych charakterach wojowniczych górali, obdarzonych ogromną odwagą i przepełniającą ich chęcią obrony obywateli. Ich głównym zadaniem jest obrona rozległych granic, jednak niejednokrotnie ich umiejętności wykorzystywane były w bardziej skomplikowanych misjach, podczas których udowodnili, że są o wiele lepsi od regularnej armii. Już rozpoczynający cykl tekst – Honor górala – od razu wprowadza czytelnika w na wpół mistyczną żołnierską rzeczywistość, Idąc coraz dalej trudno uniknąć wrażenia, że autor posegregował swoje opowiadania, aby wytworzyć w czytelniku napięcie i bezwolne poczucie zaakceptowania wpływu pisarza na odbiorcę. Zaś część druga, według mnie bez porównania o wiele ciekawsza, opisuje zmagania Yatecha, wojownika z plemienia Issaram, z tradycją własnego rodu, która nie pozwala mu na ujawnienie wyglądu swojej twarzy obcym.  Tom drugi, choć na pozór ma bardzo nikłe powiązania ze wcześniejszymi tekstami, w ujęciu ogólnym mieści w sobie wszystkie już wcześniej użyte motywy, doskonaląc i rozwijając je za pomocą wprowadzenia nowych bohaterów prezentujących inne wartości życiowe od swych poprzedników.

Chociaż cykl opowiadań z meekhańskiego pogranicza Roberta M. Wegnera nie został jeszcze definitywnie zamknięty już teraz możemy powiedzieć, że autor ten posiada bardzo dobry, choć jeszcze nie w pełni wykształcony, warsztat twórczy; należą mu się ogromne podziękowania za to, że nie pozwala nam uwierzyć w upadek polskiej fantastyki, która jak widać nadal ma się bardzo dobrze.

Autor: Przemysław K.

Tim Powers Na nieznanych wodach przeł. Łukasz Małecki Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2011

Robert M. Wegner Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe Powergraph, Warszawa 2010

Robert M. Wegner Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód – Zachód Powergaph, Warszawa 2010

Fantastyczny chaos

Przypomnij sobie!

Jak powszechnie wiadomo Józef Hen reprezentuje bardzo interesującą szkołę pisarstwa realistycznego, dogłębnie sięgającego do istoty życia, wyrazistego aż do przesady. Dobrze się składa, że wznowiono dwie, chyba najbardziej znane, jego powieści: „Nowolipie” i „Najpiękniejsze lata”, napisane jeszcze u schyłku ubiegłego wieku. Z dzieł tych, opisujących dzieciństwo i młodość pisarza wyłania się wspaniała opowieść o mężczyźnie, który bardzo wiele przeżył, jednak dzięki swojemu oporowi nigdy nie zatracił człowieczeństwa, gdy przebywał na obczyźnie nigdy choć na chwilę nie zwątpił w to, że kiedyś wreszcie powróci do ojczyzny, za której istnienie wielu ginęło. Ta bardzo intymna książka została zadedykowana dzieciom pisarza: Ewie i Tomkowi, którym chciał opowiedzieć o latach swojego burzliwego dzieciństwa i pozornego wchodzenia w dorosłość, zakłóconą przez okrutne jarzmo wojny. Dzięki temu mamy możliwość zmierzenia się z historią napisaną przez dorosłego, doświadczonego twórcę, który wraca do czasów swojego dorastania, do dawnej Warszawy i ukochanych Nowolipek, gdzie jak wszyscy jego rówieśnicy przeżywał pierwsze niepowodzenia, problemy wydające się na pozór niemożliwe do rozwiązania i próby literackiego życia, urzeczywistniane na łamach „Małego Przeglądu” założonego przez Janusza Korczaka. Jako przyszły scenarzysta i reżyser z zapałem chodzi do kina, rozwija swoją literacką osobowość poprzez stałe poszukiwanie coraz to nowych lektur. Nauka w słynnym gimnazjum Kryńskiego pozwala mu zdobyć małą maturę… Aż wreszcie „sielankowe” życie zostaje brutalnie zepchnięte na inne tory przez najbardziej kulminacyjne wydarzenie jego dotychczasowej egzystencji – Warszawa zostaje zbombardowana, a widoczne już kilka lat przed wojną stale przybierające na sile represje wobec ludności żydowskiej uzmysławiają mu, że przez wielu, z nieznanego powodu, jest postrzegany jako ktoś gorszy. Niestety, i w tym przypadku odwieczne prawo przemijania dało o sobie znać. Wielu ludzi o których przeczytamy w tej pozycji już od dawna nie żyje. Jednak dzięki temu, że podczas swojego życia natrafili na pisarza, który po latach zdołał uporządkować i zapisać wyrwane z kontekstu wyblakłe wspomnienia, pamięć o nich przetrwa wieki i jeszcze niejedną wojenną zawieruchę. Józef Hen kolejny raz udowadnia nam, że nadal możemy obcować z literaturą wysokich lotów, pokazującą, że jest jeszcze na świecie ktoś, kto nadal pamięta intensywność i barwę dawnego życia, które do dziś w nim żyje i nieustannie daje znać o swoim nieprzemijalnym istnieniu.

Autor: Przemysław K.

Józef Hen: Nowolipie. Najpiękniejsze lata. WAB, Warszawa 2011, s. 475

Przypomnij sobie!

Echo przeszłości

Sztuka politycznego morderstwa, czyli kto zabił biskupa to jeden z nielicznych reportaży, który w ostatnim czasie pochłonął i wstrząsnął mną do głębi. Jego autorem jest Francisco Goldman, urodzony w 1954 roku pisarz, reporter, wykładowca i tłumacz, stale współpracujący z wieloma prestiżowymi, amerykańskimi czasopismami – publikował między innymi w The New York Times oraz The New York Review of Books. Za temat tej książki obrał Gwatemalę, skąd pochodziła jego matka – dzięki temu zawsze kraj ten był bliski jego sercu. To właśnie tam, w ramach trwającej aż trzydzieści sześć lat wojny domowej, często przechodzącej w brutalną rzeź, wojska z partyzantami zginęło dwieście tysięcy cywilów. Za aż dziewięćdziesiąt trzy procent tych morderstw raport oenzetowskiej komisji Memory of Silence winą obarczył wojsko; co gorsza regularną armię oraz tajne służby wywiadowcze, bezwzględnie stosujące przemoc i represjonujące społeczeństwo, wspierał rząd Stanów Zjednoczonych.

Symbolem walki o sprawiedliwość i upublicznienie prawdy o tamtych wydarzeniach stało się zabójstwo, dokonane dnia 26 kwietnia 1998 roku, biskupa Juana Gerardiego, założyciela Archidiecezjalnego Biura Praw Człowieka (ODHA), które pod jego przywództwem przeprowadziło śledztwo pod hasłem Odzyskania Pamięci Historycznej (REMHI). Jego owocem stało się wydanie, dwa dni przed morderstwem, czterotomowego, drobiazgowo opracowanego, raportu Gwatemala. Nigdy więcej dokumentującego ludobójcze dokonania osób często piastujących wysokie stanowiska w państwie i nadal pozostających na wolności. Prokuratura, znając Gwatemalskie realia, od razu w kręgu swoich zainteresowań śledczych umieściła wojskowych. Autor tej pozycji wysnuwa tezę, w oparciu o zgromadzony materiał, że duchowny został ofiarą ich działań, ponieważ chcieli oni stale pozostawać w poczuciu bezkarności, przeszkadzała im osoba pragnąca odbudowania poczucia sprawiedliwości i nadziei na nią wśród ludności tego kraju. Goldman postanowił na własną rękę dokonać dziennikarskiego śledztwa w tej sprawie; wszystkie swoje refleksje i opinie starał się zawrzeć w opisywanym reportażu, skutecznie tworząc go poprzez wykorzystanie i umiejętne połączenie zapisów wielogodzinnych rozmów jakich dokonał, podczas swoich licznych podróży, z różnymi ludźmi, często ściśle powiązanymi ze sprawą.

Bardzo urzekła mnie bezpośredniość i dystans z jakim autor komentuje kolejne zabójstwa świadków i osób mogących pomóc w odkryciu prawdziwych zabójców. Książka ta jest bardzo opiniotwórcza, dziennikarz stara się przekazać swoją wizję włącznie ze swoją opinią, nie narzucając jej czytelnikowi. Dzięki użyciu takiej techniki możemy bez problemu wyrobić w sobie własne zdanie na temat odległych krajów, pozostających poza kręgiem naszych zainteresowań i zawężonej perspektywy; pomaga pojąć bardzo zagmatwane i wzbogacone szeregiem społecznych zależności realia Ameryki Środkowej, a przede wszystkim Gwatemali. Głębia i trafność przedstawianych tutaj wniosków wzbudziła we mnie coraz większe zaufanie jakim darzę tak dobre reportaże, które odgrywają w literaturze faktu bardzo ważną rolę. Przesłanie tej pozycji jest bardzo wyraziste, pokazuje nam, że jedynie dzięki naszemu wewnętrznemu oporowi przeciw niesprawiedliwości, który powinien przejść w sprzeciw ogólnospołeczny, coś na świecie może się zmienić. Warto również spojrzeć na poruszane tutaj kwestie w ujęciu bardziej ogólnym, światowym. Nawet w dzisiejszych czasach, czasach demokracji, wielu ludzi nie może wyrażać publicznie swojego zdania, nie może domagać się prawdy o otaczającej ich, brutalnej, rzeczywistości, którą kształtują osoby pozbawione wszelkich ograniczeń i skrupułów.  Bardzo trudno znaleźć skuteczne rozwiązanie tych problemów, narastających w czasie ostatniej dekady, często głęboko zakorzenionych w umysłach ludzi, którzy nie potrafią im sprostać. Nawet sam autor, bez wątpienia znawca tematu, nie stwarza w niej żadnych klarownych, skutecznych propozycji do działania.

W kraju tym za nic ma się prawa człowieka, powszechnie istnieje przekonanie, że nawet pijany powinien uważać na to co mówi. Jedyną nadzieją dla obywateli tego państwa jest utworzenie niezawisłego sądownictwa, które powinno być wspierane przez odpowiednio wyposażone służby. Niestety, detektywi mający za zadanie ścigać przestępców są traktowani przez rządzących po macoszemu, ich biura znajdują się w zniszczonych pomieszczeniach, na miejsce morderstw często muszą docierać komunikacją miejską, co skutecznie dyskwalifikuje ich w starciu z ludźmi łamiącymi prawo. Skala zabójstw jest przerażająca: codziennie jest ich siedemnaście, zaś w latach 2000-2006 w tym kraju zginęło około dwadzieścia trzy tysiące  ludzi.

Tytuł tej książki jest oczywistą aluzją do kampanii medialnej jaką wojskowi rozpoczęli po wszczęciu przeciw nim śledztwa. Wszystkimi możliwymi sposobami usiłowali zarzucić, ludziom pragnącym odkrycia prawdy, stwarzanie fałszywych dowodów. Dwoje dziennikarzy – Bertrand de la Grange i Maire Rico – opublikowali artykuł rzekomo demaskujący wszystkie nadużycia dokonane przez ODHA i prokuraturę oraz znacznie pomniejszający wysiłek tych służb włożony w rozwikłanie tej sprawy.  Następnie, w listopadzie 2003 roku,  wydali książkę pod tytułem Kto zabił biskupa? Autopsja politycznej zbrodni podtrzymującą wszystkie wcześniejsze zarzuty oraz rozwijającą je. Co gorsza, Mario Vargas Llosa, ubiegłoroczny noblista,  napisał na jej podstawie tekst, który ukazał się w znanym, hiszpańskim dzienniku El País. Jego działanie, poparte ogromnym autorytetem jaki posiada ten pisarz wśród społeczeństwa, znacznie przyczyniło się do jeszcze większego rozpowszechnienia informacji tworzonych przez osoby nie znające pojęcia etyki dziennikarskiej i pragnące wzbogacić się na krzywdzie innych.

Pisanie takich reportaży wymaga ogromnej odwagi. Goldman niejednokrotnie czuł się szpiegowany, wiedział, że jego życie znajduje się w ciągłym niebezpieczeństwie. Dopiero po skończonej lekturze jesteśmy w stanie dostrzec drugie dno tej książki, ukryty, pod warstwą suchych faktów, sens. Jedynie zakrojone na dużą skalę działania, takie jak międzynarodowe wsparcie, mogą popchnąć ludzi do otwartego sprzeciwu przeciw niesprawiedliwości. Wiele osób na świecie jeszcze nie zrozumiało, że krzywda przez nich wyrządzana innym dzięki takim pozycjom nigdy nie zostanie zapomniana.

Autor: Przemysław K.

Francisco Goldman Sztuka politycznego morderstwa, czyli kto zabił biskupa przeł. Janusz Ruszkowski, Czarne, Wołowiec 2011

Echo przeszłości

Mistrz w krzywym zwierciadle

China Miéville to czterdziestoletni angielski pisarz fantasy, popularyzator i jeden z czołowych twórców stosunkowo nowego nurtu fantastyki zwanego New Weird. Był wielokrotnie krytykowany za członkostwo w Socjalistycznej Partii Robotniczej co nie przeszkodziło mu w opublikowaniu pracy doktorskiej na temat marksizmu i prawa międzynarodowego. W wolnych chwilach przekazuje swoje doświadczenie twórcze podczas zajęć z kreatywnego pisania na Uniwersytecie w Warwick. Kraken – to jego najnowsza powieść na naszym rynku – był jednym z najbardziej oczekiwanych wydarzeń ostatniego roku w międzynarodowym świecie fantastycznym. Każdy z miłośników tego pisarza oczekiwał od tej powieści wiele, a Miéville chcąc zapewne nie zawieść odbiorców swojej twórczości stworzył utwór niepowtarzalny i na swój sposób dziwny w dobrym tego słowa znaczeniu. Prawdą jest, że autor dokonując reinterpretacji współczesnego dorobku fantastyki naukowej nie mógł w jednym ze swoich dzieł zawrzeć wszystkich, oczekiwanych przez czytelników, motywów, które udało mu się wspaniale zsyntezować i połączyć z własnymi, jak zwykle wzbudzającymi podziw, pomysłami. Warto jednakże wrócić do tematu New Weird, który wydaje mi się kluczowy dla zrozumienia twórczości tego Brytyjczyka. Za twórcę terminu uważa się M. Johna Harrisona, twórcę tak przełomowych dzieł jak Nova Swing czy Światło. Dokonał tego zapewne, aby swoim autorytetem zwrócić naszą uwagę na ten bardzo niszowy podgatunek, który zyskał uznanie u bardzo małego grona czytelników i pisarzy. Miéville, jako nieliczny z nich osiągnął ogromny sukces tworząc w tej konwencji jednocześnie popierając jej ideę i od zawsze wszystkie swoje powieści wpisywał w ten nurt, jakby z przekory chcąc ułatwić pracę krytykom, którzy dotychczas nie mogli, w satysfakcjonujący dla tego twórcy sposób, zinterpretować jego twórczości. Autor ten od zawsze sprzeciwiał się szufladkowaniu jego utworów, próbom umiejscowienia ich w określonym miejscu danego schematu gatunkowego i przyporządkowania do jego określonych reguł.

Powszechnie znany jest ze swej krytyki Tolkiena, którego ocenia jako pisarza ogłupiającego czytelnika i tworzącego literaturę pocieszenia, czym w skuteczny sposób na stałe ukształtował pogląd wielu ludzi na fantastykę co zostało na dodatek pogłębione bezwątpienia ogromnym sukcesem komercyjnym trylogii Władca Pierścieni. Warto także przytoczyć cytowaną przez Jacka Dukaja [Sfinks 09-10/2002] wypowiedź Miéville ‚a: Skoro cała frajda polega na braku ograniczeń wyobraźni w fantasy, czemu nie wprowadzić zupełnie innych tematów? Czemu nie użyć fantasy do obnażenia społecznego i estetycznego zakłamania?, która jest dowodem na to, że autor ten całymi garściami czerpiąc od H.P. Lovecrafta, Schulza i Kafki chce równolegle umiejscowić swoje powieści poza wszelkimi możliwymi kategoryzacjami.

Dzieło to zostało napisane na pograniczu urban fantasy, jako że jego akcja rozgrywa się w Londynie – dużej aglomeracji miejskiej – na początku XXI wieku, prawdopodobnie w 2006 roku. To właśnie tam spotykamy Billego Harrowa – głównego bohatera tej powieści – wykonującego obowiązki kustosza w Centrum Darwina, w którym przechowywany jest najcenniejszy eksponat światowych muzeów: zakonserwowana kałamarnica olbrzymia.  Jednym ze smutnych i nudnych obowiązków Billego było oprowadzenie wycieczek, bardzo zainteresowanych pasjonatów, po muzeum. Podczas jednego z takich obchodów, po dotarciu do głównej sali odkrywa, że istota, uważana przez wielu za wcielenie samego boga, zniknęła. Od tego momentu czytelnik z ogromnym profesjonalizmem, niczym w filmie akcji, prowadzony jest jak za rękę do burzliwego i zaskakującego zakończenia. Rozpoczyna się morderczy wyścig o uratowanie świata i zdobycie władzy w Londynie, który okazuje się wielkim żywym organizmem, a jego tkanką żywi się wiele osób obdarzonych magicznymi zdolnościami.

Jest to powieść pełna rozbudowanych metafor, pozornie ukrytych kluczy interpretacyjnych, w przedziwny sposób wykorzystanych motywów literackich będących syntezą współczesnej fantastyki naukowej, co potwierdzało by, że gatunek ten wraz ze swym prężnym rozwojem staje się na swój sposób magazynem kulturowym zbierającym w pigułce dorobek wielu poprzednich twórców literatury. Autor umiejętnie kreuje deliryczno-oniryczne wizje jedynie za pomocą treściwych dialogów, pozostającymi tak naprawdę jedynym wykorzystywanym przez autora środkiem wyrazu, z jednoczesnym umiejscowieniem narracji na drugim planie. Takie postępowanie skutkuje tym, że ogromna dawka groteski i czarnego humoru, przekazywana w tak bezpośredni sposób, w dociekliwych czytelnikach wywołuje niezrozumiałą dla nich melancholię. W rzeczywistości zaś jest to brutalna parodia współczesnych, wyrastających jak grzyby po deszczu, pseudo-religii nieustannie zwiastujących koniec świata. Ta barwna, w wielu miejscach chaotyczna i przeładowana opowieść z surrealistyczno-komiczną nutą jest niestety idealnym przykładem przerostu formy nad treścią. Autor wkraczając w bardzo obiecującą koncepcję fabularną spowodował, że wiele elementów na jakie natrafiamy daje nam do zrozumienia, że Miéville to geniusz, jednak w tym przypadku nie zaprezentował się w pełnej krasie – Kraken to zbiór wielu niewykorzystanych wspaniałych chwytów, które nie zostały niestety przez tego pisarza w tym przypadku umiejętnie rozwinięte.

Autor: Przemysław K.

China Miéville Kraken przeł. Krystyna Chodorowska, Zysk i S-ka, Poznań 2011

Mistrz w krzywym zwierciadle

Egzystencjalny dramatyzm

Georges Simenon to bezwątpienia pisarz-maszyna, prawdziwy tytan pracy – opublikował ponad czterysta powieści sygnowanych własnym nazwiskiem jak i licznymi pseudonimami.  Ten urodzony ponad sto lat temu w Belgii, piszący po francusku, człowiek powszechnie uważany jest za twórcę powieści kryminalnej, a większość osób zna go zapewne ze słynnego cyklu o komisarzu Maigrecie, który liczy przeszło siedemdziesiąt książek. Paryski ekspres, o którym pragnę tutaj wspomnieć, to powieść pierwotnie wydana w 1938 roku, w wydawnictwie Gallimard – jednym z najbardziej wpływowych oficyn francuskich pod wiele wyjaśniającym tytułem: L’homme qui regardait passer les trans (co w tłumaczeniu daje nam: Mężczyzna, który obserwował pociągi). Jest to utwór bardzo nieznany, co zważywszy na ogromny dorobek tego twórcy, nie jest rzeczą niezwykłą. O wiele bardziej frapujący jest sam wybór konwencji jakiego dokonał Simenon rozpoczynając jej pisanie, wybrał natomiast powieść obyczajowo-psychologiczną, a nie kryminał, którego jest przecież niekwestionowanym królem.

Głównego bohatera tej powieści – Keesa Popingę – poznajemy w Groningen (mieście położonym w północnej Holandii) pracującego w firmie zajmującej się zaopatrzeniem statków. Jest na pozór szczęśliwym człowiekiem: ma piękną willę, kochającą żonę oraz dwójkę dzieci, na których utrzymanie nie żałował pieniędzy. W rzeczywistości jego potomstwo nie było mu bliskie, troszczył się jedynie o ich wartości materialne, duchowo natomiast traktował je jak powietrze, jak zbędny przedmiot, którego utratą nie warto się martwić. Jednak w głębi serca czuje się bardzo nieszczęśliwy i oszukany przez życie, które go brutalnie osaczyło, zmusiło do przestrzegania ścisłych zasad i stosowania iście królewskich manier, wymaganych od człowieka jego stanu; nudzi go drobnomieszczaństwo i wynikająca z tego nuda i monotonność. W rezultacie pewnego dnia czara goryczy się przebrała: spacerując po mieście w poszukiwaniu swojego szefa, odnajduje go w podrzędnym pubie, gdzie zostaje poinformowany o bankructwie przedsiębiorstwa. Obaj upijają się bez opamiętania i postanawiają zmienić swoje dotychczasowe życie. Kees bez żadnego uprzedzenia swojej rodziny wyrusza pociągiem do Amsterdamu, gdzie (przypadkowo) zabija Pamelę – kochankę swojego pracodawcy. Nie wzbudzając w sobie żadnej skruchy i żalu znów zmienia miejsce pobytu – wyjeżdża do Paryża, gdzie poznaje, jak na jego niewybredny gust, przepiękną Jeanne Rozier, która wprowadza go w przestępczy świat miasta. Będąc wielkim miłośnikiem gry w szachy zabawia się z poszukującą go policją w swoistą grę, czyniąc jednocześnie miejscowość, do której trafił, szachownicą do ulubionej gry po której ucieka przed śledczymi. Utwór ten bardzo przypomniał mi Don Kichota, w którym czytamy o Alonzie – mężczyźnie, który całe swoje życie spędził na lekturze opowieści o prawych rycerzach i postanowił zostać jednym z nich. W tym przypadku mamy do czynienia z bohaterem będącym miłośnikiem książek kryminalnych, dzięki czemu nauczył się jak uniknąć aresztowania w czym zapewne pomaga mu jego rozległe wykształcenie i znajomość czterech języków obcych.

Na uwagę zasługuje także fakt, że od samego początku znamy postać mordercy i poznajemy jego arcyciekawe rozmyślania. Brak tu jakiejkolwiek brutalności: autor tak prowadzi narrację, że czytelnik nie jest w stanie w żaden sposób winić Keesa Popingi, gdyż ten nieustannie go uświadamia, iż jego życiem rządził przypadek, a jego czynów nikt nie jest w stanie zrozumieć. Rzeczywistość, która go przytłacza, między innymi za pomocą prasy, nadaje mu przeróżne epitety, takie jak: paranoik, szaleniec i wariat, co jest dla niego całkowicie niezrozumiałe i bezpodstawne. Śledzi patetyczne reportaże o swoich domniemanych zbrodniach, zamieszczane we wszystkich paryskich dziennikach, i, gdy w prasie znikają wzmianki o jego osobie, postanawia wysyłać listy w których objaśnia wiele faktów na temat swojej osoby, aby być stale obecnym w świadomości paryżan. Zdumiewające jest to, że będąc całkowicie nieświadomym tego co robi nieustannie myśli o tym jak jego wizerunek jest odbierany przez francuskie społeczeństwo. Kees przez całą swoją paryską wędrówkę zastanawia się kim tak naprawdę jest, ucieka od swoich dawnych przyzwyczajeń uważając, że mógłby zostać dzięki nim bardzo szybko rozpoznany. Jego pozorna wolność, uzyskana dzięki ucieczce od dawnego życia jest zatem bezsensowna, nadal nie uznaje swojej rzeczywistej tożsamości. Wreszcie, w punkcie kulminacyjnym powieści, gdy trafia do miejsca w którym jest całkowicie odizolowany od ludzi, zdaje sobie sprawę ze swej olbrzymiej naiwności, z którą przegrał morderczą walkę. Bardzo fascynujący profil głównego bohatera w mistrzowski sposób dopełnia gęsta i bardzo mroczna atmosfera Paryża ubiegłego wieku, która sprzyja ukazywaniu degrengolady głównego bohatera. Dobrze się stało, że polscy czytelnicy mogą zapoznać się z tym dziełem w tak mistrzowskim opracowaniu dokonanym przy współpracy z The New York Review of Books; ogromne podziękowania należy również skierować do autora przedmowy – Bogusława Panka – któremu powierzono zadanie wprowadzenia czytelnika w skomplikowany świat simenonów.

Autor: Przemysław K.

Georges Simenon Paryski ekspres przeł. Krzysztof Teodorowicz, WAB, Warszawa 2011

Egzystencjalny dramatyzm

Pokochać Yngvego

Książka Człowiek, który pokochał Yngvego jest jedną z najbardziej znanych i poważanych powieści Torego Renberga – trzydziestodziewięcioletniego, norweskiego pisarza, który już za swój ciepło przyjęty debiut – zbiór opowiadań Śpiący węzeł (Sovenda floke) – otrzymał prestiżowe literackie wyróżnienie dla debiutantów – nagrodę im. Terjei Vesaasa.

Głównego bohatera, Jarlego Kleppa, poznajemy na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku jako siedemnastoletniego młodzieńca, który reprezentuje klasyczny model norweskiego chłopaka, posiadającego rodzinę, przyjaciół, własne przekonania, pasje i ambicje. Uwielbia alternatywne, niezależne zespoły, wyszukuje artystów niszowych, nieznanych jego kolegom, jednocześnie gardząc ich burżuazyjnością. Wszystko to znajduje odzwierciedlenie w jego oryginalności, sposobie ubierania się i zachowania, czym manifestuje sprzeciw wobec wszechogarniającemu kapitalizmowi, który, według niego, zabija wolny rynek i zdrową konkurencję. Książka ta wydaje się raczej skromna pod względem objętościowym, jednak warto zwrócić uwagę na to, iż opisuje ona jedynie kilka tygodni burzliwego życia młodego człowieka w małym, naftowym miasteczku Stavanger w północno-zachodniej Norwegii (skąd notabene pochodzi autor opisywanej pozycji). Uczy się w szkole z długoletnimi tradycjami, gdzie na przerwach, wraz ze swym bliskim kolegą Helgem i dziewczyną Katrine, prowadzą dyskusje o problemach współczesności, takimi jak dziura ozonowa czy bezrobocie.   Razem z przyjacielem zakładają zespół rockowy mający za zadanie wyrażać ich sprzeciw wobec tego, na co często nie mają wpływu. Jego nazwa – Mathias Rust Band – jest jawną aluzją do postaci Mathiasa Rusta, dziewiętnastoletniego człowieka, który w czasach komunizmu samotnie, wypożyczonym samolotem, przeleciał trasę z okolic Hamburga do Moskwy; działanie to  miało na celu zwrócenie uwagi świata na problem podziałów związanych z żelazną kurtyną.  Kulminacyjnym elementem tej książki jest opis imprezy zorganizowanej po nieudanym debiutanckim koncercie wspomnianej kapeli. To wtedy Jarle pod wpływem ogromnej dawki alkoholu i narkotyków wygłasza mowę, która zaowocowała  utratą dwóch podmiotów jego miłości: swej dziewczyny i Yngvego. Główny bohater, po trzynastu latach, przypadkowo dowiaduje się, że jego dawny przyjaciel – Yngve Lima – od dziecka cierpiał na schizofrenię i to on mógł przyczynić się do nawrotu jego choroby po tym, jak intensywne leczenie zaczęło dawać oczekiwane rezultaty. Chory młodzieniec nigdy nie mógł na stałe z kimkolwiek się zaprzyjaźnić, jednak uczucia, którymi obdarzył go Jarle obudziły w nim radość do życia, nadzieję powrotu do prawdziwego Ja, niezakłócanego przez psychiczne zaburzenia. Niestety słowa, które usłyszał od swojego najbliższego przyjaciela całkowicie złamały jego wątłą psychikę. Uwaga czytelnika przez cały czas kierowana jest na sferę duchowych rozterek tych dwóch postaci, których łączy dziwna więź psychiczna, wydająca się niemożliwą do zrozumienia.

Po ukończeniu tej książki zacząłem zastanawiać się nad tym, czy tego typu pozycje mają jakąkolwiek wartość. Zapewne wiele zależy od tego jak podejdziemy do jej lektury i czego będziemy od niej oczekiwać. Wydawca – warszawskie wydawnictwo Akcent – reklamuje ją jako Norweską powieść o zakochaniu, przyjaźni i burzliwym dorastaniu w czasach, gdy muzyki słuchało się z walkmanów.. Od razu, po przeczytaniu tych słów z miejsca chciałoby się powieść tą zaliczyć do stricte gatunkowego romansu. Niestety, takie stanowcze i nieprzemyślane postępowanie skazuje czytelnika na pobłażliwą ocenę treści w niej przekazywanych, jako miłosnych fantazji. Byłoby to też określenie całkowicie niepasujące do tego dzieła, które traktuje o, choć często niestety zbyt przejaskrawionych, realiach życia młodych ludzi, co przybliżałoby nas do zaklasyfikowania jej do konwencji powieści młodzieżowej. Z innego zaś punktu widzenia, bardziej dogłębnego i pozwalającego uniknąć domysłów, książka ta – pod względem gatunkowym – wydaje się całkowicie nijaka, które to określenie ma niestety zabarwienie zbyt pejoratywne, aby uznać je za końcowe i jednocześnie zamykające dyskusję. Jednak treść ostatnich kart tej książki skutecznie burzy nasze dotychczasowe rozważania. Te końcowe wydarzenia ostatecznie wskazują na to, że jest to powieść psychologiczna, której główną ideą jest odsunięcie na dalszy plan fabuły, a skupienie się na analizie wewnętrznych przeżyć bohatera oraz wpływu jego postępowania na otaczającą go rzeczywistość.

Ta, na pozór prosta historia zmienia się na oczach czytelnika, stale przeplatając ze sobą wiele wątków; ukazuje młode pokolenie w sposób bardzo nieciekawy, ogólny, utwierdzający stereotypy o współczesnym europejskim społeczeństwie. Nie możemy traktować jej jako fundamentu do snucia daleko idących wniosków, mogących w rezultacie obrazić młode pokolenie. Spotykamy tutaj tak naprawdę dzieci pijące ogromne ilości alkoholu, niestroniące od narkotyków, niewyobrażające sobie życia bez używek, niepotrafiące poradzić sobie z ciężarem przytłaczającej ich historii, której nie rozumieją. Dla kogoś potrafiącego nabrać odpowiedniego dystansu do czytanej opowieści lektura tej książki będzie wspaniałą przygodą, choć, nie oszukujmy się, nie będzie to przygoda intelektualna.

Autor: Przemysław K.

Tore Renberg Człowiek, który pokochał Yngvego przeł. Katarzyna Tunkiel Wydawnictwo: Akcent, liczba stron: 360, Warszawa 2011

Pokochać Yngvego